Żeby podziwiać kunszt pracy Aleksego Ryżyńskiego, trzeba wybrać się do Wojszek, wsi, w której prawie wszystkie domy są drewniane, kolorowe i ozdobione jego pracami.

Już począwszy od wjazdu wzrok przykuwają powycinane w drewnie ażurowe, jednoosiowe, symetryczne ozdoby, malowane w kontrastowych w stosunku do tła barwach: nadokienniki, podokienniki, listwy przydachowe, ozdobniki na narożach czy wokół okiennic. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że znajdujemy się w bajkowym świecie. Ale ten świat powoli odchodzi…

… to praca, co nie zamęcza

Jak to jest: czy to praca wybiera człowieka czy człowiek pracę? Odpowiedź na to pytanie w przypadku Aleksego Ryżyńskiego nie jest taka oczywista. Autor niezwykłych „wyrzynek” lub vyrezek, z których słynie maleńka wioska pod Białymstokiem, leżąca na szlaku architektury drewnianej „Drzewo i sacrum” uważa, że to, co robi, to żadna praca – przecież nie nuży go ani nie męczy, nie musi też na niej polegać, by się utrzymać, bo listonosz co miesiąc przynosi emeryturę. W stodole, zamienionej na pracownię, spędza czas od samego rana aż do wieczora, z przerwą na obiad. Żona często musi go ponaglać, by wracał na noc do domu… Czasami nie kryje złości, że on tak dłubie i dłubie, a ona siedzi sama.

— Wszystko, jak się spojrzy tutaj okiem, z pracy moich rąk powstało: i ta stodoła, i dom z gankiem, i zabudowania gospodarcze, i obora — wylicza pan Aleksy, rocznik 31. — Tu jest moje miejsce na ziemi — mówi z dumą o rodzinnej wsi, w której bez przeszkód mógł rozwijać swój talent przez przeszło 60 lat. Drewnem zajmował się od wczesnego dzieciństwa. Tę miłość ma w genach, bo dziadek ze strony matki był kołodziejem. Pamięta, jak ten wykonywał drewniane koła do wozów oraz tzw. duhy, czyli kabłąki do zaprzęgu typu wschodniego.

— Już za małych lat, jak znalazłem kawałek drewna, to coś z niego robiłem, np. zabawki dla dzieci – wózki na trzech lub czterech kołach, tak żeby była rozrywka — opowiada. — Kiedy podrosłem, miałem może 16 lat, poszedłem na termin do stolarza, który nauczył mnie ciesiołki. Jeździło się po wsiach i chałupy ludziom stawiało. Potem przerzuciłem się z budowlanki na te ozdoby, co je pani widzi, i zostałem budowlanym rzeźbiarzem. To mnie bardzo wciągnęło — przyznaje pan Aleksy. — Nie wiem, jak ja bym żył bez tej mojej roboty — śmieje się. Na szczęście, mimo 89 lat, zdrowie i humor mu dopisują. I choć już nie pracuje na pełnych obrotach, wciąż ma zamówienia na swoje dzieła, które są – nie tylko na wschodzie Polski – jego znakiem rozpoznawczym.

22 milimetry szczęścia

Taką grubość mają idealne deski osikowe, sosnowe albo lipowe, z których pan Aleksy wyczarowuje vyrezki, czyli ażurowe detale architektoniczne do drewnianych domów. Te 22-mili­metrowe deski zamawia u sąsiada we wsi – ma on piłę tarczową i może ją ustawić na dowolną grubość. Kiedyś sam łupał kloce i robił narzędzia z twardego drewna czereśniowego. Trzyma je w starej walizce, wraz z hebelkiem po dziadku. Inne wiszą albo leżą na regałach w stodole: piły, ściski, różne heble, kątowniki, sznury ciesielskie z kołowrotkiem, frezarki… Niejeden kolekcjoner byłby nimi zachwycony. Dziś zastąpiły je narzędzia elektryczne, choć zdarza mu się sięgać po „relikty”. Asortyment pana Aleksego to: listwy „koronki”, nadokienniki, podokienniki, ozdoby na narożniki oraz wiele innych pojedynczych prac. — Pierwsze szablony do wyrzynek były tekturowe — tłumaczy artysta z Wojszek. — Ale wygodniej jest odrysowywać od drewna — dodaje. — Wycinam je wyrzynarką, a na końcu szlifuję przy pomocy szlifierki. Kiedyś szlifowało się papierem ściernym, a najpierw jeszcze scyzorykiem wyrównywało zakamarki. Żeby ptaszki nie były ślepe, wycina się im oczy. Przy takiej obróbce czasami zdarzy się, że odpadnie jakiś fragment, ale można go posztukować, przykleić, i będzie się trzymało — wyjaśnia. Pan Aleksy nie wyrzuca takich ozdób z defektami, bo to wszystko jego ciężka praca. Dopiero skrawki, które zostają po cięciu, idą do spalenia w piecu…

Dom świadczy o człowieku

Bogate wzornictwo „wyrzynek” nie ma sobie równych. Inspirację czerpie ich autor z bogactwa otaczającej go przyrody, składając hołd pięknu i prostocie. Dawniej bardziej popularne były niewyszukane ozdoby, tzw. głuche, i czasami ktoś jeszcze takie sobie życzy, ale nie brakuje chętnych na zupełnie nowe. — Był u mnie pan z Hajnówki, który zamówił dwa żubry, z numerem domu pośrodku. Miałem też klienta aż z Gorzowa Wielkopolskiego – potrzebował moich „wyrzynek” do zajazdu weselnego — opowiada Aleksy Ryżyński.

Bardzo często zamawiający mają ze sobą książkę Artura Gawła „Zdobnictwo drewnianych domów na Białostocczyźnie” i proszą, by artysta wykonał konkretne wzory, które upiększą ich drewniane siedziby. Są i tacy, którzy mieszkają w bloku i chcą sobie powiesić nadokiennik na ścianie, wyłącznie w celach estetycznych. Artysta nie maluje swoich wyrobów – pozostawia to indywidualizmowi klientów. — Niech każdy maluje, jak mu się podoba i na jaki kolor chce – tyle teraz farb do wyboru — śmieje się. Na początku swojej twórczej drogi zajmował się także montowaniem „wyrzynek”, sprawdzał, czy dobrze trzymają się domu, czy do niego idealnie pasują, czy spełniają oczekiwania gospodarzy, bo przecież dom świadczy o człowieku. — Cieszy mnie, że moja praca się podoba i że tyle domów w okolicy upiększyłem, zostawiając w nich swoje serce — mówi ze wzruszeniem pan Aleksy. Z radością przyjmuje u siebie uczniów i studentów, którzy dopytują o tajniki jego pracy. Nie brakuje w jego stodole muzealników i dziennikarzy, ciekawych jego rzemiosła. Nie raz gościł też delegacje zagraniczne, nawet z dalekich Chin… Jedynym jego zmartwieniem jest to, że nie ma naśladowców. — Nikt z młodych nie chce nawet patrzeć na tę robotę. Tu trzeba być cierpliwym i precyzyjnym, może to ich zraża? — zastanawia się. — No i zysk nie za duży. Półtorametrowy nadokiennik kosztuje 120 zł, a drobna ozdoba na narożnik 20 zł. A kto dziś robi z miłości, a nie dla pieniądza? — pyta retorycznie. — Jak ja się schylę ku ziemi, to wszystko pójdzie na zmarnowanie — ubolewa. Kiedyś przyszedł do niego sąsiad, by nauczyć się „wyrzynek” pod okiem mistrza, ale na dobrych chęciach się skończyło. — Wnuczek wyciął tylko serce dla swojej dziewczyny — dodaje nasz bohater, niepocieszony. Czasami pomagają mu synowie, bo siły nie te same, co kiedyś, ale żaden nie myśli o tym, by zastąpić ojca. Na horyzoncie nie pojawia się też żaden uczeń… Może należałoby wywiesić na płocie, zgodnie z tutejszą estetyką, wycięty z lipy, osiki lub sosny anons: „Mistrz – rzeźbiarz budowlany czeka na ucznia” i życzyć, by ten wyczekiwany następca zjawił się jak najszybciej. 

Tekst: Małgorzata Jaszczołt 
Zdjęcia: Jacek Dryglewski

Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep