Reportaże

Reportaż: Cyrkowiec salonowy i rozgoryczony Dziadek Fajka

Na nagrobku cmentarza w Broku zachował się napis „Jakub Kańkowski, artysta cyrkowy”. Kim był niewykształcony szewc znad Buga, który wraz ze swoją żoną zrobił międzynarodową karierę w świecie żonglerki?

Zachował się plakat z 1910 roku. Po jednej stronie zdjęcie eleganckiego mężczyzny we fraku albo smokingu, z przylizanymi włosami i dostojnie zawiniętym wąsem. Po drugiej – kobieta z wyfiokowaną objętościową fryzurą. Pomiędzy nimi napis „Cancowsci’s”. Nazwisko małżeństwa Kańkowskich przerobione na jakiś obcy język: angielski, niemiecki, łacinę? Nie wiadomo. Pewne jest, że miało ułatwić wymowę międzynarodowej widowni. Na plakacie są jeszcze ilustracje różnych numerów cyrkowych i podpis: „The best gentlemen juggling act” (co znaczy z angielska: „Najlepsza żonglerka salonowa”).

W dolnym rogu plakatu znajduje się sygnatura oficyny wydawniczej z Hamburga, która ten plakat zaprojektowała – Adolph Friedländer. Była to najsłynniejsza oficyna robiąca na przełomie XIX i XX w. plakaty dla cyrkowców. Ta sama firma przygotowała Kańkowskim ofertę handlową w języku niemieckim.

W poszukiwaniu śladów cyrkowych

Skąd o Kańkowskich wiemy? W roku 2009 badaniem ich historii zajął się animator kultury (obecnie producent cydru) Tomasz Porowski, który pracował przy projekcie rewitalizacji dawnego pałacu biskupiego w Broku (autorstwa Jarosława Kozakiewicza) i powołania centrum kultury. Placówka, jeszcze bez siedziby, zorganizowała w latach 2007 i 2008 dwa wydarzenia „Brok – drzwi otwarte”, pokazujące historię, kulturę i mieszkańców Broku.

— Szukałem postaci, które mogłyby stać się tematem kolejnej imprezy. Tak trafiłem na małżeństwo cyrkowców i plakat z początku XX wieku, który ich reklamował. Z odsłaniającej się przede mną historii ukazali się ludzie niezwykle utalentowani, pełni determinacji i charakteru.

Kańkowscy nie mieli potomków, ale Porowski spotkał się z ich dalszą rodziną. Kopalnią wiedzy okazał się Jacek Kańkowski, bardzo zaangażowany w odtwarzanie historii rodziny. — Pokazano mi ksero plakatu z Kańkowskimi. I ja na podstawie tej ksero­kopii zacząłem szukać oryginału. W 1933 roku hitlerowcy zlikwidowali firmę Adolpha Friedländera, produkującą plakaty cyrkowców. Żydowską, więc nie mogła dalej działać — mówi.

— Poszukiwałem śladów cyrkowców przez różne rosyjskie instytucje zajmujące się cyrkiem i muzea, bo Kańkowscy podobno zrobili wielką karierę w carskiej Rosji. Moje poszukiwania zatoczyły krąg od Hagi w Holandii, po Petersburg, przez – naturalnie – Polskę i Warszawę. Wie Pani, co to jest Julinek? Takie miejsce na północy Warszawy, gdzie była szkoła cyrkowa. Poznałem ludzi związanych z Julinkiem, którzy pokazali mi różne publikacje na temat cyrku, w których Kańkowscy byli wymieniani jako bardzo znani żonglerzy. Przy okazji zacząłem poznawać historię cyrku w Polsce. Okazało się, że jest to w sumie antropo­logiczny i kulturowy fenomen, który wcale nie ma takiej bogatej literatury w naszym kraju. Dopiero niedawno ukazała się pozycja Cyrk w świecie widowisk. W Broku już wszyscy wiedzieli o tych moich poszukiwaniach, i każdy coś tam dokładał. Poznałem ludzi, którzy pamiętali występy Kańkowskich z lat 30. ubiegłego wieku.

Przełomem okazały się ­odkrycia po zmarłym urzędniku z Broku.

— Przyszedłem kiedyś do urzędu gminy – a w tamtym czasie bywałem tam często – i urzędniczki wyłożyły przede mną oryginał cyrkowego plakatu Kańkowskich, stworzonego przez firmę z Hamburga. Okazało się, że ten urzędnik, który zmarł, miał wspaniały zbiór pamiątek po Kańkowskim. I nagle otworzyła się skarbnica wszystkiego. Róg obfitości…

Wdowa po urzędniku wypożyczyła mi ten plakat. Pojechałem z nim do ważnej instytucji państwowej, i dzięki uprzejmości jej pracowników skorzystałem z takiego superultraskanera. Zeskanowaliśmy plakat, poddaliśmy graficznej reparacji, i tak powstał reprint tego plakatu — mówi Tomasz Porowski i pokazuje piękny duży plakat, który dostaję w prezencie i który wkrótce wyląduje u mnie na ścianie.

Historia małżeństwa Kańkowskich

Mężczyzna z plakatu miał na imię Jakub i był jednym z pięciorga dzieci Marcina i Rozalii Kańkowskich. Niewiele wiadomo o jego dzieciństwie w Broku. Nawet jego data narodzin jest niepewna. Urodził się w 1880 r. – 4 lub 16 listopada. Na pewno rodzice wysłali go do Warszawy, żeby nauczył się zawodu – miał zostać szewcem. W wieku 12 lat, może później. Trudno zrekonstruować, co się z nim działo, gdy terminował u szewca. Na pewno tuż obok, na ulicy Ordynackiej, swoją siedzibę miał znany cyrk rodziny Cinisellich, którym Jakub się zachwycił.

Czterokondygnacyjny neorenesansowy budynek, największa w stolicy hala widowiskowa, która może pomieścić około 3000 osób. Niesamowitą popularnością cieszą się walki zapaśnicze, a wśród nich hitem jest występ „Czarnej maski”. Organizatorzy obiecywali, że jeśli przegra, to zdejmie maskę. Nigdy nie ujawnił tożsamości.

Od czego zaczyna przygodę z cyrkiem Jakub? Może od sprzątania, pomagania? Przygląda się, powtarza za innymi, i ktoś dostrzega przebłysk geniuszu? Podpatrując innych artystów, uczy się żonglerki. Rzuca różnymi przedmiotami jednocześnie: kapeluszami, parasolkami, cygarami. Wiadomo, że od 1905 r. zaczyna wyjeżdżać – już jako zawodowy cyrkowiec.

Nie do końca wiadomo, jak się Kańkowscy poznali. ­Prawdopodobnie podczas cyrkowych wojaży. Janina, z domu Chojnacka, pochodzi z Kielc, jest sześć lat młodsza od Jakuba. Po zdjęciach można stwierdzić, że była istotną, równorzędną postacią w ich duecie. Zawsze się o nich mówiło „żonglerzy Kańkowscy” albo „para żonglerów”. Dalsza rodzina uważa jednak, że Janina oddała mężowi życie, świadomie podjęła decyzję, że nie będzie miała dzieci.

W 1910 r. są już w cyrkowej ekstraklasie. Nie są jakimiś podrzędno-prowincjonalnymi amatorami, tylko grubymi szychami w tej branży. Ich najsłynniejszy popisowy numer nazywał się „Stół na głowie”. Kańkowski trzymał za pomocą specjalnej konstrukcji na głowie stół, w pełni zastawiony talerzami, kieliszkami itp. i zaczynał żonglować różnymi salonowymi przedmiotami w postaci: walizki, kapeluszy, parasolki, gazety czy talerzy. Janina podrzuca butelkę szampana z tacą, przebrana za wytworną damę. Widzowie byli zachwyceni. W tej żonglerce salonowej nie liczyły się jedynie umiejętności manualne, sprawnościowe, ale był w tym i teatr, i artyzm, i magia. Jakaś tajemnicza mieszanka sztuk. Mieczysław Piniarz, powojenny znawca historii cyrku, był zafascynowany talentem żonglerów, ich popisowy numer określił jako „wielki, przewyższający swoją komplikacją dokonania późniejszych żonglerów”.

Jakub Kańkowski najpierw jest żonglerem, z biegiem lat staje się także treserem małych piesków (zachowało się nawet zdjęcie, na którym Kańkowski pozuje z psami rasy Jack Russel, podpisane z tyłu ołówkiem „Kankovsci, artysta cyrkowy”). Janina gra również na gitarze i występuje na trapezie. Cyrk był wtedy czymś zupełnie innym niż teraz, bardziej niebezpiecznym. Cyrkowcy mogli stracić życie, bo nie zawsze przestrzegano zasad bezpieczeństwa. To była inna temperatura emocji, spotkań. Oczywiście cyrki były różne: bieda-cyrki i cyrki wspaniałe, nędza i blichtr. Oni zatrudniają się w tych najlepszych, są cyrkowymi wolnymi strzelcami. Występują w wielu krajach Europy: w Niemczech, w monarchii austro-węgierskiej, a nawet w ówczesnej Persji, czyli dzisiejszym Iranie.

Największą sławę i pieniądze przynosi im tournée po imperium rosyjskim, gdzie cyrk był sztuką zdecydowanie bardziej celebrowaną niż gdzie indziej. Stosunek ludzi do niego był dużo bardziej namiętny. Istnieje legenda, mówiąca, że w 1913 r. w Jałcie na występie Kańkowskich pojawia się car Mikołaj II. W prezencie wręcza Jakubowi złoty zegarek na łańcuszku, a Janinie – broszkę. Są wymienieni nawet w rosyjskiej encyklopedii o cyrku.

Złota era ich występów kończy się w 1917 r., czyli wraz z wybuchem rewolucji, która zastaje ich gdzieś na Kaukazie. Po rewolucji, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, wracają i zaczynają robić karierę w cyrkach polskich, które wtedy powstają. Jest taki najsłynniejszy wtedy cyrk braci Staniewskich, który jeździ po Polsce, a swoją siedzibę ma od 1928 r. na Ordynackiej, gdzie dzisiaj stoi Akademia Muzyczna.

Jeżdżą po Polsce z tournée i występują ze swoimi trzynastoma pieskami. Najmniejszy, zwany Perełką, jest noszony przez Jakuba w kieszeni. Najzabawniejsze numery to „Sejm”, w którym psy kłócą się ze sobą niczym posłowie w parlamencie, i „kondukt żałobny” – tu udają żałobników, nieboszczyka i płaczki. W każdym mieście policja do dowodu osobistego Kańkowskiego obligatoryjnie wbija pieczątkę meldunkową. I powoli żonglerze salonowi kończą swoją karierę.

Po latach tłustych lata chude

W 1928 r. budują dom w Broku. Początkowo spędzają tam tylko zimy, ale potem zamieszkują na stałe. Są zamożni, ale chyba już nie aż tak jak w 1917 r., kiedy prawdopodobnie stracili fortunę. Dają występy na rzecz różnych społecznych i publicznych zbiórek. Miejscowi chętnie wybierają ich na rodziców chrzestnych. Nawet gdy już nie byli aktywnymi cyrkowcami, dają w Broku charytatywne występy na przykład po to, żeby zbierać fundusze na straż pożarną, na szkołę.

— Opowiadała mi pewna pani — mówi Porowski — że na potrzeby występu Jakuba w straży pożarnej, by żonglerskie numery mogły ­zostać wykonane, specjalnie zdjęto dach z budynku. To się zachowało w jej pamięci, że ludzie obserwowali występ z drabin, ze swoich dachów. Gdy ­występował, ona była małym dzieckiem, ale czegoś takiego się nie zapomina.

W 1939 r., gdy wybucha wojna, Niemcy w Broku są bardzo szybko, w odwecie za śmierć zastrzelonego tutaj oficera postanawiają spalić całe miasto. Wszystkich wyganiają na drugą stronę rzeki. Pieniądze, kosztowności Kańkowskich, które były gdzieś schowane, już nigdy się nie znajdują. Od tego momentu nastał dla Kańkowskich ciężki czas.

Janina Kańkowska zaczyna mieć problemy psychicznej natury już pod koniec lat trzydziestych. Z biegiem lat choroba się pogłębia. On po wojnie podupada finansowo i wraca do swojego pierwotnie wyuczonego zawodu, czyli szewstwa. Łowi ryby w Bugu, stara się o jakieś zapomogi. W Broku jest nazywany Dziadkiem Fajką. Popisuje się czasami przed dzieciakami, na przykład kręcącą się na palcu miednicą czy celnym rzutem melonika na wieszak.

Jakub pozostaje eleganckim mężczyzną. Jednak z każdym rokiem ma w sobie coraz więcej goryczy. Przebijała ona z jego listu do Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych z prośbą o zapomogę. Dostał pieniądze, ale niewiele to zmieniło w jego sytuacji. Również więzi między małżonkami poluzowały się. Stan zdrowia Janiny sprawił, że już nikt nie dopytuje ją o czas ich sukcesów. Jakub umiera w roku 1961, w wieku 81 lat. Niewiele osób ma świadomość, jaka historia za nim stoi. Ona żyje jeszcze 13 lat, do 1974 r., życie kończy w Radzyminie.

Tekst: Agnieszka Żądło, zdjęcia: Archiwum Tomasza Porowskiego

Cały artykuł w 26 numerze Krainy Bugu

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów