Bez kategorii

W kropli deszczu szukam oceanu

Z wielkim żalem przyjęliśmy informację, że dziś rano w szpitalu w wieku 93 lat zmarł wybitny artysta – profesor Andrzej Strumiłło.

Malarz, rzeźbiarz, rysownik, pisarz. Organizator wielu inicjatyw, w 2017 roku laureat nagrody Honorowy Ambasador Wschodu.

Mieliśmy zaszczyt przeprowadzić wywiad ze śp. profesorem Andrzejem Strumiłło.

Całość rozmowy prezentujemy poniżej.

 

Jest jak otwarta księga. Ludzi takich jak profesor Andrzej Strumiłło można słuchać godzinami. To nie tylko jego opowieści o sztuce, podróżach i wojnie, lecz także niezwykle głębokie przemyślenia na temat misterium bytu. Brzmią jak proste recepty na życie, a to sami sobie komplikujemy. Warto ich posłuchać z ust 92-letniego człowieka, dla którego piękno egzystencji polega na smakowaniu przeciwieństw.

Muszę przyznać, że z wielką przyjemnością jechałem na wywiad z Panem, tym bardziej że odbywa się on w niezwykłym miejscu, jakim jest Pana dom w Maćkowej Rudzie nad Czarną Hańczą. Czy osiedlenie się tutaj było zaplanowane czy zdarzyło się przez przypadek?

Jako młody człowiek obiecałem sobie, że poznam świat na tyle, na ile jest to możliwe, a na starość znajdę sobie spokojne miejsce, w którym będę mógł kontemplować i czekać na koniec. Miałem ciekawe życie, przemierzyłem piechotą Kraj Chabarowski, Mongolię, wojenny Wietnam, dotknąłem szczytów Himalajów, poznałem całą Azję, otarłem się o luksus w Nowym Jorku, ale w głębi serca zawsze wiedziałem, że ostatnią prostą swojego bytu spędzę w Polsce. A dlaczego Maćkowa Ruda? Bo, żyjąc na Manhattanie, tęskniłem do rzeki i nieba z dzieciństwa, wschodnich: klimatu, języka, mentalności i śladów historii. Chciałem żyć na prawdziwej wsi, gdzie ludzie ciężko pracują na roli i mają do siebie szacunek.

Tak, ten dom w Maćkowej Rudzie był świadomym wyborem, sentymentalnym i romantycznym, wewnętrzną potrzebą, którą trudno zdefiniować. Wie Pan, że stąd jest bliżej do Wilna niż do Warszawy? Gdzie zatem mogłoby mi być lepiej?

Przecież w Wilnie wszystko się zaczęło…

Tam przyszedłem na świat w 1927 roku. Dzieciństwo i młodość spędziłem na ziemi wileńskiej i nowogródzkiej. To pozostawiło we mnie trwały ślad. Stamtąd wziął się mój sentymentalizm i romantyzm. Tam upatruję źródła mojego upodobania do krajobrazu lirycznego. Cieszę się, że mogę być tak blisko moich korzeni.

Kupił Pan dom z duszą?

Chyba tak. Granica działki, na której on stoi, przylega do rzeki. Całość otaczają potężne stuletnie drzewa. Właścicielem domu, który nieco rozbudowałem, był Jan Jakubowski, przedstawiciel drobnej podlaskiej szlachty, który przed wojną składał drewniane domy dla sejneńskich Żydów. Kupując tę posiadłość, chciałem uszanować klimat tego miejsca. Moim pragnieniem było wrośnięcie w tę ziemię i poczucie jej rytmu.

Pana życie to nieustanna przygoda, której częściami składowymi są sztuka i podróże. Od zawsze Pan wiedział, że tak będzie?

Dość wcześnie zacząłem przejawiać talenty. Kiedy miałem sześć lat, matka posłała mnie do szkoły. W pierwszej klasie byłem tylko przez dwa tygodnie, bo strasznie się tam nudziłem. Postanowiono przenieść mnie do drugiej klasy. Egzamin gimnazjalny zdałem tuż przed wojną.

Zawsze lubiłem rysować – jedną z moich prac wysłano do Warszawy, otrzymałem za nią nagrodę od prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Pierwsze farby olejne dostałem w 1939 roku. „Wastoczniki”, czyli radzieccy nauczyciele, którzy pojawili się w naszym lidzkim gimnazjum po wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski, kazali mi malować kopyta konia marszałka Woroszyłowa.

Ukończył Pan krakowską ASP…

Ostatecznie tak, ale zanim to nastąpiło, byłem studentem łódzkiej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Dostałem się do niej jako student numer piętnaście. Pobyt tam był najważniejszym momentem w moim życiu, miałem bowiem to szczęście, że moim profesorem był Władysław Strzemiński. To on otworzył mi oczy na świat. Dzięki niemu zrozumiałem wiele z mechanizmów i tajników sztuki. Przychodząc do szkoły łódzkiej, byłem na tyle dojrzały jako malarz konwencjonalny, że właściwie szkoła nie była mi potrzebna. Potrzebna mi była natomiast wiedza profesora Strzemińskiego, jego teoria, porządek, który pozwalał mi rozeznać się w historii sztuki, określić style, epoki i środki działania, czyli zbudować własną świadomość. Profesorowi zawdzięczam to, kim dzisiaj jestem.

Dlaczego więc pojechał Pan do Krakowa?

Zostałem do tego przymuszony przez czynniki zewnętrzne. Po dwóch latach mojego studiowania zmieniono profil łódzkiej szkoły – stała się ona bardziej szkołą przemysłową niż artystyczną. Dla mnie to był dramat, bo moim warsztatem było malarstwo, a nie tkanina. Zdecydowałem o przejściu do akademii krakowskiej – uczelni starej i bardzo konserwatywnej, co nie odpowiadało zarówno mi, jak i moim przyjaciołom. Byli wśród nich Andrzej Wajda i Andrzej Wróblewski. Nie czuliśmy sztuki, którą serwowała nam uczelnia. Pociągała nas awangarda, szukaliśmy innej formuły, innego tematu i innych rozwiązań dla pokazania tego, co w nas siedziało. Chcieliśmy robić sztukę, która by wyraziła naszą epokę.

Stąd wzięła się ta mnogość form Pańskiej sztuki?

Miało to pewnie wpływ na moją późniejszą drogę. Zawsze wychodziłem z założenia, że fakt ukończenia wydziału malarstwa w niczym mnie nie ogranicza. Uważałem, że mogę uprawiać wszystkie dyscypliny wizualne – ta pewność poparta była zasadą, którą wyznawał mój mentor prof. Strzemiński, że nieważne są środki, których używamy do wyrażenia naszych artystycznych potrzeb, najważniejsze jest to, co chcemy przekazać. Całe życie robiłem rzeczy rozmaite. Ale czyż nie jest tak, że piękno egzystencji polega właśnie na smakowaniu przeciwieństw? Ciasna specjalizacja nas krzywdzi.

 

Poprzez swoją twórczość opisuje Pan świat. Czy, patrząc z perspektywy ponad dziewięćdziesięciu lat Pana życia, może Pan powiedzieć, że udało się opisać go w całości?

Nie, uważam, że nie ma możliwości opisania świata w całości. Ja w swojej twórczości odnoszę się jedynie do jego cząstki, ale ona jest kluczem do większej całości. Wie Pan, taką filozofię wyznają mądrzy Azjaci, którzy w małych rzeczach szukają prawdy o rzeczach wielkich. Szukają gór w kamieniu, oceanu w kropli.

A czy tak wielki artysta jak Pan czuł zazdrość, patrząc na prace kolegów po fachu? A może były one dla Pana wzorem?

W młodości wzorowałem się na malarstwie historycznym, dostrzegałem ideał w pracach Matejki i Grottgera. Na szczycie mojej piramidy, jeżeli chodzi o najlepsze obrazy ubiegłego wieku, stoi Malewicz ze swoim Czarnym Kwadratem i Wróblewski z Rozstrzelaniem. Te obrazy mają ogromną siłę, mocno wiążą się z epoką, w której powstały, oraz losami ludzi tamtego okresu. Inne postawy twórcze cenię bez uczucia zazdrości. Uczciwy twórca musi liczyć na własne siły.

Co jest celem sztuki?

Ciężko jest to określić, tak jak trudno jest odpowiedzieć na pytanie, czym jest życie.

Czy współczesnemu człowiekowi sztuka jest do czegokolwiek potrzebna?

Sztuka jest potrzebna do ujawnienia własnej osobowości. Jest to potrzeba rozmowy, dialogu ze sobą, z niebem i z drugim człowiekiem.

Ona ma funkcję społeczną. To badanie i opisywanie procesu życia, niezbędne ludziom jak jedzenie. Niestety, dziś stawiamy na łatwą sztukę i kulturę, która z definicji jest masowa. Ona podważa kulturę wysoką, która zawsze ma w sobie dramat poszukiwania odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne. To jest trudne, więc nie każdy chce to robić.

Odbył Pan w życiu wiele podróży w różne zakątki świata. Czy te momenty były odskocznią od sztuki, odpoczynkiem od niej, złapaniem oddechu?

O, nie, w podróżach interesowały mnie przede wszystkim doznania duchowe, a takie mogłem mieć dzięki sztuce. Gdziekolwiek byłem, jej właśnie poszukiwałem. Chłonąłem piękno, rzemiosło, malarstwo innych kultur.

Powody podróży mogą być różne. Jedni jadą w świat w konkretnym celu i z postanowieniem powrotu, inni traktują to jako ucieczkę przed czymś, najczęściej, niestety, przed sobą samym, przed swoimi lękami, swoim wewnętrznym nieszczęściem. Wydaje im się, że jak zmienią miejsce, zmienią też siebie. Ale to błędne koło, bo tego zrobić się nie da, szczęście zależy bowiem od naszej postawy, akceptacji tego, co mamy. Świat jest w nas, to my go tworzymy. Ja należałem do tej pierwszej grupy wędrowców. W drogę wiodła mnie ciekawość i chęć przywiezienia łupów w postaci wewnętrznego wzbogacenia, konfrontacji mojej wiedzy o świecie z rzeczywistością miejsc, do których zmierzałem. Moim celem było poszerzenie horyzontów i świata, który jest we mnie.

Przeczytałem gdzieś, że na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku marzył Pan o zbudowaniu własnej łódki…

Rzeczywiście tak było. W Akademickim Związku Morskim skończyłem kurs żeglarski, a potem kurs jachtowych sterników morskich. Chciałem przepłynąć łódką wokół Europy, a może i wokół świata. W tym celu razem z moim kolegą, rzeźbiarzem Julkiem Gosławskim, zacząłem budować łódź. Robiliśmy to w Poznaniu, w zakładach maszyn rolniczych, które należały do jego ojca i były idealnym zapleczem do tego typu prac. Jacht udało nam się skończyć, a plany podróży pokrzyżowały nam wydarzenia z 1949 roku, kiedy wszystko zamknięto, łącznie z portem gdańskim. Nie wiedzieliśmy, co robić. Ostatecznie ja oddałem Julkowi jacht, a on w rozliczeniu podarował mi kajak, z którym pojechałem eksplorować Mazury.

A myśli Pan, że gdyby wtedy udało się Panu zrealizować ten pomysł, dziś byśmy tutaj siedzieli?

Może tutaj, może gdzie indziej, kto to wie? Wiele było w moim życiu okazji, które mogły spowodować, że mnie by dziś tu nie było. Mogłem zginąć w Himalajach albo zostać zastrzelony w czasie wojny, bo nie raz byłem na celowniku.

Opowie Pan o tym?

Na opowieść o wszystkich tego typu sytuacjach nie starczyłoby pewnie doby, no, ale niech będzie. Miałem kiedyś na Białorusi przyjaciela Czesia. Pewnego dnia pływaliśmy na jeziorze koło cmentarza. Ktoś do nas podpłynął, ja go ochlapałem albo pchnąłem wiosłem, dokładnie już nie pamiętam. On wyskoczył na brzeg, podniósł karabin i wycelował w nas. Pomyślałem: „Cholera, co robić? Jak zaczniemy uciekać, to strzeli nam w plecy”. Nie namyślając się długo, nakierowałem kajak wprost na niego. Jak byliśmy tuż przy brzegu, nagle opuścił broń. Wyskoczyłem szybko i zobaczyłem leżące przy brzegu niemieckie umundurowanie. Nasz niedoszły zabójca miał może siedemnaście lat, był naszym rówieśnikiem, Rosjaninem. Należał do formacji własowskiej. Wzięliśmy jego amunicję i karabin, takiego długiego mauzera z pierwszej wojny światowej, i ostrzelaliśmy niemiecki punkt obrony kolei. Niemcy siedzieli w tym czasie w betonowym schronisku, czekając, aż się do nich zbliżymy.

Odważny Pan był i sprytny.

Działałem rzeczywiście brawurowo. No, ale to nie koniec tej historii. Zanim odeszliśmy znad jeziora, chłopak powiedział nam, że chciałby wstąpić do partyzantki, i poprosił, żebyśmy mu w tym pomogli. Mogłem to zrobić, bo mój ojciec miał kontakty z AK nowogródzkim, ale bałem się. Kazaliśmy mu jednak przyjść w to samo miejsce następnego dnia i przynieść skrzynkę amunicji. Tak zrobił. Wzięliśmy ją i oddaliśmy ojcu, chłopcu zaś powiedzieliśmy, że niebawem wstąpi do partyzantki, bo już mu to załatwiamy, i nakazaliśmy mu przyjść następnego dnia ze skrzynką granatów. Tym razem się nie pojawił, wysłali go na Zachód, bo zbliżała się artyleria sowiecka.

Oj, dużo mieliśmy z Czesiem przygód. W 1941 roku wyciągnęliśmy skrzynkę amunicji z płonących magazynów sowieckich. Zrobiliśmy strzelające pistolety, takie jednostrzałowe. Miały nam służyć do walki o wolną Polskę.

Ta wojenna przyjaźń została na całe życie?

Tak, ale nasze losy były zawiłe. Niemcy umożliwili Czesiowi wyjazd na Zachód. Dowiedziałem się o tym przypadkowo. Okazało się, że należał do prawicowej organizacji, którą Niemcy tolerowali jako sprzymierzeńca w walce z bolszewikami. Przed wojną jego ojciec był policjantem. Czesław miał za sobą Brygadę Świętokrzyską. Ponownie spotkaliśmy się w 1945 roku po zakończeniu działań wojennych – Czesio, a właściwie wtedy już Tadeusz, bo zmienił imię, pracował w Gdańsku jako elektromonter. Namówiłem go, żeby poszedł na studia. Znów działaliśmy razem, założyliśmy na Wybrzeżu podziemne harcerstwo. Za działalność konspiracyjną został aresztowany i przesiedział w więzieniu parę lat. Potem zrobił wielką karierę w budownictwie. Odbudował wszystkie podstawowe obiekty w Gdańsku. W 1956 roku został naczelnym dyrektorem Politechniki Świętokrzyskiej. Niestety, już nie żyje.

Łatwiej się patrzy na świat z perspektywy dziewięćdziesięciu lat?

Nie wiem, czy łatwiej, na pewno z czasem przychodzi pogodzenie z faktem nieuchronnego odejścia, i to mnie uspakaja. Mnie już te katastrofy, które dzieją się w naszym kraju i na świecie, nie dotyczą. Mam jeszcze przed sobą rok czy dwa lata życia, a może miesiąc, w każdym razie do wiosny może doczekam. A czy następną wiosnę będę mógł przywitać, pewien nie jestem. To też rodzaj takiego egoizmu i wygodnictwa, że mnie nie obchodzi los ludzkości. Niestety, nie mam na to wpływu. Ale życzę szczęścia bliskim mi ludziom.

Gdzie szukać smaku życia?

Nie wiem, czy da się to wytłumaczyć organoleptycznie. Myślę, że centrala mieści się pomiędzy sercem a głową. Może w duszy? To sprawa wewnętrznego odbioru, kontaktu ze światem i z ludźmi, możliwości odbierania piękna przyrody i sztuki. Człowiek jest do tego przygotowany, ma predyspozycje i trening w tym kierunku. Tak mi się wydaje. Ludzie pytają, jak w piosence Młynarskiego: „W co się bawić?”, a ja mam stałą zabawę. Kładę się spać zmęczony, z radością oczekuję na dzień następny, bo wiem, co mam robić.

Peter Brook powiedział, że jesteśmy dziećmi chaosu, i jedyne, co możemy zrobić, to przeżyć swoje życie dobrze, według kanonów godnych dżentelmena, osoby wierzącej i miłości bliźniego. Nie wiemy, skąd przychodzimy. Choć mamy wolną wolę, to w procesie życia dzieje się wiele niezależnych od nas rzeczy. Odchodzimy też niezależnie od naszej woli, wyłączając oczywiście samobójstwo. Musimy jedynie starać się wypełnić dany nam czas, jak najlepiej wypełnić swoją misję istnienia.

Czuje się Pan wybrańcem losu?

Tak. Chciałem mieć rodzinę, więc ją założyłem. Chciałem mieć dom, więc go zbudowałem. Pracuję jako artysta, ale jednocześnie umiem zasadzić drzewo, wymurować mur czy oheblować deskę. Dane mi było poznać i ocenić los człowieka w różnych kulturach, często bardzo skrajnych, jak chociażby biedna Azja i kapiący dostatkiem Manhattan. Czułem się jak kroczący po kuli ziemskiej pielgrzym. Myślę, że nie zmarnowałem życia. Gdybym miał je powtórzyć, zgodziłbym się na taki sam model.

Rozmawiał Daniel Parol, tekst Justyna Franczuk, zdjęcia Piotr Malczewski

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *