Gdy coś nas gnębi, zwykle szukamy pomocy u terapeuty. A co, jeśli najlepszą receptą okaże się las? O shinrin-yoku, czyli kąpielach leśnych, i o tym, jak kontakt z naturą wspiera zdrowie psychiczne, rozmawiamy z Katarzyną Simonienko – dr n. med., psychiatrką, przewodniczką kąpieli leśnych i założycielką Centrum Terapii Las w Białymstoku, pierwszego w Polsce ośrodka łączącego psychiatrię z lasoterapią.
Z Katarzyną Simonienko rozmawiała Paulina Kościk
FOTO Kamil Simonienko
Paulina Kościk: Większość terapeutów przyjmuje w gabinecie. Pani swoją praktykę częściowo przeniosła do lasu. Jak doszło do tej zawodowej rewolucji?
Katarzyna Simonienko: Raczej doszło do połączenia dwóch ścieżek niż rewolucji. Pracowałam jako psychiatra, a równocześnie oprowadzałam ludzi po Puszczy Białowieskiej.
PK: Kiedy te dwie drogi się spotkały?
KS: Był rok 2018, spotkanie z Peterem Wohllebenem, autorem książki Sekretne życie drzew. Przyjechał do Puszczy Białowieskiej, ponieważ toczyła się dysputa wokół ochrony tego lasu. Słuchając tych rozmów, zaczęłam się zastanawiać, co zdrowie psychiczne i las mają wspólnego. Następnego dnia przeszukałam naukowe bazy danych. Wpisałam hasła: „dobrostan”, „las”, „zdrowie psychiczne”. Trafiłam na lasoterapię i kąpiele leśne.
PK: Wtedy powstało Centrum Terapii Las?
KS: Najpierw zaczęłam robić notatki robocze z artykułów. Część dotyczyła wpływu lasu na poziom kortyzolu, na ciśnienie krwi, na tętno. Inne były o regulacji autonomicznego układu nerwowego. Zbierałam te artykuły. Chciałam z nich zrobić publikację naukową.
PK: Udało się?
KS: Wyszło sześćdziesiąt stron maszynopisu. Za obszerny materiał na artykuł. Napisałam książkę. Centrum Terapii Las powstało trochę wcześniej, ale już miałam solidną podstawę naukową do prowadzenia zajęć z lasoterapii.
PK: Nadal przyjmuje Pani w gabinecie?
KS: Pracuję w gabinecie. Lasoterapia jest tylko uzupełnieniem. My tego nie proponujemy ani zamiast tabletek, ani zamiast psychoterapii. To kolejne pole, które dodatkowo może wspierać nasze dobre samopoczucie.

PK: Jako dziecko wyobrażała sobie Pani, że będzie leczyć ludzi w taki sposób?
KS: Kiedy miałam siedem lat, chciałam być w bandzie Robin Hooda. Potem oglądałam Ronję, córkę zbójnika, i to też wyglądało sensownie. W końcu podrosłam i doszłam do wniosku, że to jednak nie wyjdzie. Chciałam zostać biologiem albo psychiatrą. Wybrałam medycynę, ale ciągnęło wilka do lasu.
PK: Jak wyglądała pierwsza kąpiel leśna, którą Pani przeprowadziła?
KS: To też był rok 2018, podczas festiwalu „Dusza się rusza”. Organizowała go pracownia psychoterapii „Integra” w Białymstoku. Razem z Basią Bańką – malarką z Białowieży – zabrałyśmy ludzi na wyprawę do puszczy.
PK: To było dla Pani wielkie wydarzenie, coś czego się nie zapomina?
KS: Każda kąpiel leśna jest wyjątkowa. Parafrazując Heraklita: nie da się dwa razy wejść do tego samego lasu. On jest zawsze inny, nawet jeśli ścieżka jest ta sama. Zwykle pracuję na jednej trasie, a mimo to las mnie zawsze zaskakuje. Ale pamiętam tę pierwszą wyprawę, tak. Pamiętam nawet twarze osób, które tam były. Puszcza zachwycała jesiennymi, złocistymi kolorami.
PK: Przed naszą rozmową spróbowałam kąpieli leśnej. Poszłam do lasu. Oglądałam, słuchałam, wąchałam. Pytanie, czy mi się udało. Jaki powinien być efekt takiej praktyki?
KS: My się nastawiamy bardziej na proces niż na cel. Celem jest uważne przebywanie w przyrodzie, korzystanie z niej przy pomocy maksymalnie dostępnych zmysłów. Chodzi o to, żeby zwolnić tempo – jeżeli jest jakiś pośpiech w naszym życiu, żeby mógł wyhamować.
PK: I jak powinnam się czuć po takim spacerze?
KS: Bardziej odprężona. W głowie powinno zrobić się trochę spokojniej, a myśli powinny się poukładać. Ale to może być pułapka. Jeśli idziemy do lasu z konkretnym nastawieniem, wywieramy na siebie presję. Że ja muszę – muszę sobie znormalizować ciśnienie, muszę się odprężyć, muszę dzisiaj lepiej spać. Trudno wtedy mówić o głębokim relaksie. Więc jeżeli po kąpieli leśnej było Pani po prostu fajnie, to dobrze.
PK: Czułam się zrelaksowana. Mam wrażenie, że na co dzień rzadko mamy przestrzeń, żeby naprawdę skupić się na tym, co nas otacza.
KS: Ciekawe odczucia mają czasami osoby, które od wielu lat chodzą do lasu, bo na przykład pracują jako leśnicy czy przewodnicy turystyczni albo hobbystycznie zbierają grzyby czy regularnie biegają. Często twierdzą, że las już niczym ich nie zaskoczy. Po kąpieli leśnej zmieniają zdanie.
PK: Bo shinrin-yoku to nie jest zwykły spacer. Jak przebiega?
KS: Najpierw wyjaśniam, czym jest kąpiel leśna, a czym nie jest. To nie sport, ezoteryka ani spacer przyrodniczy, lecz praktyka uważnego bycia w lesie, która ma przynieść ukojenie, odprężenie i pobudzić zmysły. Zaczynamy od pracy z ciałem i skupieniem uwagi na chwili obecnej, a potem otwieramy się na to, czego doświadczamy wszystkimi zmysłami. Dalsze aktywności dostosowuję do potrzeb grupy.
PK: A co jest najważniejsze w Pani podejściu do ekoterapii?
KS: W Instytucie Ekoterapii Relacyjnej proponujemy aktywności dotyczące relacji. Kluczowe jest, żeby sobie uświadomić, że przynależymy do przyrody. Nie jesteśmy tutaj ani w gościach, ani przypadkiem, nie jesteśmy też intruzami, jeśli odnosimy się do natury z szacunkiem. W lesie nie ma istoty, która byłaby zbędna. To zmienia perspektywę i pokazuje, że nasze życie jest włączone w piękną, złożoną, samoregulującą się sieć życia.
PK: A są osoby „lasoodporne”, na które tego typu terapia nie działa?
KS: W lasach w czasie wojny dochodziło do rozstrzelań. W Puszczy Białowieskiej ludzie ginęli i nadal giną w związku z kryzysem migracyjnym. Takie doświadczenia mogą sprawić, że przez lata będziemy czuć się w lesie niekomfortowo.
PK: Wtedy terapia nie ma sensu?
KS: Jeżeli nasz układ nerwowy rozpoznaje miejsce jako bezpieczne i przyjazne, dopiero wtedy możemy mówić o jego walorach terapeutycznych.
PK: A to nie jest tak, że osoby, które do Pani trafiają, już na starcie mają szczególną relację z lasem? W końcu sama nazwa centrum wiele sugeruje.
KS: Niektóre tak, niektóre zupełnie nie. Słowo „las” jest niesamowicie pojemne. Dla mnie odzwierciedla ludzką psychikę. Mamy w sobie zarówno miejsca świetliste, jak i bardziej mroczne. Takie, które są dzikie, i takie, które są równo zalesione, bo leśniczy zagospodarował teren. Ciągle coś się w nas rodzi i rozkłada. Podlegamy cyklom. Czasami polujemy, a czasami jesteśmy ofiarą. Przyglądanie się dzikiej przyrodzie jest jak przyglądanie się ludzkiej psychice – jest w niej miejsce na bardzo różne procesy.
PK: A co na to medycyna? W jakich schorzeniach kontakt z lasem rzeczywiście pomaga?
KS: Przede wszystkim w zaburzeniach lękowych, depresyjnych i fobiach społecznych. Badania pokazują też, że kontakt z przyrodą wspiera koncentrację, łagodzi objawy ADHD i pomaga w profilaktyce nowotworów. Śląskie Centrum Onkologii ma w swojej ofercie lasoterapię i ornitoterapię. Są również badania dotyczące uzależnień – przebywanie w przyrodzie zmniejsza głód alkoholowy i narkotykowy. Korzystnie wpływa także na choroby cywilizacyjne, takie jak otyłość, cukrzyca typu 2 czy nadciśnienie tętnicze.
PK: Sporo tego.
KS: A to tylko niewielki fragment. Jest mnóstwo jednostek chorobowych, które łatwiej leczyć, jeżeli mamy regularny kontakt z przyrodą.
PK: A Pani jak pomaga las?
KS: Kiedy jestem przeładowana, mam chaos w głowie i potrzebuję sobie coś poukładać, dużo lepiej mi to wychodzi, gdy jestem w przyrodzie, niż kiedy siedzę przed komputerem czy za biurkiem.
PK: Jakiś przykład?
KS: W lesie często piszę notatki do książek i konspekty. Przy pracy nad Ekopsychiatrią, nad którą pracowało kilku autorów, proces wydawniczy się przeciągał. Pierwszego dnia wiosny zabrałam grupę na kąpiel leśną. Mieliśmy rozmawiać o rozkwicie, a w lesie wciąż były lód, śnieg i sople. Tylko na chwilę zaświeciło słońce. Wtedy pomyślałam: „Po co ja tak cisnę z tą książką?”. Przecież przyroda wie, kiedy przychodzi właściwy moment. Trzeba się do niego tylko dostroić.
PK: I to pomogło?
KS: Ogromne napięcie, że muszę już, natychmiast skończyć, odpuściło. Uświadomiłam sobie, że wiosna w końcu przyjdzie. I tak samo będzie z książką. To był zwrot akcji. Udało mi się bez presji wszystko poukładać. Książka wykiełkowała w swoim tempie.
PK: Czy prowadziła Pani kiedyś kąpiele leśne nad Bugiem?
KS: Parę lat temu z mężem prowadziliśmy kąpiel leśną w Korycinach, w „Ziołowym Zakątku”. Strasznie lało, ale mimo to zebrała się grupa odważnych, którym deszcz zupełnie nie przeszkadzał. Wydobył z lasu niesamowite zapachy.
PK: Skoro już jesteśmy przy deszczu: skąd nazwa „kąpiel leśna”? Rozumiem, że nie o wodę tu chodzi.
KS: Nie, choć czasami ludzie przychodzą w stroju kąpielowym albo z ręcznikiem. I wcale się nie dziwię – są przecież kąpiele borowinowe czy błotne. W przypadku lasu „kąpiel” jest metaforą zanurzenia się w jego atmosferze wszystkimi zmysłami. Wdychamy wtedy olejki eteryczne i fitoncydy wydzielane przez drzewa.
PK: Jak na nas działają?
KS: Wspierają naszą odporność. Wchodząc do zielonego namiotu, jakim jest las, gdzie kopuły liści i igieł tworzą naturalne sklepienie, inhalujemy się żywicznym powietrzem pełnym tych drogocennych cząstek. I to jest właśnie zanurzenie.
PK: Japończycy mają fantazję. To oni wymyślili tę nazwę, prawda?
KS: Oni w ogóle mają talent do trafiania słowami w sedno. Jest takie słowo – „komorebi”. Oznacza grę światła i cienia promieni słońca, przesączających się przez liście. Nam trochę zajmuje, żeby to opisać. A oglądanie tego teatru cieni bardzo relaksuje, zwłaszcza o poranku.
PK: Ile Pani wytrzymała najdłużej bez lasu?
KS: Nie było czegoś takiego. To znaczy, kiedy wyjeżdżam gdzieś, gdzie nie ma lasu, to siłą rzeczy w nim nie jestem. Najdłuższy był chyba wyjazd do Afryki – dziesięć dni.
PK: Tam byłoby ciężko znaleźć las.
KS: Ale ja mieszkam pod lasem. Nawet podczas pandemii, kiedy nie mogłam do niego wejść, mogłam go wąchać i słuchać. To też się liczy.
PK: Czyli rozumiem, że rzadko się zdarza zatęsknić za lasem?
KS: To akurat się zdarza. Na przykład wtedy, gdy siedzę w pracy i już bym chciała do niego pójść. Albo kiedy jestem przeziębiona i nie mogę. Albo bardzo bym chciała, ale mam tyle pracy, że muszę ją skończyć. To trochę jak z mężem. Niby mam go na co dzień, ale nie zaszkodzi trochę zatęsknić.
PK: A czego najbardziej wtedy brakuje?
KS: Kontaktu. Tak jak nie potrafię powiedzieć, czego brakuje mi w bliskiej osobie, kiedy długo jej nie widzę, tak samo trudno nazwać to w przypadku lasu. Brakuje po prostu bycia z nim. Chodzę do lasu, bo tego potrzebuję. Nawet nie dla zdrowia, tylko z takiej zwykłej potrzeby relacji. Tak jak odwiedza się krewnych, rodziców czy przyjaciół. I nie mam w tym żadnych ukrytych celów. Po prostu dobrze jest się spotkać. ***

Tekst pochodzi z 40. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn w wersji papierowej do kupienia tutaj.