Od skromnych Spotkań Folkowych z Wiejskiego Podwórza po jeden z najważniejszych i najbardziej cenionych festiwali muzyki świata w Polsce. Festiwal Wielu Kultur i Narodów w Czeremsze od trzech dekad konsekwentnie buduje swoją markę, edukuje kolejne pokolenia odbiorców i odczarowuje wizerunek Polski Wschodniej. O festiwalu i misji Ambasadora Wschodu opowiada Barbara Kuzub-Samosiuk, dyrektorka Gminnego Ośrodka Kultury w Czeremsze.

Z Barbarą Kuzub-Samosiuk rozmawiał Daniel Parol
FOTO Archiwum Festiwalu Wielu Kultur i Narodów w Czeremsze


Daniel Parol: Zacznijmy od „laurki”, ­którą znalazłem w sieci: Czeremcha, województwo podlaskie, od 1996 roku przeżywa najazd fanów tradycji, dziedzictwa kulturowego oraz folku z całej Polski i Europy. Przez lata Festiwal Wielu Kultur i Narodów zdobył uznanie widzów i wykonawców. Jest jedną z najlepszych imprez folkowych w Polsce i jedyną tego typu na Podlasiu. Festiwal odwiedzili uznani ­artyści z Polski, Ukrainy, Białorusi, Estonii, Wenezueli, Zimbabwe, Burkina Faso i USA. Byłbym dumny z takiego podsumowania. I przy okazji: czego można życzyć wydarzeniu, które po 30 latach zbudowało taką historię?

Barbara Kuzub-Samosiuk: Żeby się nie zestarzało! A mówiąc poważnie: fantazji, zdrowia, ciągłego wigoru i pieniędzy na realizację kolejnych pomysłów.

DP: Czy o festiwalu z 30-letnią historią można powiedzieć, że wszedł w fazę dojrzałą?

BKS: W kategorii festiwali to chyba tak.

DP: Wróćmy do roku 1996. Jak to się stało, że skromna inicjatywa sprzed trzech dekad wyrosła na jedno z najważniejszych wydarzeń folkowych w Polsce?

BKS: Powód był banalny. Zespół Czeremszyna istniał od 1993 roku. Jeździliśmy po kraju, graliśmy na nielicznych wówczas imprezach, takich jak Mikołajki Folkowe w Lublinie, Eurofolk czy festiwal w Radomiu. Poznawaliśmy wspaniałych muzyków i zapragnęliśmy przenieść ten wielokulturowy klimat na nasz, czeremchowski grunt. Bardzo chcieliśmy, by na tym Podlasiu było coś innego niż ówczesne festyny ludowe, które poszły w stronę disco polo. Wydarzenia folkowe zostały podzielone albo na białoruskie, albo ukraińskie. Wszyscy kłócili się między sobą: kto jest bardziej białoruski, kto jest bardziej ukraiński, kto zrobi więcej festynów takich, a kto tamtych. My chcieliśmy po prostu połączyć to wszystko w jedną imprezę. Pierwsza edycja – pod nazwą Spotkania Folkowe z Wiejskiego Podwórza – była skromna: dwa tradycyjne zespoły śpiewacze oraz dwa folkowe: Czeremszyna i Orkiestra Świętego Mikołaja.

DP: Czyli połączenie surowej tradycji, niczym w Kazimierzu Dolnym, z nowocześniejszym brzmieniem?

BKS: Tak. Nadal mamy na naszym festiwalu bardzo mocno rootsową część, w ramach której występują śpiewacy ludowi, prezentowane są obrzędy i tradycyjny taniec. Łączymy to bez kompleksów z mocnymi, rockowymi brzmieniami, hip-hopem czy setami DJ-ów. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.

DP: Zdajesz sobie sprawę, że przez tych 30 lat przerobiliście trzy generacje, trzy pokolenia ludzi? Kiedy zaczynaliście, miałem 16 lat, a dzisiaj mam 46 i jestem w zupełnie innej orbicie. Dziś na festiwal przyjeżdżają ludzie, którzy wtedy byli dziećmi, a teraz przywożą tu swoje dzieci i wnuki. Jak z Twojej perspektywy wygląda ewolucja tej publiczności i samych mieszkańców?

BKS: Myślę, że stworzyliśmy świadomą publiczność, przyjeżdżającą do Czeremchy specjalnie po to, by słuchać muzyki, by być na festiwalu. Główny rdzeń tej imprezy jest od zawsze taki sam i chyba to powoduje, że odbiorcy nie są przypadkowi. Tych samych ludzi spotkasz także na Globaltice, pojawią się na Folkowisku, Etnoporcie i Rozstajach. A mieszkańcy Czeremchy? To zagadka. Jest duża grupa ludzi, która bardzo lubi ten festiwal, czeka na niego i żyje „folkami”. Jest też wielu antagonistów, którzy pytają, ile można, że nie ma tu imprez, takich jak w Łosicach czy w Siemiatyczach, że nie ma łatwej, przyjemnej muzyki.

DP: To klasyczny mechanizm w małych miejscowościach.

BKS: Pewnie tak. Ja jednak nie rozumiem podziału na muzykę „trudną” i „do tańca”. Najlepiej tańczy się przy muzyce granej na żywo, autentycznej, a nie puszczanej z półplaybacku. Wiem, że część mieszkańców wolałaby komercyjny mainstream, ale dopóki jestem dyrektorką Gminnego Ośrodka Kultury, festiwal zachowa swoją jakość i tożsamość. Decydując się na powrót do Czeremchy po studiach, postawiłam sobie jasny cel: jeśli mam tu żyć i pracować, muszę zrobić coś wartościowego, co zostawi trwały ślad i rozsławi tę miejscowość.

DP: I to się bez wątpienia udało. Gdy analizuję różne sytuacje, chociażby z naszymi Ambasadorami Wschodu, to zawsze wychodzi na to, że odbiorca lokalny jest najtrudniejszy, ponieważ w grę wchodzą animozje i prywaty. Mimo to stworzyliście jednak unikatowy ekosystem.

BKS: Przekonałam się o tym w 2025 roku. Po trudnych i emocjonalnych wydarzeniach z wcześniejszego roku miałam moment zwątpienia. Zastanawiałam się, czy jest sens to kontynuować, czy ludzie nie mają już dość. Wtedy do mojego biura przyszła grupa nastolatków, dzieciaków w wieku 10–13 lat, pytając ze smutkiem: „Pani Basiu, słyszeliśmy, że festiwalu nie będzie?”. I tak sobie wtedy pomyślałam: Baśka, pomieszało ci się w głowie, że przyszło ci coś takiego na myśl, żeby nie robić festiwalu!

DP: Miejsc noclegowych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów brakuje na długie miesiące przed imprezą.

BKS: To prawda, ludzie rezerwują kwatery z rocznym wyprzedzeniem, z góry zakładając termin. Pan do mnie nawet zadzwonił: „Proszę pani, muszę zaplanować urlop, zarezerwować noclegi. Niech Pani powie, kiedy będzie festiwal?”. A ja mówię, że nie mam pojęcia. Co roku czekamy na rozstrzygnięcia konkursów dotacyjnych w ministerstwie. To najbardziej dołujący element organizacji. W większości krajów europejskich budżety na kluczowe festiwale są zabezpieczane z wieloletnim wyprzedzeniem. U nas wszystko spina się na ostatnią chwilę, co utrudnia chociażby kontraktowanie zagranicznych gwiazd. Przecież taką bazę imprez i festiwali, które są wartościowe, można zrobić i można na ten cel odłożyć jakieś tam pieniądze, zarezerwować je w budżecie. A jeżeli pojawią się nowe, fajne inicjatywy? Każdy z nas kiedyś zaczynał, prawda? Nasz festiwal generuje realny ruch gospodarczy – koła gospodyń wiejskich potrafią podczas imprezy zarobić kilkadziesiąt tysięcy. W tym roku gościliśmy rekordową liczbę 75 wystawców na jarmarku rękodzieła.

DP: W 2014 roku zostaliście laureatami tytułu Ambasadora Wschodu. Czy ta nagroda coś realnie zmieniła w Waszej działalności?

BKS: Przede wszystkim stanowi niezwykle ważny punkt w naszym CV. W realiach grantowych certyfikaty, nagrody Ministra Kultury, Marszałka Województwa czy właśnie tytuł Ambasadora Wschodu mają ogromne znaczenie dla oceniających wnioski. Udowadniają rzetelność i markę organizatora. Ale jest też drugi wymiar – tożsamościowy. Czujemy się pełnoprawnym Ambasadorem Wschodu. Podkreślamy, że jesteśmy festiwalem TUTAJ, na tym wielokulturowym poletku. Wschód jest piękny, a ludzie przestali się z czasem z nim utożsamiać, zaczęli się go troszeczkę wstydzić. To szczególnie istotne, byśmy zjednoczyli się dziś w promocji Wschodu i wielokulturowości. Niepokoją mnie takie komentarze: „nie śpiewaj ukraińskich piosenek”, „nie pokazuj takiej kultury czy owakiej”. Ludzie zapomnieli o historii, zapomnieli o tym, jaka kiedyś Polska była, jak wciąż jest piękna, wielokulturowa, wieloreligijna, wielowyznaniowa. Idea Ambasadora Wschodu to dla nas nie tylko statuetka, ale misja budowania mostów i integracji poprzez sztukę.

DP: Bo prawdziwa wielokulturowość to nie są kolorowe ulotki promocyjne czy powtarzane bezrefleksyjnie hasła o „podlaskiej gościnności”. To głębokie zrozumienie drugiego człowieka, jego historii i odrębności. Czy żyjąc i tworząc tuż przy samej granicy z Białorusią trudno być Ambasadorem Wschodu?

BKS: Bywa ciężko, ale dla mnie to zawsze był i jest powód do ogromnej dumy. Pamiętam lata 70–80., jak ludzie jechali pociągiem i do mostu na Bugu mówili w gwarze, a gdy przekroczyli rzekę, zaczynali mówić po polsku. Bali się i wstydzili. Pamiętam też, że jak jechałam na studia do Lublina, to moja mama mi powiedziała: „Nie przyznawaj się, że jesteś prawosławna”. Jak powstawała Czeremszyna, do zespołu zaprosiłam młodych ludzi z Czeremchy, a ich rówieśnicy podśmiewali się z nich pytając: będziecie śpiewali jak stare baby, po „rusku”…? Strach i wstyd były zakorzenione w ludziach. A ja? Ja zawsze byłam dumna z tego, skąd jestem. I gdziekolwiek bym nie była, to zawsze bez skrępowania, a wręcz ze swego rodzaju wyższością mówię o tym, że jestem stąd.

DP: Myślisz, że nauczyliśmy się wykorzystywać potencjał Wschodu?

BKS: Zaczęliśmy rozumieć wyjątkowość rękodzieła, muzyki, obrzędów, kuchni. Wciąż mamy jednak dziwne postrzeganie przyrody, co jest dla mnie tematem totalnie odlotowym. Cały świat zachwyca się Puszczą Białowieską i żubrami, a włodarze podlaskich gmin pytają, po co nam park narodowy. Chyba dopiero się tego uczymy.

DP: A gdybyś miała dziś wybrać Ambasadora Wschodu, to czego byś w nim poszukiwała?

BKS: Ambasador nie może się zamykać na wąską dziedzinę życia, bo kultura jest bardzo pojemna. Wyobrażam sobie, że to ktoś, kto łączy. ***

Tekst pochodzi z 40. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn w wersji papierowej do kupienia tutaj.

Prenumerata – numery 39 i 40