Reportaże

Mydło i powidło, czyli wiejskie sklepy nad Bugiem

Są jeszcze w krainie Bugu sklepy, w których, żeby zapłacić kartą, trzeba wyjść na szosę, gdzie można złapać zasięg. Lidle i Biedronki to dla nich żadna konkurencja – i tak mają swoich stałych klientów. Stacjonarne, obwoźne albo przydrożne, tzw. parasole, w czasach pandemii radzą sobie nienajgorzej. Bo jeść każdy musi. Ale nie tylko o zakupy chodzi. Nadbużańskie sklepy to miejsca spotkań towarzyskich i sąsiedzkich pogawędek, a tego nam najbardziej dzisiaj brakuje.

Klientka ­sklepu wiejskiego w Mierz­­wi­cach na widok pustej półki z pieczywem szeroko otwiera oczy. — Chleba nie ma? — pyta przerażona. — Nie ma, pani Aniu. Wszystko wykupili — odpowiada Grażyna Demianiuk, właścicielka lokalu. — I co ja teraz zrobię? — głowi się kobieta, do której za godzinę mają wpaść znajomi, których się dziś nie spodziewała. — Żebym miała w domu, to bym ci swój oddała, ale ja chleba nie jadam — przyznaje sprzedawczyni i radzi koleżance, by pojechała po zakupy do pobliskich Sarnak.

Remedium na…

Grażyna Demianiuk dostaje sklep w prezencie od syna. — Mamo, klucze są twoje — pięć lat temu obwieszcza z dumą pierworodny. Nie mija dzień od otwarcia, a syn zdziwiony puka do drzwi. — Co to? — pyta i wskazuje na dwa regały książek, ustawione przy wejściu do lokalu. — Biblioteka — oświadcza właścicielka. — W nocy je przyniosłam. Przecież książka nie może być zamknięta. Książka musi być przekazywana z ręki do ręki — tłumaczy.

Tak w Mierzwicach powstaje jedyny w swoim rodzaju sklep z małą, dwuregałową biblioteką na ganku. Można tu znaleźć prawdziwe perełki literatury. Wie o tym dobrze pewien historyk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Któregoś dnia zatrzymuje się tu przypadkiem. Już ma minąć sklep, ale na widok regałów gwałtownie hamuje. Nie zamyka auta, tylko biegnie do książek. Grzebie, grzebie i wybiera trzy woluminy. To unikaty. Podobno nawet w bibliotece uniwersyteckiej niedostępne.

— Ile płacę? — pyta ekspedientkę. — Książka za książkę — odpowiada stanowczo pani Grażyna. — Jak to? Ale ja nie mam nic na wymianę — żali się zaskoczony. Sprzedawczyni tym razem się lituje. Nazajutrz historyk podjeżdża pod sklep z dużą czekoladą, którą wręcza właścicielce wraz z obietnicą wzbogacenia jej biblioteczki o ciekawy tytuł.

Grażyna Demianiuk jest bibliotekarką od 1977 roku. Od 22 lat ma bibliotekę we własnym domu. — Miał być garaż, wyszła biblioteka. Kiedyś książki były w szkole, ale wójt ją sprzedał. Zabrałam lektury do siebie, żeby nie wylądowały na skupie makulatury, i stoją od tego czasu. Ludzie są zadowoleni — opowiada.

Może do dziś pani Grażyna byłaby bibliotekarką, gdyby nie wójt, który w 2014 roku wysłał ją na emeryturę. W ten sposób gmina łatała dziury budżetowe. Przymusowa emerytura przychodzi rok po śmierci męża ekspedientki. — Zmarł we wrześniu, w listopadzie założyłam centralne. Potem zrobiłam dach. Pół roku później odszedł syn, 28 lat. Wiedziałam, że nie mogę się załamać, że muszę żyć dla reszty dzieci i dla wnuków. Szwendałam się to tu, to tam, nie mogąc znaleźć sobie miejsca — wspomina. Aż do momentu, w którym starszy syn położył klucze na sklepowym blacie.

— W czterech ścianach sama miałam siedzieć? Tutaj jestem z ludźmi. Tylu klientów przychodzi pogadać. Mierzwice w sezonie tętnią życiem. Mnóstwo turystów i przejezdnych. Przed sklepem jest stolik, można usiąść i odpocząć. To taki punkt kontaktowy w naszej wsi. Nie muszę nigdzie chodzić, żeby wiedzieć, co się dzieje w Mierzwicach i okolicy. Całe życie spędziłam i z książkami, i z ludźmi. Jak ktoś mówi: „Ja nie lubię ludzi”, to ja na to: „Bo nie lubisz siebie. Jak zaakceptujesz siebie, to i ludzi zaakceptujesz” — śmieje się właścicielka sklepu.

Teraz albo nigdy

Niektórzy prowadzą sklep wiejski, by być bliżej ludzi. Inni, bo mają dość wielkich aglomeracji. Joanna Samoraj, żeby otworzyć mały lokal w Nadkolu, rezygnuje z wygodnej posady w państwowej firmie. — Joasiu, praca w urzędzie cię wykańcza. Koniec z tym — pół żartem, pół serio któregoś dnia rzuca siostra.

Joanna szybko podchwytuje jej pomysł. Sprzedaje mieszkanie w Płocku i kupuje sklep w małej wsi w powiecie węgrowskim, oplecionej ramionami Wisły i Bugu. — Nie tęsknię ani za miastem, ani za poprzednim zajęciem. Praca w urzędzie nie dawała mi już satysfakcji. Nie było możliwości awansu. A ja już nie jestem taka młoda. Wiedziałam, że albo teraz, albo nigdy — opowiada ekspedientka.

Otwiera sklep w ostatnią sobotę kwietnia 2020 roku. Już w czwartek wszystko jest gotowe — podłoga umyta, półki pełne, terminal na chodzie. Wszyscy w Nadkolu czekają na ten moment, tylko właścicielce się nie spieszy. „Skąd to guzdralstwo?” – głowią się mieszkańcy wsi. Okazuje się, że to z powodu przesądów. Stare przysłowie głosi, że handel można zaczynać albo w środę, albo w sobotę – to szczęśliwe dni dla kupców, bo ofiarowane Matce Boskiej. Jeżeli pierwszym klientem z rana jest kobieta, która obejrzy towar, ale go nie kupi, do wieczora nic się nie zadzieje – głosi kolejne ludowe porzekadło.

W Nadkolu dzieje się aż za dużo. W poniedziałek znienacka wybucha sprite, we wtorek drożeją czereśnie, a w środę terminal szwankuje, i płatności kartą przyjmowane są na szosie (dopiero tam łapie zasięg). — Lubię tę pracę. Ludzie tutaj są fajni. Nigdzie się nie spieszą. Może to zasługa otoczenia, w którym żyjemy, i tej pięknej przyrody… Jestem przekonana, że tu jest moje miejsce. Kiedy pomyślę, że mam jechać po towar do miasta, to mnie trzęsie — przyznaje. A jeździć musi często. Nieraz trzy, cztery razy dziennie. Sklep jest mały (nie ma gdzie trzymać towaru), a klientów coraz więcej.

Ogród Cudów

Oprócz tradycyjnych sklepów stacjonarnych częstym widokiem nad Bugiem są sklepy obwoźne. Właśnie takim samochodem transportowym, wypełnionym produktami spożywczymi, jeździ Jerzy Oksiuta, nazywany Panem Maliną. Ten przydomek nadają mu miejscowe dzieci. Na widok obwoźnego wozu wyłaniającego się zza zakrętu syn córki sołtysowej w Mierzwicach krzyczy: „O, Pan Malina jedzie!”. Teraz wszyscy w okolicy na dźwięk trąbki (charakterystycznego sygnału używanego przez handlarza do przywoływania klientów) powtarzają to samo zdanie.

Gospodarstwo Jerzego Oksiuty nazywane jest Ogrodem Cudów. Tej magii można doświadczyć już podczas drogi. Adres niby Michałów 23, a jednak Mężenin. Jak to możliwe? — Michałów jest wyżej, 2 km. Tata chciał to przerobić. Wystosować pismo o przyłączenie do Mężenina albo Wilczyc. Sąsiedzi się nie zgodzili. Teraz ludzie nagminnie wydzwaniają, że nie mogą trafić — wyjaśnia gospodarz. Ale jak już trafią, ich oczom ukazuje się siedem hektarów owocowo-warzywnej rozpusty.

W sadzie aż huczy. Pszczoły spijają słodycz ostatnich w tym sezonie czereśni. Przed malinowym chruśniakiem leżą w szeregu dziecięce sandały. Chłopcy pozdejmowali je, żeby nie brodzić po mokrej od wczorajszego deszczu trawie. Teraz zbierają owoce – jedna trafia do wiaderka, druga do ust. Potem będą zrywać pomidory. To tego­roczna duma gospodarza. Już jadą w ich stronę dwie taczki, prowadzone przez roześmianych nastolatków. W powietrzu unosi się dojrzały zapach lata… Czuję błogość, jakiej doświadczałam w dzieciństwie… Przez gałęzie orzecha prześwituje płynący tuż obok Bug. Teraz nieco zarośnięty chaszczami. W okresie zbiorów gospodarz nie ma czasu z nimi walczyć.

Żeby sad wyglądał, jak wygląda, Jerzy Oksiuta codziennie rano budzi koguta. — Naczelny wodzu, kukuryku! — pieje, a raczej mówi, nieco po trzeciej nad ranem, mijając stodołę. Idzie w pole. W poniedziałki zrywa się wszystko. We wtorek z towarem jeździ gospodarz, w środę jego syn. W piątek znowu zrywanie. W sobotę wyjazd. Tylko śliwkę kontroluje się codziennie. Dojrzewa za szybko i lubi spadać, a na to gospodarz nie może sobie pozwolić. Kontakt owocu z ziemią powoduje psucie. Skutki widać już po ośmiu godzinach. — Owoc musi być prosto z drzewa, żeby klient się nim nacieszył. Z ziemi zbiera się tylko ziemniaki — przestrzega.

Obowiązek prowadzenia gospodarstwa spada na Jerzego Oksiutę w 1972 roku wraz ze śmiercią ojca. — Najpierw jeździłem z owocami i warzywami na giełdę. Kupcy kiwali mnie na niej, zresztą kiwają do dzisiaj wszystkich rolników. Banda handlarzy, którzy chcą na nas tylko zarobić. Nie liczy się praca chłopa, tylko ich zysk. W mieście czereśnie sprzedam za 10 zł, na giełdzie za 4. Miałem już dość pracy za darmo i zdecydowałem się na handel obwoźny — tłumaczy. Najpierw Pan Malina jeździł z towarem w stronę Serpelic. Potem w drugą, przez most, za Bug – Ogrodniki, Klekotowo, Zajęczniki, Słochy Annopolskie. I jeszcze dalej, za krzyżówkę – Turna Duża, Anusin, aż do Siemiatycz.

Ale nie tylko uprawa owoców i warzyw jest jego oczkiem w głowie. Pan Malina ma też zwierzęta hodowlane. Zresztą nie tylko hodowlane. Każdego roku dzikie kaczki budują gniazdo nad jego stawem. I co roku niszczą je psy. Tym razem ostaje się pięć jajek. Gospodarz wkłada je do inkubatora. Wylęgają się młode. Po kilku dniach drepczą skrzydło w skrzydło z kurami. — Tajemnicze stworzenia. Do mnie i do żony podchodzą, ale od obcych uciekają. I tak uciekną, jak będą gotowe — mówi bez żalu w głosie. — Może zostaną? — pytam. — Uciekną. Bo są dzikie, to nie ich świat.

Handel kwitł i znikł

W gospodarstwie agroturystycznym na terenie ponad 100-letniego siedliska we wsi Sikory nieopodal Węgrowa stoi zabytkowy wóz obwoźny, używany w czasach, w których nie było samochodów transportowych. Były za to furgony, czyli wozy konne, kryte plandeką lub drewnianą skrzynią na ładunek. Odmalowany, z dorobioną rynienką przy daszku (żeby deszcz nie spływał po ścianach) i wymienionym podwoziem na żelazne. Remont to zasługa Andrzeja Niewiadomskiego – właściciela siedliska. Całą zimę szlifuje go w warsztacie. Tylko napis zostawia bez zmian: „Hodowla nasion i warzyw Mieszały Stefana w Węgrowie”.

Wóz kończy działalność w 1968 roku. Wcześniej przez 20 lat służył Stefanowi Mieszale do przewożenia nasion na targi: do Sokołowa, Jadowa, Stoczka Węgrowskiego albo Węgrowa. Sprzedawał głównie nasiona warzyw (ogórki, pomidory, buraki, rzodkiewka, sałata, brukiew, rzepa), ale i kwiatów. Najlepiej schodziła maciejka. Gospodynie nie wyobrażały sobie swojego ogrodu bez tej rośliny, której odurzający zapach niósł się po okolicy w upalne letnie wieczory…

Tego dnia za kółkiem Stefana Mieszałę zastąpiła żona. Droga była pusta. Dopiero na skrzyżowaniu w Łochowie kobieta minęła się z motocyklistą. Popędziła konie i wyrwała do przodu. Po chwili mężczyzna dogonił ją i zawołał. — Hola, hola. Ciekaw jestem, kto tu ma pierwszeństwo? — Jak to? Oczywiście, że ja! — powiedziała z przekonaniem. — Chyba ze względu na płeć — młody człowiek zaśmiał się i odjechał bez złości.

Zwykle Stefan Mieszała jeździł na targ sam. Świątek, piątek ruszał o świcie. Zaprzęgał do wozu dwa harde konie. Sprawdzał, czy wszystko, co powinno być w furgonie, jest na swoim miejscu. Obecność latarki naftowej i niezakurzonej tabliczki „Hodowla nasion i warzyw Mieszały Stefana w Węgrowie” potwierdzał dwa razy. To na wypadek kontroli policji. Dojechawszy na targowisko, wyjmował worki z nasionami i ustawiał je w rządek. „Komu, komu?” – krzyczał. Potem w torbach z pociętego nożem kartonu, umocowanego klejem z mąki żytniej, wręczał towar najlepszej jakości klientom.

Nie wszyscy byli tak uczciwi jak Stefan Mieszała. Hochsztaplerzy sprzedawali ziarna, które straciły siłę kiełkowania. W chwili transakcji nie dało się takiemu udowodnić, że oszukuje. — Wziął się za to wreszcie wydział rolnictwa — opowiada Andrzej Niewiadomski. — Chłopów zaczęli odwiedzać urzędnicy – brali próbki, dawali zgody na handel. Bez zgody ani rusz. Później zaczęto wprowadzać kolejne obostrzenia. Zrobiło się ich tyle, że Stefan Mieszała i jemu podobni przestali zajmować się handlem detalicznym. Z mapy Polski zaczęły znikać rynki, a pojawiać sklepy państwowe.

Tekst: Paulina Kościk, zdjęcia Bartek Kosiński

Cały reportaż w 31 numerze Krainy Bugu
Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów