Jesienią 2022 r. media obwieściły gremialnie, że liczba ludności świata właśnie przekroczyła 8 miliardów. Zaraz potem dodawano, że presja człowieka na planetę rośnie i że dalszy wzrost grozi nam ekologiczną i humanitarną katastrofą.

TEKST Wojciech Janicki FOTO Atosan / Shutterstock

Cóż, Ziemia nie jest z gumy i nigdy nie będzie w stanie utrzymać i wyżywić nieskończonej liczby ludności. Jeśli będzie nas zbyt dużo, zacznie brakować nam pożywienia, surowców, przestrzeni do życia. Wszystko to zdaje się być oczywiste, trąci wręcz banałem. Rzadko kiedy jednak zadajemy sobie pytanie, ile ludzi tak naprawdę Ziemia jest w stanie utrzymać i gdzie są granice presji człowieka na środowisko, po przekroczeniu których sytuacja wymknie się nam spod kontroli i nie będziemy w stanie powrócić do stosunkowo stabilnej sytuacji, jaką mamy dzisiaj.

Swoją drogą ciekawe, że analogiczne rozważania w kontekście rozwoju potencjału sztucznej inteligencji aktywnie prowadzimy na co dzień, a najczęściej powtarzana przez ekspertów konkluzja sprowadza się do stwierdzenia, że z tak dużym zagrożeniem jak AI ludzkość jeszcze nigdy nie miała do czynienia. Ale wróćmy do relacji człowiek–przyroda.

Przez tysiąclecia liczba ludności świata rosła powoli. Chociaż dzieci rodziło się bardzo dużo, to większość z nich umierała jeszcze przed wejściem w wiek rozrodczy. Na masową skalę doskwierał naszym przodkom głód, gnębiły ich choroby, higiena w dzisiejszym rozumieniu tego słowa w zasadzie nie istniała, a poziom rozwoju struktur społecznych był tak niski, że oczekiwanie opieki nad głodnym, biednym i chorym ze strony państwa nikomu nie przychodziło nawet do głowy. Jeszcze pod koniec XIX w. w najwyżej rozwiniętych państwach ówczesnego świata, jak Niemcy czy Anglia, średnia długość życia nie przekraczała 40 lat. Dzisiaj statystyczny Niemiec czy Brytyjczyk żyje blisko 82 lata, a są państwa, gdzie wartość ta przekracza 86. Siłą rzeczy niegdyś obok siebie w tej samej rodzinie żyły dwa pokolenia, a dzisiaj żyją cztery.

Demograficzne skutki radykalnej poprawy poziomu życia na świecie na przestrzeni ostatnich 200 lat są oczywiste. Nie tylko żyjemy dłużej, ale także jest nas znacznie więcej. Chociaż nie dysponujemy precyzyjnymi danymi, to szacuje się, że pierwszy miliard ludzkość osiągnęła około 1804 r., po 200 tys. lat ewolucji gatunku homo sapiens. Osiągnięcie drugiego miliarda zajęło nam już tylko 123 lata, potem kolejne miliardy przybywały coraz szybciej – ostatni, ósmy, zajął nam już tylko 11 lat. Im więcej nas jest na Ziemi, tym szybciej zużywamy jej zasoby i tym bliżej jesteśmy wspomnianego punktu krytycznego. Gdzie konkretnie jest ten punkt?

Odpowiedzi na to pytanie poszukiwano już w starożytności. Konfucjusz w V w. przed naszą erą postulował kontrolę i ograniczanie wzrostu liczby ludności, bo nadmiar gąb do wyżywienia grozi głodem. To samo głosił u schyłku XVIII w. słynny Thomas Malthus, anglikański pastor nawołujący do tego, aby pozwolić głodnym, biednym i chorym umierać – pomaganie im bowiem przedłuży ich nędzny żywot i doprowadzi do dalszego wzrostu liczby ludności, czego za wszelką cenę należy uniknąć. Żaden z nich nie wskazał jednak konkretnej liczby ludności świata, jakiej nie należałoby przekroczyć.

Współcześnie poszukiwania odpowiedzi na pytanie o granice odporności planety na presję człowieka nabrały tempa. Ważną cezurą był tu rok 1969, kiedy to U’Thant, ówczesny sekretarz generalny ONZ, ogłosił swój słynny raport zatytułowany Problemy ludzkiego środowiska. Podkreślał w nim negatywny wpływ człowieka na stan środowiska i prognozował nadchodzącą katastrofę, jeśli nie uda nam się zatrzymać gwałtownego wzrostu liczby ludności, znanego jako eksplozja demograficzna. Raport ten otworzył puszkę Pandory z pełnymi czarnych wizji przyszłości opracowaniami, książkami, artykułami naukowymi i prasowymi. Wydana w 1972 r. książka Granice wzrostu, przetłumaczona na ponad 30 języków i sprzedana w kilkunastu milionach egzemplarzy na całym świecie, straszyła katastrofą ekologiczną, wyczerpaniem ropy naftowej, powszechnym głodem i wojnami o żywność na planecie nienadającej się do życia już w ciągu dwóch-trzech dekad – żadna z tych wizji się nie sprawdziła. Maksymalną możliwą do utrzymania liczbę ludności świata szacowano wówczas najczęściej na 2–3 miliardy. Co ciekawe, już wtedy było nas na Ziemi więcej – około 4 miliardów. Były też inne szacunki pojemności Ziemi – od 500 milionów przez 8, 15, 50, aż po 157 miliardów ludzi.

Nasuwają się tutaj dwa dość oczywiste pytania. Po pierwsze, jak to możliwe, że planeta może utrzymać rzekomo tylko 2–3 miliardy ludzi, skoro jest nas już teraz kilkakrotnie więcej? Po drugie, skąd bierze się tak ogromny rozrzut wielkości szacunków i który z nich jest bliższy prawdy?

Zwolennicy tezy o tym, że ludzi jest już dzisiaj zdecydowanie za dużo, twierdzą, że żyjemy na koszt przyszłych pokoleń. Eksploatujemy planetę w takim tempie, że nasze prawnuki będą żyły w dużo gorszych warunkach – bez ropy naftowej, której zasoby za moment się skończą, z zanieczyszczonymi wodami, zdegradowaną powłoką glebową i rozrastającymi się obszarami nienadającymi się do zamieszkania z powodu wzrostu temperatury na Ziemi. Także w naszej strefie klimatycznej nawracające fale upałów mają dziesiątkować ludzi starszych i mniej odpornych, a miasta będą dewastowane przez gigantyczne, niemożliwe do opanowania pożary. Załamanie systemu przyrodniczego Ziemi nienadążającego z regeneracją jest tuż za rogiem. Aby tego uniknąć i pozostawić naszym potomkom środowisko w akceptowalnym stanie, zwolennicy tezy o przeludnieniu Ziemi postulują nie tylko zmniejszanie emisji gazów cieplarnianych, ale także powszechne, radykalne samoograniczanie, w tym także całkowitą rezygnację z posiadania potomstwa lub ograniczenie liczby posiadanych dzieci do jednego. W tym właśnie duchu w 2020 r. w Kanadzie przeprowadzono kampanię bill­boardową „Jedna Planeta, Jedno Dziecko”. Zmniejszenie liczby ludności świata o 75% w ciągu kilku pokoleń, zdaniem jej autorów, ma być receptą na dobre życie tych, którzy dziś jeszcze się nie urodzili.

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie drugie – o przyczyny ogromnego rozrzutu wartości szacunków pojemności Ziemi – trzeba przyjrzeć się założeniom przyjętym przez autorów poszczególnych szacunków. Znaczna część z nich za punkt wyjścia przyjmuje zdolność ekosystemów naszej planety do regeneracji zasobów. Zakładają, że jeśli eksploatujemy jakikolwiek zasób szybciej niż środowisko jest w stanie go odtworzyć, to presja człowieka jest zbyt duża. Łatwo wyobrazić to sobie na przykładzie lasu: jeśli wycinamy las szybciej niż on się regeneruje, to w pewnym momencie staniemy przyglądając się ze zdziwieniem ostatniemu drzewu na planecie. Inni łączą liczbę ludności z poziomem życia oraz stopniem rozwoju technologii twierdząc, że Ziemia jest w stanie utrzymać albo mniej ludzi konsumujących więcej i żyjących na wyższym poziomie, albo więcej ludzi funkcjonujących znacznie skromniej. Tym samym to w naszych rękach pozostaje wybór – jeśli chcemy, aby planeta utrzymała więcej ludzi, należy ograniczyć poziom konsumpcji i poziom życia.

Dokonanie obliczeń i wskazanie liczby ludzi, których jest w stanie utrzymać i wyżywić Matka Ziemia, wymaga więc przyjęcia konkretnych założeń odnośnie do poziomu życia, jakim jesteśmy zainteresowani. Czy chcemy nadal jeździć własnymi samochodami, czy może wystarczy nam komunikacja publiczna lub rower? Czy chcemy kontynuować konsumpcję mięsa – deklaruje ją dziś 85% Polaków – czy godzimy się na przymusowy wegetarianizm, aby móc zwiększyć globalną produkcję żywności? Co powiemy na limity konsumpcji energii elektrycznej, ograniczające jej zużycie na przykład o połowę? Zależnie od tego, jakie przyjmiemy założenia, taką maksymalną liczbę ludności Ziemi otrzymamy.

Niezależnie od tego, jaką odpowiedź przyjmiemy za własną, warto pamiętać o jednej fundamentalnej kwestii. Żadne działania człowieka nie są w stanie zaszkodzić planecie. Niezależnie od tego, czy będzie nas tu 8, 20 czy 100 miliardów, i niezależnie od naszych działań lub zaniechań Ziemia nadal będzie krążyć wokół Słońca po elipsoidalnej orbicie, procesy geologiczne będą zmieniały położenie kontynentów, a klimat będzie się zmieniał. Możemy najwyżej zaszkodzić sami sobie i przyszłym pokoleniom utrudniając im życie na Ziemi.

Dobrze więc, że staramy się przewidywać przyszłość. Dobrze, że usiłujemy zadbać o akceptowalne warunki życia dla przyszłych pokoleń. Szkoda tylko, że zapominamy o tych, którzy już dzisiaj współdzielą z nami Ziemię i którzy nie doczekają na efekty naszych wysiłków. Poziom nędzy na świecie, chociaż radykalnie spadł na przestrzeni ostatnich dekad, wciąż jest przerażający. Liczba osób umierających z głodu i chorób wywołanych przez głębokie niedożywienie jest szacowana przez FAO i UNICEF na 14–25 tys. dziennie. Aby ta liczba nie była dla nas tylko statystyką, zamieńmy ją na 300 pasażerów Boeinga 767: to tak, jakby codziennie o ziemię roztrzaskiwało się 80 samolotów pełnych ludzi. Codziennie!

Czy na pewno naszym działaniom nadajemy właściwe priorytety? ***

Tekst pochodzi z 40. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn w wersji papierowej do kupienia tutaj.

Prenumerata – numery 39 i 40