Reportaże

Reportaż: Wielopole, Wielopole

Na dwa dni Tykocin zamienił się w Wielopole Skrzyńskie. W 2015 roku kręcono tu sceny z życia Tadeusza Kantora. Sceny z 1921 roku, kiedy mały Tadzio musiał opuścić swoje miasteczko. Tych śladów szukam w Wielopolu od 1996 roku, kiedy miałem zaszczyt pracować z Krzysztofem Miklaszewskim przy reportażu Ostatnia szansa Wielopola. Dwadzieścia trzy lata później pojechałem do Wielopola, żeby sportretować wieczne miasteczko dla „Krainy Bugu”. I była to mistyczna podróż w odcinkach. Żadne słowa nie oddadzą mistyki tego miejsca. Niech fotografie do reportażu staną się oknami czasu do waszych mistycznych podróży. A obrazy utkane ze słów – topograficznym drogowskazem.

Dwadzieścia trzy lata temu miałem zaszczyt współtworzyć wraz z Krzysztofem Miklaszewskim film Ostatnia szansa Wielopola. Po 23 latach przyjechałem tu znów na otwarcie „Kantorówki”. Zostałem w Wielopolu dni kilka i zakochałem się w miasteczku i ludziach. Fotografowałem, rozmawiałem, słuchałem, zapisywałem relacje mówione. Spotkałem bohaterów tamtego filmu. Postanowiłem pokazać drugą szansę Wielopola, które zaczyna pięknie się rozwijać. Chciałbym razem z Wami zobaczyć Wielopole. Niech ten reportaż będzie osobistym przewodnikiem po tym niebywale pięknym, intrygującym miejscu, które w okolicach skrywa niezwykłe i magiczne zaułki, historie, wydarzenia. Miejscu, do którego wiodą drogi z czterech stron świata, a tych dróg pilnują święci. Miejscu sennym, które właśnie się obudziło, miejscu, które czasem otula wieczna mgła. I choć dookoła Pan Bóg coraz inaczej rozświetla łąki zielone, to Wielopole najpiękniej wygląda w szarościach. Kolor szary to mgła, tajemnica, cień i nieprzenikniona zasłona wieczności. Szarość to kolor dochowania sekretu. To pragnienie skrycia się przed światem z modlitwą. Czasem, kiedy nad Wielopolem zapali się tęcza, pojawi się inny kolor. To fiolet, ktoś umrze.

Akt pierwszy

Tu wszystko się zaczęło. Na miejscowej plebanii. W pokoju po prawej stronie od wejścia urodził się mały Tadzio, bo tu mieszkała jego matka. Tadeusz wraz z siostrą Zosią spędził tu pierwszych sześć lat swojego życia. Te sześć lat zaważyło na spektaklach Tadeusza Kantora. Przede wszystkim na słynnym przedstawieniu Wielopole, Wielopole.

Światowa premiera odbyła się 23 maja 1980 r. we Florencji. Kantor zagrał go w ponad 200 miejscach na świecie. — Lepszej promocji Wielopole Skrzyńskie mieć nie mogło — mówi Marek Tęczar, wójt Wielopola. Ale dla mieszkańców ważniejsza była druga premiera. W 1983 r. Tadeusz Kantor przyjechał do rodzinnego miasteczka. Teatr Cricot 2 zagrał w miejscowym kościele spektakl Wielopole, Wielopole.

Publiczność, złożona z mieszkańców, oniemiała. Aktorzy mieszali się z manekinami. — Naprawdę żywymi są w teatrze tylko widzowie — czytamy w partyturze do spektaklu. Nie obyło się bez kontrowersji, choć reżyser zrezygnował z rekwizytów przedstawiających męskie genitalia. Tamte kontrowersje żywe są do dziś. Po spektaklu odbyła się kolacja z udziałem Kantora, zespołu, zaproszonych przez ks. Juliana Śmietanę, ówczesnego proboszcza. Kolacja nazwana Ostatnią Wieczerzą, bo Tadeusz do ukochanego miasteczka miał już nie powrócić. Dania przygotowała Helena Kubik, żyjąca do dziś kucharka ks. Śmietany. Doskonale pamięta, co zrobiła. Do tego stopnia, że usiedliśmy w jej pokoiku, by przygotować słynne precle do czystego barszczyku, które tak lubił ks. Julian. Księdza Juliana też pamięta, aż do samego końca. — Potknął się, upadł. Jak umierał, to poprosił, żebym go ogoliła brzytwą — mówi ze wzruszeniem. Wyciąga kalendarze, na każdej stronie pracowicie spisany przepis.

Dziś na starej plebanii jest wyjątkowe muzeum, poświęcone Tadeuszowi Kantorowi. Byłem tu, rozmawiając z ks. Julianem, jeszcze przed nakręceniem Ostatniej szansy Wielopola. Byłem na kolejnych otwarciach muzeum. Z początku skromnego, dziś jednego z najnowocześniejszych w Polsce. „Kantorówka” – Ośrodek Dokumentacji i Historii Regionu Muzeum Tadeusza Kantora w Wielopolu Skrzyńskim została ponownie otwarta 26 kwietnia 2019 r. — To był nasz obowiązek. Remont oraz wystawa zostały zrealizowane z funduszy unijnych, w ramach projektu „Przebudowa i zakup wyposażenia Kantorówki – Ośrodka Dokumentacji i Historii Regionu Muzeum Tadeusza Kantora w Wielopolu Skrzyńskim” — mówi z dumą wójt Tęczar. Sala z dekoracjami ze spektaklu, filmy i zdjęcia rzucane na ściany, multi­medialne przewodniki i wzruszający pokój z dzieciństwa Kantora robią piorunujące wrażenie. Na górze jest dodatkowo małe muzeum. „Z jednej strony kościół, plebania i cmentarz – po drugiej stronie synagoga, ciasne uliczki żydowskie (…). Obie strony żyły w symbiozie” – pisał o Wielopolu Kantor. Gdzie jest to niegdysiejsze Wielopole? Siedzę w „Kantorówce”. Na filmie wuj Karol, patriota, ciotka Mańka, nieszczęsny Rabinek, rozstrzeliwany trzykrotnie. I ten Rabinek nie daje mi spokoju.

Akt drugi

Świat jest pełen świateł i tajemnic, a człowiek zasłania się przed nimi swoją małą dłonią – powtarzał rabin z pobliskich Ropczyc. W pamięci najstarszych mieszkańców zachował się obraz miejscowych Żydów, rozstrzeliwanych przez Niemców. — Miejscowy rabin ubłagał Niemców, by zginął na końcu. Patrzył, jak ginęli najbliżsi, modlił się i rzucał przekleństwa — mówi jedna z mieszkanek Wielopola. Siedzimy w małej piekarence, która ostatnio zniknęła z miasteczka. Zabił ją kapitalizm. — To był straszny dzień. Niemcy ogłosili, że to, co po Żydach zostało, można zabierać. No to brali. Obrączki, torebki. Jeden wziął dużo do domu. Trochę czasu upłynęło, jedno zachorowało, umarło, potem drugie, po kolei. To chyba klątwa tego rabina — mówi starsza pani.

Przy rynku stoi pomnik dzieci spalonych podczas seansu kina objazdowego. — Byłam wśród tych dzieci, udało mi się uciec — mówi druga z kobiet. Pożar wybuchł 11 maja 1955 r. Spaliło się żywcem 58 osób, w tym 38 dzieci. — To niespotykana sprawa — mówi śpiewnie Józef Ciołkosz. Siedzimy w miejscowym GOK-u. Tuż obok stał parterowy barak, działały tu biblioteka i klubokawiarnia. — To było tak. Pracownicy kina kazali zabić deskami wszystkie okna i drzwi. Z wyjątkiem wejścia, zablokowanego stołem, na którym stał projektor. Ktoś zaprószył ogień. Palili się jak pochodnie — mówi Ciołkosz.

Siedzę na ławeczce podczas mszy za pomordowanych. Ksiądz udziela komunii. Z boku stoi Consuella. Nieudane ma życie. Rano sklep, małpka, ławka, znieczulenie. Takich samotników jest kilku. Czasem śpią na ławkach. Wódka koi ból. Consuella niepewnym krokiem podchodzi do księdza. Piła. Ale chce spotkać się z Panem Jezusem. Z namaszczeniem bierze na język opłatek. Wraca z uśmiechem.

Kiedy przyjeżdżam za kilka tygodni, Basia ze sklepu mówi, że niedługo po komunii Consuella umarła. Idę do „Kantorówki”. Siadam. Patrzę na obrazy ze spektaklu, rzucane na ścianę. Pokój, kilka prostych sprzętów, na pierwszym planie kopczyk świeżo usypanej ziemi, wata, łopata i krzyż. Kantor na nowo mebluje pokój z dzieciństwa. „Pokój mojego dzieciństwa jest ciemną i zagraconą dziurą. To nieprawda, że dziecinny pokój w naszej pamięci pozostaje słoneczny i jasny. Takim czyni go tylko konwencjonalna maniera literacka. Jest to pokój umarły i umarłych. Przywoływany wspomnieniem – nieustannie umiera. Gdy jednak będziemy dobywać z niego znikome fragmenty, kawałek dywanu, okno, a za nim ulicę biegnącą w głąb, promień słoneczny na podłodze, żółte sztylpy ojca i płacz matki, wtedy rozpocznie sklecać się nasz prawdziwy pokój dzieciństwa, i może uda się nam sklecić również przy tej okazji nasz spektakl!” – pisze (mówi) Kantor.

Akt trzeci

Wracam pamięcią do pracy z Krzysztofem Miklaszewskim. Tyle to już lat. Ekipa kręci dyskotekę w miejscowym GOK-u. Ze ścian spogląda Tadeusz Kantor. Z głośników leci ówczesny hit. „Nie zamykaj się na świat. / Czasem warto żyć w tym pędzie. / Miłość przyjdzie tak czy tak. / W tylko sobie znanym tempie. / Czasami nie wiadomo skąd / Czasami znasz ją wiele lat / Otworzy wszystkie drzwi, uwierz mi” – śpiewa Beata Kozidrak.

Siedzę z księdzem Piotrem Soją na plebanii. Ciasto malinowe z cukierni, dobra herbata. W tle kredens księdza Juliana ze starej plebanii. Rozmawiamy o budowaniu na skale. — Boleję nad utratą przyzwoitości ludzkiej. Z domu wyniosłem patriotyzm. Fundament to wiara. Nie jestem jakimś gigantem Ewangelii. Coś w życiu musi nas wyróżniać od ducha tego świata. Jak zrobimy taką pustkę, to co? — pyta ks. Piotr. No właśnie, to co?

Idę na ławeczkę przy pomniku małego Tadeusza i małej Zosi. To jeden z najbardziej wzruszających pomników, jakie znam. W uszach znów słyszę piosenkę z tamtej dyskoteki: „Czasem wylejesz morze łez. / Będziesz silniejszy tak jak ja. / Miłość otworzy wszystkie drzwi, Uwierz mi. / Niech letni wiatr, znowu w sercu gra. / Bądź blisko mnie, gdy zaplącze włosy”.

Jadę z Basią pod krzyż. W górze. Widać stąd w dole Wielopole. Basia klęka, modli się. Patrzę ze wzruszeniem. Jedziemy do kościoła w Brzezinach. W wyremontowanej plebanii muzeum. A tam gotyk, Witt Stwosz, obrazy, figury, stopy Jezusa, brzytwa ks. Juliana Śmietany. Ekstaza. Idziemy pomodlić się do kościoła. W podcieniach klęcznik, Basia pomodli się jeszcze raz. Smuga światła wydobywa jej drobną figurę. Siadamy na ławce z widokiem. Słucham jej opowieści. Patrzę w zamyślone, pełne smutku oczy. Biorę za rękę. Basia pędzi. Co jej powiedzieć za to, że tak pięknie opowiadała mi o Kantorze? (pracowała w „Kantorówce” i opowiadanie ludziom o Kantorze było jej pasją). Opowiem ci o cudzie, chcesz? Mów. — Zwykło się uważać za cud chodzenie po powierzchni wody czy unoszenie się w powietrzu, ale myślę, że prawdziwym cudem jest chodzenie po ziemi. Każdego dnia uczestniczymy w cudzie, z którego nawet nie zdajemy sobie sprawy: niebieskie niebo, białe chmury, zielone liście, ciekawskie oczy dziecka – nasze własne oczy. ­Wszystko jest cudem – powtarzam ukochany fragment książki. Kto to powiedział – pyta? Pożycz w bibliotece Cud uważności. A co to jest cud uważności? No właśnie to. Trzymam cię za rękę.

Cały reportaż przeczytacie w 25 numerze Krainy Bugu

Tekst: Waldemar Sulisz, zdjęcia: Małgorzata Sulisz

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *