Ludzie

Wszechświat ziemią malowany

Ze wszystkich plenerów powraca do domu z wiadrami Ziem różnych… Obrazy, które zaczynał malować w naturalnej przestrzeni, dopełniają się w jego pracowni – ziemia tężeje, wgryza się w płótno, zapuszcza w nim korzenie jak drzewo. Albo jak człowiek. — „Maluję tym, na czym stoję” — mówi artysta. — „Bo ja ziemi tyle mam, ile stopa ma pokrywa, dopokąd idę…” — cytuje za Norwidem Antoni Wróblewski, artysta malarz i grafik, wychowany w Platerowie nad Bugiem, gdzie wszystko się zaczęło…

Brunatna jak zmierzch, czarna jak noc, czerwona jak ogień, biała jak świt, pomiędzy nimi odcienie beżu, szarości i zieleni. Gdzieniegdzie srebrna nitka piasku. Płowy przesmyk słomy. Ziemia. Zapełnia całą przestrzeń płótna, zawłaszcza też to, co poza nim. A kiedy się zaczęła?

— To był chyba 1987 rok — wspomina Antoni Wróblewski. — Rysowałem wówczas piórkiem „Aleję umarłych drzew”, które spotkałem przy polnej drodze w Woskrzenicach, gdzie gościłem na plenerze malarskim. Każde z nich, w niewyjaśniony dla mnie sposób, zostało wypalone od środka, uśmiercone zapewne ręką człowieka. Wracając do Siedlec, zobaczyłem leżący w rowie fragment wypalonej wierzby. Pomyślałem, że dopełni on ideę mojego obrazu. By zharmonizować nadwątlony kawałek pnia z obrazem, potrzebowałem odpowiedniego materiału. Nagle olśnienie! Ziemia. Tylko naturalna ziemia się do tego nadaje — tłumaczy artysta.

Pejzaż odczuwany

Tak powstał symboliczny portret drzewa, umarłego drzewa, przez wielu odczytywany jako obraz ekologiczny, wołanie o ratunek dla Natury, refleksja nad kondycją współczesnego człowieka… Pierwsze płótna ziemią malowane uzupełniał, pogłębiał kolorem – oszczędnym i ascetycznym. Smugą błękitu i plamą czerwieni, żeby ta ziemia nie była taka samotna. Potem przyszedł czas na ziemię czystą, bez domieszki koloru z palety malarskiej, gdzie i niebo jest ziemią malowane, i droga, i rzeka, i czas, który też jest z tej samej ziemi…

„Właściwością Antoniego Wróblewskiego jest Jego szczególny sposób istnienia. Dyskretny, ale istotny” – pisze w eseju poświęconym twórczości artysty jego przyjaciel i wybitny malarz Janusz Lewandowski. „Zauważalną zaś właściwością Jego Sztuki jest jednorodność. Wynika ona z pilnej potrzeby zrozumienia oraz próby ogarnięcia istoty i ekspresji pejzażu. Pejzażu odczuwanego jako tworu złożonego i mistycznego. Takie widzenie jest możliwe tylko w doświadczeniu elementarnym. (…) w Jego procesie twórczym objawia się najpierw intencja, która jest skutkiem pragnienia. Jego twórczość jest więc przygodą duchową, a w działaniu staje się misterium. Podniesiony przez niego kamień czy garść ziemi to tworzywo żywe. Postawa taka jest zbliżona do postaw twórców rysunków naskalnych w grotach Lascaux czy Altamiry. Nie chodzi tu o szukanie czy eksperymentowanie, lecz wyrażanie. Patrząc na Jego rysunki czy obrazy, widać od razu ich nagość, jakąś bolesność, ale i istotność. Nie ma w nich swojskości, lokalności czy estetyzacji”.

Słowa i kamienie

Słowacka, ukraińska, macedońska… małopolska, nadmorska, nadbużańska. Ziemia niczyja i ziemia oswojona. Kochana i porzucona. Święta i przeklęta.

— Malując obraz ziemią, czy w Polsce, czy gdzieś w dalekim świecie, chciałbym przenieść na płótno cząstkę duszy tego kraju, zapisać w obrazie emocje, które towarzyszą mi podczas spotkania z tamtą ziemią, z ludźmi stamtąd, oddać nastrój chwili i – jeśli to możliwe – wsłuchać się w tętno, w rytm ziemi… Te obrazy nie mają się podobać, tylko przemawiać, zadawać pytania, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy jako ludzkość i jako osobni, pojedynczy ludzie — mówi Antoni Wróblewski.

„Monstrancje polne”, stworzone z ziemi i kamieni, zawróconych z wiejskich dróg, nadają płótnom artysty sakralne tchnienie. Surowe i szczere, pozbawione jakichkolwiek dekoracji czy miłych dla oka ornamentów, stawiają nas przed bramą ciszy i skupienia. Jak przed tym płótnem namalowanym teraz, w Platerowie, gdzie dotknięty ogniem kamień ze Świętej Góry Grabarka, znaleziony przez artystę przy cerkwi, która spłonęła tak niedawno, zdaje się być sercem obrazu… A my słyszymy jego ciche drżenie…

— Kopiąc ziemię do moich prac, znajduję różne rzeczy — wyjaśnia malarz. — Czasem są to fragmenty podmurówki z domu, który już nie istnieje, wyszczerbiona dachówka, co nie trzyma deszczu, wypłowiałe od słońca kawałki drewnianych płotów czy drzwi, odłupany kafel z pieca chlebowego… To już odeszło. Tego już nie ma. Może w moich obrazach powróci. Przypomni się to, co z człowiekiem jest od zawsze – jego ziemia, jego dom, jego ciężka praca na roli — tłumaczy Antoni Wróblewski. — Chylę czoło przed tą ziemią, wyrażam dla niej szacunek, apelując o czułość dla niej, bo ona jest kolebką życia… i śmierci – daje i zabiera, nie wolno nam jej nadmiernie eksploatować, zanieczyszczać czy kazić — dodaje artysta. Zapytany o technikę tworzenia, o spoiwo, które ziemię trwale z płótnem wiąże, odpowiada krótko: — Ziemię ze słowem mieszam.

Bug – rzeka tajemnic

Rzeka dzieciństwa powraca. Nie sposób się od niej uwolnić ani się na nią pogniewać, bo i dlaczego? Za to, że ma charakter? Że jest jak piękna, wyniosła, nieosiągalna kobieta? Za to, że uwodzi, a potem zawłaszcza, wciąga w czarną otchłań ostebnowaną gwiazdami, bo gwiazd nad Bugiem jest całe mnóstwo…

— Z mojego Platerowa do Bugu miałem dziesięć kilometrów — opowiada Antoni Wróblewski. — Jeździłem nad rzekę rowerem albo biegłem wzdłuż torów, które prowadziły aż do Hajnówki. Zawsze mnie ciągnęło nad Bug. Ta rzeka emanowała tajemnicą i prawdą, i tak jest do dzisiaj. Moje pierwsze próby malarskie, jeszcze przed studiami na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, też miały początek nad Bugiem. Tu dojrzewałem do uprawiania sztuki na poważnie. Bug mi dał taką szansę… Teraz Bug jest punktem odniesienia. Widziałem różne wielkie rzeki – Dunaj, Dniepr i Missisipi czy też Niemen, z którym czuję duchowe powinowactwo, bo rodzina ze strony matki pochodzi właśnie znad Niemna – ale Bug jest osobny, niepodobny do żadnej innej wody — zauważa artysta.

Te klimaty z lat dziecinnych i te pierwsze nastroje odnajdujemy w licznych akwarelach, które urzekają tajemnicą i niedopowiedzeniem. Jest w nich ład niepodobny do niepokoju płócien ziemią malowanych. Tam jest pytanie, tu odpowiedź, tam jest twardy grunt pod stopami, tu bezmiar nieba nad głową, w którym szukamy znaków i zgody na los. Takie nadbużańskie fado. Ale nie lament i żal, i nie cierpienie, a piękna tęsknota. Można zadać pytanie, czy to ten sam artysta? Ten, który raz sięga po kamień, a innym razem po gwiazdę?

Tekst: Monika Mikołajczuk | Zdjęcia: Michał Rząca

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *