Do niedawna żyliśmy w ciekawym przekonaniu. Mieszkańcy miast duszą się w smogu i betonie. Żyją z dala od natury, ale odczuwają głód tejże. Potrzebują po prostu popatrzeć na „sarenkę”.
TEKST/FOTO Wojciech Januszczyk
Ten sam stereotyp mówił jeszcze, że prawdziwe szczęście i autentyczny kontakt z przyrodą mają ci „na wsi”. Czy to na dzień dzisiejszy jest aktualne? Z moich obserwacji wynika, że nie do końca. Rzeczywistość przestrzeni zmienia się na naszych oczach. Wiejski, sielankowy obraz, który nosimy pod powiekami, chyba już się skończył. To, co dziś nazywamy polską wsią, w dużej mierze stało się biologiczną pustynią, a miasta nam dziczeją. Ten proces dziczenia miast następuje jednak wolniej niż pustynnienie wsi. Tu, za sprawą monokultur wielkoobszarowych, które wyjałowiły krajobraz z miedz, śródpolnych kęp drzew, znika nam różnorodność biologiczna. Wieś przestała być miejscem kontaktu z naturą, stała się fabryką żywności lub, co gorsza, sypialnią dla tych z miasta. A kontakt z naturą? Można najwyżej zrobić sobie zdjęcie w rzepaku i stać się fejsbukową rzepiarą czy rzepiarzem. Te zdjęcia to wspomniany wyżej, przetworzony cyfrowo głód natury. Ten, który objawia się również u mieszczuchów w potrzebie „domu na wsi”. Zwęszyli to już nasi rodzimi, krajowi patodeweloperzy i stworzyli na terenach wiejskich potworka urbanistycznego zwanego zabudową łanową, czym jeszcze dojechali zmęczoną monotonią przestrzeń. Wyjaśnię to pojęcie: to domy stawiane wzdłuż dawnych, wąskich pasów pól uprawnych (łanów). Bez planowania przestrzennego, bez infrastruktury, bez cienia. Powstają „kilometrowe ulice”, gdzie sąsiad patrzy sąsiadowi w okno, a jedyną naturą jest tujowy żywopłot i wyczesany pięciocentymetrowy trawnik. Tak właśnie z potrzeby kontaktu, z potrzeby braku, powstała karykatura życia wiejskiego z bażantem na polu za oknem i raz na jakiś czas rozjechanym na drodze do osiedla jeżem.
Natura, choć zmęczona, nie lubi przegrywać. Wszak ma doświadczenie trochę większe niż my, trwa nieprzerwanie od kilku miliardów lat. Pojawił się więc paradoks. Polega on na tym, że dziś to właśnie miasta, dzięki swojej mozaice, zaczynają mieć znaczenie dla różnorodności biologicznej. Miasta są lepszą ostoją niż monokulturowe, „sterylne” wsie. Miasto nie jest pryskane i nawożone. Jest szansą na dzikość.
Czwarta przyroda – znienawidzony skarb
Aby zrozumieć współczesne dzikie miasto, musimy spojrzeć na przyrodę bez filtrów. Bez bambinizacji i sterylnego wyglądu ogródków przydomowych. W mieście mamy jej cztery rodzaje. Pierwsza to ta ponaturalna – relikty lasów czy ostoi. Praktycznie nie występuje. Druga to porolnicza. Jest jej jeszcze trochę, ale im większy nacisk na zabudowę, tym szybciej znika. Trzecia to ta zorganizowana, zaprojektowana i stworzona przez nas planowo: parki i ogrody pod linijkę. No i czwarta, która jest przez nas znienawidzona. To nieużytki. Miejsca poindustrialne, tereny kolejowe, porzucone działki, zarośla, chaszcze i krzaki. W zbiorowej wyobraźni to miejsca przeklęte. Tam „czai się pijak i kleszcz”. Coś chaotycznego, nieokiełznanego. Coś, co najlepiej zagospodarować i posprzątać. To są właśnie te nowe ostoje różnorodności biologicznej w mieście. Dla wielu to jednak miejsca, gdzie wyrzuca się starą lodówkę, bo tam panuje chaos. Ciekawe jednak, że to właśnie ta czwarta przyroda, najbardziej pogardzana i regularnie wyrzynana przez deweloperów, jest dziś najbardziej pożądana i potrzebna. Dlaczego? Bo jest samorosnąca. To natura, która nie prosi o pozwolenie. Nie trzeba na nią wydawać pieniędzy z budżetu, nie trzeba jej podlewać drogą wodą pitną, nie trzeba jej nawozić. Jest naturalnym rozsadnikiem różnorodności biologicznej, ostatnią ostoją dla ptaków i owadów, a dodatkowo retencjonuje wodę, chłodząc nasze rozpalone miasta. A człowiek? Człowiek ją niszczy w imię porządku, nie widząc, że wycina swój własny system ratunkowy. Warto wreszcie zacząć zwracać na nią uwagę nie jako na problem, ale jako na rozwiązanie. Bo to w niej nadzieja na jakąś równowagę. Nie uratują nas parki czy ogrody. To są sztuczne, zależne od człowieka byty.
Język, narzędzie egzekucji
Wstęp ekologiczny do podstaw obserwacji i oceny dzikiego miasta mamy za sobą. Teraz czas na język polski. Zanim uniesiemy w górę siekierę, uruchomimy kosę spalinową czy piłę łańcuchową lub po prostu rozpylimy nad roślinami chemię z marketu ogrodniczego, dla własnego usprawiedliwienia musimy użyć specyficznego języka. „Nieużytek”, „chwast”, „szkodnik” to pojęcia, które dają nam prawo do zabijania konkretnych gatunków i niszczenia całych lokalnych, punktowych ekosystemów. Tak właśnie robimy w naszych ogrodach i parkach w stosunku do określonych gatunków zwierząt lub roślin, ale również w stosunku do dzikiego miasta i jego obszarów (nieużytki) oraz mieszkańców (chwasty i szkodniki). Dowiedziałem się o tej zależności podczas studiów w szkole Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu. Te agrarne określenia to swoiste prawo do źle rozumianego „czynienia sobie ziemi poddanej”, dają nam prawo unicestwiania dzikiego miasta. Tego, co nieokiełznane, co chce żyć po swojemu, a nie pod nasze dyktando. To zastanawiające, jak w obecnych czasach, przy tak rozbudowanej wiedzy, edukacji i dostępności informacji, nadal dajemy sobie prawo do decydowania, który organizm ma zginąć w kontekście waloru estetycznego czy naszego gustu. Idealnym przykładem jest zestawienie naszego podejścia do rododendrona i mniszka lekarskiego, popularnego mlecza. Fakty. Rododendron to w dzisiejszych czasach często zainfekowany wirusem mutant, produkt doświadczeń, który bez naszej stałej opieki, nawozów, oprysków i wody po prostu zginie. My go jednak czcimy i stawiamy ponad inne rośliny z powodu dwutygodniowego kwitnienia, no i że pszczółka do niego przyleci. Jego kwiat jest „piękny”. Z kolei mlecz (mniszek lekarski) jest rodzimy, niesamowicie wytrzymały i oferuje tym samym zapylaczom ogromne ilości nektaru. Też ma kwiaty. Jeden z nich dostaje jednak miano „chwastu” i… można go unicestwić, wręcz należy. Bo co sąsiedzi powiedzą! Bo jak mlecz mi wyrośnie, to będę złym gospodarzem!
Idźmy w to dalej. Na tym słabym mutancie, jakim jest rododendron, rozmnażają się organizmy nazywane przez nas szkodnikami; one niczym nie różnią się od innych owadów, ale dzięki naszemu nacechowaniu emocjonalnemu i szkodzie, jaką nam zrobiły lub zrobią, dajemy sobie prawo unicestwiania ich. Choć to, że posadziliśmy w ogrodzie roślinę słabą i nieodporną, przyczyniając się do zaproszenia tych owadów do naszego ogrodu, jakoś nas nie interesuje. Nasz wzrok i nasze narzędzia kierujemy w stronę mlecza i szkodników. Niszczymy mniszka na każdym kroku, choć daje nektar, jest rodzimy, jest odporny i świadczy takie same usługi ekologiczne. W dobie zmian klimatu to absurdalny wybór: unicestwiamy to, co nas wspiera, na rzecz chimerycznego, sztucznie podtrzymywanego życia, do którego musimy dodać masę energii. Nie inaczej samorządy postępują z publicznym dzikim miastem, chaszczami i krzakami, które trzeba uporządkować, bo w hierarchii ważności usług dla mieszkańców miasta z niezrozumiałego dla mnie powodu stoją na samym końcu. Park ma większą wartość, choć generuje więcej zużytej energii, materiałów podczas budowy i użytkowania.

Kult za… kontra dobrostan
To wszystko, co powyżej, ma głębsze dno – psychologiczne i społeczne. Dlaczego tak bardzo boimy się dzikości i mozaikowatości naszego miasta? Bo jesteśmy ofiarami „kultu za ……”, który przenieśliśmy z biur i domów do naszych ogrodów i parków. To kwestia wychowania i percepcji rzeczywistości. Dobry gospodarz to ten, który od świtu do nocy walczy z siłami natury. Ten, który ma trawnik jak zielony dywan i ani jednego liścia na podjeździe. On dba!
Kontrola wykańcza nas w wielu dziedzinach życia. Jak grzyby po deszczu powstają centra psychoterapii. Ciekawe dlaczego? Sterylne, poukładane, sformalizowane i opanowane otoczenie generuje problemy psychiczne u dorosłych i u dzieci, które rosną w „krajobrazach ortopedycznych”. Wieczne odcinanie się od środowiska naturalnego przynosi właśnie efekty. Dziecko potrzebuje krzaków, błota i nieprzewidywalności, by budować swoją odporność i wyobraźnię. Cyfrowe substytuty, plastikowe ogrody i parki nic tu nie dadzą. Dobrostan to zbiór czynników, w których fragmenty naszego dzikiego miasta mają również swój wpływ na równowagę psychiczną. Te nieużytki, które tak naprawdę świadczą bardzo wiele usług ekologicznych, są również tzw. trzecimi miejscami wypoczynku. Oczywiście tylko dla tych, którzy je już odczarowali w swojej świadomości. Zawsze w takich momentach wplata mi się w myśli umiar i pochwała lenistwa jako kolejny element równowagi. Nicnierobienie w ogrodzie, parku czy w czwartej przyrodzie to nie jest zaniedbanie, to akt świadomości potrzeb. To danie sobie i naturze prawa do samostanowienia.
Sacrum zgnilizny, próchna, rozpadu i obiegu zamkniętego – drugie życie
Zwrócę naszą uwagę na jeszcze jeden aspekt, inną skalę dzikiego miasta. Dla niektórych z nas trudny do zaakceptowania brak sterylności. Chodzi o zgniliznę, próchnienie drzew i murszejące liście. Boimy się ich, bo kojarzą nam się z brudem i nieporządkiem. Od razu byśmy je usuwali, często nie zdając sobie sprawy, jak niszczymy przez to środowisko oraz obiegi materii i energii, które mają wpływ na działanie dzikiego miasta. To bez nich stajemy się biologicznie wyjałowieni. Martwe drewno to nie jest bałagan, to najbardziej tętniące życiem miejsce w naszym otoczeniu, tylko w innej skali. Tej, której nie widzimy. To dom tysięcy gatunków grzybów, zwierząt czy roślin. To magazyn węgla i wilgoci oraz element układu troficznego. Bez nich nie ma dzikiego miasta, przepływu energii i materii. Ten system powinien być dla nas przykładem prawdziwej gospodarki o obiegu zamkniętym. Nic w nim się nie marnuje. Liście, które spadły, są kapitałem gleby. Wywożenie ich w plastikowych workach z miasta to przerwanie łańcucha przemiany materii. Murszejące i rozpadające się elementy organiczne to retencja, o którą tak walczymy w strategiach miejskich. Musimy przestać traktować „brudną” naturę jako coś do posprzątania. Bez zgnilizny nie ma odrodzenia. Bez brudu nie ma zdrowej gleby ani zdrowego człowieka.
Greenwashing – teatr zamiast dzikiego miasta
Na koniec muszę zwrócić Państwa uwagę na jeszcze jeden problem. Dzikość zaczyna stawać się materiałem marketingowym. Taka właśnie jest właściwość konsumpcjonizmu. Jak coś zobaczy i stwierdzi, że się to dobrze sprzeda, to automatycznie przerabia to na swoją modłę i podaje nam przetworzone na tacy. Tu trzeba uczciwie napisać: natura, dzikie miasto, chaszcze i krzaki wchodzą na salony, a tam już czai się greenwashing. Ten, który zaczyna wypaczać to, co prawdziwe, i przerabia to na zieloną papkę zjadliwą dla antropocentrycznych mediów. Samorządy i deweloperzy uwielbiają greenwashing. Dzikie miasto za chwilę będzie towarem i zasłoną dymną do kolejnego betonowania miasta w potrzebie nie dobrostanu mieszkańców, a zysku i źle rozumianego rozwoju. My jednak powinniśmy być gotowi na odrzucenie wyrobów czekoladopodobnych. Do tego potrzebna jest odrobina wiedzy i łączenie kropek. Nie warto się poddawać teatrom ekologii, mającym uspokoić nasze sumienia. Dziesięć metrów kwadratowych ogrodów deszczowych, kilka drzewek, jakiś zielony budżet czy inny obywatelski nie zrobią nam dzikiego miasta. Prawdziwa walka o klimat i dobrostan nie odbywa się w donicy na betonowym rynku, szumnie nazwanej rewitalizacją. Ona odbywa się tam, gdzie pozwalamy „nieużytkowi” trwać, gdzie rezygnujemy z betonu na rzecz naturalnej sukcesji. Gdzie nicnierobienie jest metodą tworzenia terenów zieleni. Myślmy więc, jak tworzyć tę mozaikę w zgodzie z instruktażem najlepszego inżyniera na ziemi – natury.
Dzikie miasto to nie jest kolejna estetyka do kupienia w centrum ogrodniczym. To rezygnacja z arogancji. Zrozumienie, że natura najlepiej projektuje się sama, jeśli tylko damy jej na to miejsce. W „Krainie Bugu”, gdzie rzeka wciąż uczy nas pokory wobec siły procesów naturalnych, warto wdrożyć te lekcje i przenieść je na nasze miejskie podwórka. Odpuśćmy. Pozwólmy na trochę dzikości. Dla zdrowia miasta, przestrzeni i dla własnego świętego spokoju. ***
Artykuł pochodzi z 39. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn do kupienia tutaj.