Ot i ja widać ruszył jak z kopyta, bo wiedział już, gdzie iść dalej. Jednostka! Moja, co ja w niej i był, jak młody był, a i później chodził, bo tam klijentów każdy z wioski i miał na nasz bimber. A i czasami oni sami i przyjezdżali do nas, ale wtedy tylko jakie znane. A jak sam, to i kto popad, tak i brał. Ot, niby i wojsko, czyli i porzondek jaki by miał tam być, a nie był, bo same kaprale, a i oficery pili nasze, bo lepszego nie było do samego Lejkowa albo i dalej! Takie my mocne byli w tej naszej „branże”!

Ale teraz to ja tam sie udawał z mojo misjo, jak detektew jaki albo nawet prawdziwy, choć ja jescze nie do samego i konca tak móg siebie i nazywać, bo tak i dziwno. Ale jakoś i był, tak i pojechał. Wiedział, że mnie i nie puszczo ot tak, na gapia jakiego, tak i zabrał ja z sobo to, co i najlepsze móg mieć.

Tak i ja podjezdżam pod brame, a tam, wiadomo, straż i stoi i lampi sie dziwno, bo jak, jak nie zna. Tak mówie do gamonia, że ja taki i taki i że mnie znajo i żeb kaprala jakiego zawołał, choć ja nie wiedział do konca, jakiego, bo i dawno nie był i tu. No i zawołał. Poczekał ja trochę i przylaz za kwandras jaki jaki kapral, co ja go i nie znał. Tak i ja jemu powiedział, co i jak. I on od razu skapował, bo kazał puścić mie przez brame. I prowadzi mie do siebie niby żeby pogadać, ale wiadomo, że nie. To i u niego my zrobili co trzeba, czyli wymiane, i ja miał już i jechać. Ale przypomniał sobie, że ja znał tu jednego takiego kaprala wczesniej, co Prostek sie i nazywał. A on mnie na to, że Prostek już awans dostał i pojechał se i w swiat jaki, bo go zabrali gdzie daleko, co i ja nawet nie zapamientał, bo i po co, jak nie wiedział, gdzie to. Ale – mówi – jest tu jescze taki inny i kapral, co sie nazywa Gomólicki i czy ja go znam. A ja na to, że i owszem, choć nie znał, ale chciał jescze co i bądź jakieś zobaczyć dłużej, żeb sie rozejrzeć jakoś i po jednostce, co usłyszeć może? Tak i – mówi – ja zaraz i go tu i przyprowadze. Ty se posiedz, a ja i zaraz będziem. I poszed.

A ja chwile i poczekał, a potem raz i dwa dawaj wychodzić i iść po starych śmieciach. Może ja jakiego znajomka odnajde i co mnie może i on co i powie? Bo jak i do konca i nie widział, co ja miał i dalej i robić. Kogo szukać? Troche i mnie tak jakoś i głowa staneła, jak na rzece był w dłubance, i ja troche już i w gacie robił, że i ja może i tu po co przyszed, ale po co, to ja myslał, że i samo jakoś przyjdzie, jak przyjde. A tu nic.

W garnizonie pusto jakoś i było. Ale ja i wiedział i myslał, że żołnierzyki pewno na poligon powysyłali. Tam se nad rzeko troche postrzelajo, polatajo i już, będą sprawniejsze. A i robota wykonana wojskowa jak należy. Tak i szed i rozglondnoł sie, i nic. Nikogo. Tylko, widze, wychodzi jaki z baraku obok, drzwi zamyka i już ma gdzieś niby i iść, jak nagle widzi i mnie, a ja jego. I ja widze, że i on mnie widzi, ale to tak, że on jakoś tak i zastyga, jakby ja miał moce jakie w kamień zamieniać, bo stanoł jak ten snopek na polu i stoi, i trzenść sie zaczyna, jakby sie i zbierał co i zrobić. I ja widze, że on chce zrobić to, co i ja mysle, znaczy wiać! Bo ja na koniec i zrozumiał, choć i jakoś od poczontku już i mnie tak coś w głowie sie i pojawiło jasnego, ale co, ja nie wiedział, aż na ten koniec zrozumiał, że to… Boguś!…???

— Booooguuuś!? — krzycze pytajonc. I chyba jakoś tak powolnie to wychodzi, bo Boguś jescze stoi, a już głowa jego ucieka gdzie to. I nagle jak nie zacznie gnać gdzie to za baraki, jakby mu kto i gacie podpalił. — Boooo­guuuuś!!!? — ja znowu do niego wypalam z gardła, a on już i sie nawet ogdlondnonć nie chce, tylko gna jak jaki opentany na siatke za barakiem, żeb skoknonć i ciach, w las!

Tak ja w te sekunde i zrozumiał, że to Boguś ten wojskowy, co go najpierw Ataman, a potem Teodorek opisywali, musi i być! Tak i we mnie taki goronc sie zjawił, że ja był już jak jaki wilk, co poczuł sarenke. Powietrze jakby przez zapach mnie tak zakrenciło, że ja poczuł w nogach, że tam taka moc siedzi, że jak ja zaraz im nie popuszcze, to same pobiegno! Boguś już dobiegał siatki na tyłach, a ja i wiedział, że zaraz i ja startuje, ale jescze nie, bo ja chciał te chwile jescze troche i poczuć, bo ona była jak sam przenajczystszy! Tak w głowie ja czuł, że i nic wypić nie musiał, a czuł takie zderzanie, jakby jaki litr miał tam wlany. Tak i nigdy ja nie miał, nawet jak od samego Grabula wzioł. No tak ja i poczuł, jak moźe tylko kiedyśjak z tako ja Aśko był blisko, to takie miał w głowie latanie. Ale to dawno, tak i ja i nie pamientał już i za bardzo. A tu było! Stał ja tak i wdychał ten goronc, co i lodem od razu i był, jak jakie czary albo jaki napar cudowny, i jescze stał i wdychał, bo samo wdychanie mnie tak sie spodobało, że i nie chciał i gnać. A gnać już i trzeba! Bo Boguś już skoknoł przez siatke, jak gazela jaka albo i sarenka młódka, i tylko ciach, i już w lasek i poszed! I pewnie myslał, że i już, i po mnie! Że i uciek tak. Zniknoł, i już!

Ale tu sie kolega Boguś i pomylił co i do mnie, że móg. Bo nie móg. Jak móg, jak ja znał w tym garnizonie wszystkie płoty, siatki i lasy przyległe, i ścieżki, i dołki jakiebądź. I dalej, nad rzeke każdy skrent albo i występek jaki, albo i krzaki jakie i tam by nie byli. Toż ja tam przez laty i łaził, bo gdzie, jak nie nad Boh my ciongli wypić albo i zabawić jako i panne!? Toż ja tam i co dzień i był, i łaził, i tam i nazad.

Tak i ja ruszył. Ale jakby tak wcale nie z kopyta, tylko na spokojnie, jakby ja jako i zagrzewke robił albo cwiczenie. Jakby ja sobie i przypominał tak spowoli, jak ja i latał kiedy, i ganiał tam. Oj, my ganiali tam! Jak jakie wariaty, a sczególnie jak wypili, to ganianiu konca nie było! Tak i ja i nie zapomniał.

Do siatki dopad w mig, jeden sus i już, ja był za garnizonem, w polu przed laskiem. Tylko słyszał, jak Boguś goni i o krzaki sie rozbija, bo głupi biegać nie umie po chaszczach. Za szybko. A tam trzeba na spokojno, jak w balecie jakim. Tak i ja za nim pogonił w tym tańcu przez te chaszcza. I czuł go już przed sobo, choć jescze i nie widział. Ale zwierzak za dużo hałasu zostawiał za sobo, tak i ja za nim łatwo miał.

Lecieli my tak już i minut pare, tak i dopadli do brzegu. No i tam Boguś jakoś sie i zacioł był, bo stanoł, ja słysze, i stoi, bo nie wie, co. Tu rzeka, tam ja. Gdzie gnać!? I dawaj w tej chwili po boku Buha zasuwać! A tam piach jak na polu po orce, tak i cienżko, jak za pługiem.

Dopad i ja rzeki, i widze Boguś w lewo pogonił, znaczy otumaniony i nie kumaty, bo zaraz tam i takie drzewa sie zaczno, że i nie przejdzie. A jak by w drugo strone pobieg, do mostu, to by miał pusto jak po polu, jak wiatr hulający. I by tak mog biec i biec. A ja i za nim.

I tak by biegli i biegli, aż by który i dech potracił i pad. Wtedy by który i stanoł. I tak jak by on stanoł, to i ja by i zaraz tam dopad jak jako zwierzyne i rach, ciach na niego jaki łomot pospusczał. I gadać by zaraz i zaczoł, bo inaczej by go zaciukał! A jak by ja stanoł? No, tu mnie głowa jakoś i tak sie wstrząsła, bo ja zrozumiał, że ja myslał o tym, co i niepotrzebne, boć Boguś tam i nie poleciał, głupi, tylko w drugo stronę. Mnie sie od razu pomyslało, że zamiast mysleć może i ja wpierw niech i go złapać przyszło, a potem ja mysleć będe, co i jak by było. Tak ja rugnoł siebie i tak jakoś i dał w głowe sobie, żeb inaczej i mysleć niż dotychczasowo, bo zamiast gnać, ja stał. Ale tak i ja wiedział, że Boguś już tylko zaraz mog w rzeke skoknonć i we wodzie lezć. Ale tam ja by go już i dopad, bo słaby w nogach.

Tak i było. Boguś jak do drzew dobieg, tak i od razu w rzeke wlaz, ale we wodzie nie pobiegnie, oj nie. To nie na jego nogi, ja widze. I ja już i za nim był, prygnoł ja w wode i zaraz go i dopad prawie blisko i brzegu, tak że i wody to my mieli pod tyłek i mniej. od razu ja go pod wode wzioł, i ciach z głowki, żeb podkreslić trzymanko, i znów pod wode, i znów z głowki. I znów pod wode. I wtedy, ja widze, Boguś już sie mi leje przez rence. Znaczy osłab tak, że i trzymać przyszło go! Dobrze, znaczy. Na razie wystarczy. Pogadać będzie można.

Wyciąg ja go i na brzeg. Położył, żeb odsapnonć. Ot, i miał ja gagatka! Pierszy mój panek od kradzieży mój! Ja był tak przejenty gonieniem, że i zapomniał, co ja miał i pytać. Tak ja i czekał, aż mnie w głowie i wróci to, co i miał wiedzieć. Tak i klencze nad gagatkiem i czekam, aż dech wróci, bo gonienie było jak sie patrzy na ostro jak za dawnych czasów na poligonie my ganiali na upadłego, że gwiazdy w oczach sie pojawiali! I my padali wtedy i leżeli, aż niebo te gwiazdziste nam poznika, bo już i nijak ruszać sie nie mogli. Tak i leżeli i dychali jak łoszaki w róji, po krzakach co szli bez opamientania, i tak leżeli, a kapral sie dar na całe gardło, że my mienczaki-cielaki jakie, jak tak jak muchi padajo pajacy!

I jak tak i teraz miał, że mnie sie i gwiazdy krencili we głowie zamiast myslenia, co i ja miał sie i dowiedzieć od Bogusia. Ale i Boguś nie wyglondał na takiego, co i co mówić by mog, bo mu klata chodziła jak miech akordeona i swisczał jak i on, a gały mu to wyłazili, to włazili do czaszki, tak że i ja miał nieco ubaw jak z jakiej lalki. I jescze co i nieco powypluwał rzeki, co jej nabrał, jak ja go pare razy kompnoł w niej.

Ale na koniec ja i ostyg tak, że mnie i rozum dogonił tu, i wlaz napowrót do głowy. Tak ja od razu wiedział, co i jak. I mnie taka jasnosć i była, że ja i myslał, że ja jaki napity był. A nie był! Ot, stuczka! Tak skond mnie to takie ruszanie? Ja chyba i wiedział, że to od powietrza, co ja go nabrał w biegu tyle, że mnie poszło do głowy prosto bimbrowo! A to ci dopiero by było, żeb tak zamiast bimber krencić, powietrze zaczonć sprzedawać!

No, ale ja wiedział, że to nie teraz mysleć tak. Bo tu gagatek leży i trzeba z niego wytrząsć wszystko jak na spowiedzi, i to wielkanocnej!

— No, Boguś — tu ja go pacnoł w głowe, żeb zaczoł słyszeć, co mówie, bo widze, że nie wie, gdzie jest, i co sie z nim dzieje. Czy umar już, czy go do jakiego piekła zawiedli diabły? I jaki diabeł nad nim stoi? To niby ja tak nad nim. Ot, ja pomyslał i tak, że to i nawet mog i rechotać z tego, jak on mysli. Ale ja znowu sie sam pacnoł, choć tylko w głowie. Tak żeby mnie rozum znowu naprzód przeszed, bo gdzieś ja go przesunoł na chwile.

— Boguś, ty słyszysz? Boguś! — znowu go pacnoł, ale Boguś jakoś nie czaił. Chyba i myslał, że w piekle. Tak jescze raz go pacnoł, ale teraz tak porzondnie, aż mu głowa w piasek sie nieco wbiła. Podziałało. Boguś wrócił z piekła nad rzeke, oczy wybałuszył i lampi sie.

— No, bratku, ty mi tu gadaj zaraz, co ty z bimbrem zrobił i gdzie twoje dwa gagatki, co z tobo jezdzili krasć — ja był tak straszno to powiedział chyba, że Boguś, choć całkiem słaby jak mucha, zaczoł sie szarpać, żeb uciekać. Ale nie mog, bo ja na nim i siedział, a dla jasności raz jescze go pacnoł.

— Jaki bimber? Co kraść? — Boguś widać poszed nie wte strone, co ja chciał, czyli krentnosć wybrał. Tak i ja raz jescze i zaapelował do niego:

— Ja raz jescze zapytam, a potem głowe twojo wbije w piasek, jak nie zaczniesz gadać: gdzie skradziony bimber i dwa gagatki w koszulach w kwiatki, co z tobo kradli — tu mnie troche i smieszno sie zrobiło, bo mnie i jaki chyba do wiersza wyszed powiedzieć. Ale udał, że nic. I już sie zamachnoł, żeb mu przywalić, ale tera to już tak na amen, ale ten rence podniós i woła:

— Jakie gagatki!!??? O co ty pytasz? Ja nie wiem… nie rozumiem, co ty chcesz! — Boguś nawet i przekonywajonco to robił, bo ja widział i strach w jego oczach i rence ze strachu podniesione. Tak i ja pomyslał, że trzeba inaczej. Tak i rence skrzyżował jak w kosciele, i mówie:

— Boguś, powiedz ty mnie na spokojnie, a nie bedę już i walił: gdzie jest nasz bimber wioskowy, co go wy ukradli. To na poczontek, a potem będziem gadać dalej.

— Ale jaki bimber!?? Ja nic nie krad!! Przysięngam sie!! Ja nic nie krad!!!

Boguś już sie tak dar, że i jakoś mnie dziwno sie zrobiło, bo po co miał i sie drzeć, jak by mog co wymysleć innego? Tak i ja mówie:

— Gadaj, co wiesz! Bo mnie cierpliwosć może odpuscić! A wtedy to już nic nie będzie! Tylko ja twojo facjate w mielonke zamienie! — widać przekonujonco sie zrobiło, bo Boguś sie rozgadał.

— Ja kiedyś, choć to i dawno bardzo było, jak ty we wojsku jescze i był, był sprzedał tobie taki bimber, co troche i nie był. I ty wtedy i może nie wiedział, kto to taki i co sprzedał, bo ja sam nie był, tylko z chłopakami ze wsi mojej. A ty i tak zalany był porzondnie, że i nie zauważył od razu, tylko potem krzyczał i chodził, że zabijesz, jak dorwiessz tego, co wode sprzedał jak bimber!

Ot, i ja zaczoł sobie i przypominać, jak był jescze w garnizonie i kupywał czasem bimber, bo nie chciało sie do wioski isć. I przypomniał sobie ja, że Boguś z somsiedniej wioski przychodził czasem z bimbrem i sprzedawał. Ale słaby mieli, tak i my nieczęsto kupywali. Tak tylko w jakiej desperacji, żeb sie opendzić. No i przypomniał sobie, że raz, jak już byli dobrze zalani, kupili jakiś taki bimber, co to tak po prawdzie prawie że i sama woda była. I ja pamientać zaczoł, że my chcieli dorwać tego gagatka, co nam te wode sprzedał, ale tak byli zalani, że nie mogli przypomnieć, jak my i gdzie kupili. A tu, prosze! Boguś sam po latach zagadke rozwionzał! A to złodziejskie nasienie!

— To tak, Boguś? To ty mnie wtedy tak wydojłeś? — jużem chciał go w tej złości i przywalić, ale widać tym razem rozum został na miejscu, wienc ciongne dalej, już sprytnie, ale udaje, że we mnie taki goronc, że tylko pyk, i poleci jak kipitok z kartoflami z parnika! — Boguś, gdzie jest bimber, co żeś go z miastowymi dwoma pokradli z naszych dołów!??

— Jakich dołów??? Jaki bimber??? Ja nic nie wiem o waszym bimbrze! Przysięngam sie! Nic nie wiem! Jakie miastowe? Ja nie rozumiem, co ty mnie pytasz. Stefan, ja… Ja nic nie wiem o waszym bimbrze! Ani o jakichś miastowych! Przysięngam sie!

— Boguś! jak by ty nic nie miał za uszami, to by ty chyba nie uciekał, co? Tak po co ty uciekał? Dla zabawki jakiej, co? Żeb cwiczenia porobić? Co!?

— Ja uciekał przez te wode, co tobie był wtedy sprzedał, ale nic nie wiem o terazniejszym, bo dawno już i tym sie nie zajmuje. Ja teraz wojskowy. Kapral. I mnie dobrze i bez bimbru!

— Boguś, ty mnie powiedz jak na spowiedzi, co ty wiesz o tej naszej kradzieży i o miastowych, żeb ja nie musiał i już na ciebie jakiej mocy używać, co?

— Ale ja nic nie wiem, co ty mówisz do mnie! O jakim bimbrze i o jakich miastowych!? Ja mówie ci, że to nie ja. Ja tylko kiedyś te wode… No ja myslał, jak zobaczył i ciebie, że ty wiesz, że to ja sprzedał te wode, tak i zaczoł uciekać, bo ty długo wtedy chodził i pytał, kto te wode sprzedał. Tak i ja sie bał długo, aż ty poszed z garnizona i my sie rzadko zaczeli widywać. Tak i ja zapomniał i myslał, że i ty zapomniał. A tu widze dzisiaj, że stoisz i lampisz sie na mnie, to dawaj wiać, bo przypomiał ja sobie w tym momencie o tej wodzie. Ot, i masz cało prawde! I nic wiencej nie ma!

— Znaczy że ty nie krad z miastowymi naszego bimbru?

— Nie! I nie znam żadnych miastowych! Ja przysięngam sie! Żadnych! Ja tu żyje i mam w dupie miastowych! Na spokojnie żyje! Na co mi one?

Ot, i mnie sie jakoś i słabo na chwile zrobiło, bo ja zrozumiał, że Boguś to nie mój wojskowy. Tak ja postawił Bogusia na nogi i powiedział, żeb szed, bo musze pomysleć. A dług za wode mu odpuszcze za te gonitwe i lanie. Machnoł głowo, bo i jak by inaczej mog? Dalej by lać?

Tylko ja znowu z niczem i został. Ot, detektyw Bużyk, znów fige z makiem pod nos dostał. Mnie chyba jaka i rozpaczliwa mysl w głowie sie zjawiła, bo jakiś smutek mnie wzioł. I poszed ja. Choć i gdzie, ja nie wiedział.

Tu Stefan wstał, i widać było, że raz jeszcze przeżywa tę rozpacz. A my razem z nim. Poczuliśmy taki ciężar na sercach, że tylko płacz mógł go zdjąć. Płakaliśmy w duszach, nie mogąc nic poradzić na ten smutek. Czy tak to się kończy?

tekst: Andrzej Zawadzki
grafika: Paweł Litwin

Artykuł pochodzi z 28. numeru Krainy Bugu

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep