Przyjechali z Białorusi, Macedonii, Francji, Hiszpanii, Bangladeszu. Jedni mieli zostać trzy miesiące, inni uciekali przed wydarzeniami, o których do dziś nie chcą mówić. Wszyscy trafili na Podlasie. I wszyscy znaleźli tu coś, czego się nie spodziewali – drugi dom.

TEKST Agnieszka Żądło FOTO Magdalena Seweryn, Adam Wajrak

Marek z dumą pokazuje piec. Kafle są stare, zdjęte z rozbieranego domu kilkaset kilometrów stąd. W środku ukryty jest nowoczesny system ogrzewania, ale z zewnątrz wygląda tak, jakby stał tutaj od stu lat. — Taki piec robił już mój wujek. Trzecie pokolenie zdunów, ale tutaj znalazłem lokalnego fachowca, jakoś się udało — mówi. Pokazuje też wykaligrafowane na piecu białoruską cyrylicą napisy: „Podlasie”, data rozpoczęcia prac budowlanych i nazwa miejscowości (nie chcą jej ujawniać w tekście ze względów bezpieczeństwa).

Budynek pachnie jeszcze drewnem i olejem do belek. Widać, że jest w trakcie dużego remontu. Dookoła kartony z rzeczami i narzędzia. Po rajskim ogrodzie, tuż obok drewnianych szop, biegają dziewczynki – 8-letnia ­Alisa i 5-letnia Leila. W pasiece brzęczą zachwycone sielskim życiem pszczoły. Marek częstuje ­miodem prosto z plastra. Oksana parzy ­herbatę koło studni na podwórzu. Jest ­słoneczne czerwcowe południe, więc można usiąść na starych krzesłach i wypić w plenerze.

Patrząc na ten obrazek, trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu nie mieli pewności, gdzie będą mieszkać za kilka miesięcy. Podlaski dom jest pierwszym miejscem w Polsce, które urządzają z myślą, że zostaną tu na dłużej. — Tu czujemy się jak u siebie: mało ludzi i dużo miejsca dla natury. U nas na Białorusi było podobnie. Jedziesz i są bagna, lasy, bagna, lasy. Siedemnaście kilometrów zrobisz i dopiero trafiasz na jakąś wieś — mówią. Nawet nie przyszło im do głowy, żeby ruszyć dalej, do Niemiec czy Francji. Nie znaleźliby tam takich krajobrazów. — Polska jest dla nas idealna, niepotrzebnie ma tyle kompleksów — przyznają.

Poznali się jako dzieci. Ich rodzinne gospodarstwa na Białorusi dzieliło zaledwie kilkaset metrów. Marek śmieje się, że zakochał się od razu. Oksana wspomina, że długo byli po prostu sąsiadami i przyjaciółmi. Za chwilę minie 9 lat od ślubu, a oni właściwie nigdy się nie rozstawali. Pracują razem, wychowują córki, wspólnie podejmują wszystkie decyzje.

Ich wspólnym językiem od początku była praca. Marek nauczył się obróbki drewna od ojca. Najpierw robił drewniane zegary, ozdobne tablice i dekoracje. Potem małżeństwo odkryło ceramikę. Kupno pierwszego pieca do wypalania gliny było ryzykowną decyzją. Kosztował tyle, co kilka miesięcznych pensji. Bliscy pytali, czy nie lepiej kupić samochód. Marek i Oksana do dziś wspominają pierwsze talerze i kubki wypalone własnymi rękami. Nigdy nie żałowali. Ich prace trafiają do klientów w całej Polsce, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Lepią, szkliwią, malują i pakują wszystko sami.

Kiedy pytam, czy nie męczy ich nieustanne przebywanie ze sobą, uśmiecha się. — Czasami pojadę sama do miasta, posiedzę dwie godziny i wracam. Trzeba trochę nabrać sił — pół żartem, pół serio mówi Oksana.

O wyjeździe z ojczyzny opowiadają niechętnie, wciąż mają obawy o swoje ­bezpieczeństwo. Nie chcą wracać do tamtych wydarzeń. Mówią jedynie, że po wyborach w 2020 r. zrozumieli, iż nie będą mogli prowadzić normalnego życia. Najpierw ­wyjechali do Gruzji, później udało im się dotrzeć do Polski: na Mazury, potem na Podlasie, gdzie póki co wynajmują dom. Nie traktowali tego jako nowego początku, lecz raczej próbę ocalenia tego, co najważniejsze – rodziny i poczucia bezpieczeństwa.

Zapuścić korzenie

— Po dwóch, trzech miesiącach ludzie mówili nam, że świetnie mówimy po polsku. A teraz ten poziom już został. Dziewczynki mówią najlepiej z całej naszej rodziny — śmieje się Oksana. Sama przyznaje jednak, że z językiem wciąż bywa różnie, bo pracują głównie w domu i rzadko mają okazję do dłuższych rozmów z Polakami.

Dużym stresem okazały się dla nich przepisy. Na Białorusi nigdy nie zastanawiali się nad terminem ważności dokumentów czy kolejnymi pozwoleniami. W Polsce niemal nieustannie czekają na nowe decyzje urzędów. Karta pobytu, dokument podróży, kolejne wnioski i zmieniające się prawo stały się częścią ich życia. Oksana przyznaje, że każda pomyłka może oznaczać kolejne miesiące stresu. Pamiętają, jak w pierwszych miesiącach pobytu musieli zapłacić 7 tys. złotych kary za brak obowiązkowego ubezpieczenia samochodu, bo nikt im nie wytłumaczył, że zapłacona kwota dotyczy tylko części po byłym właścicielu i powinni uiścić nową opłatę.

— Z drugiej strony tutaj czuję, że możemy rozwijać własny biznes. Otworzyła się przed nami cała Europa. Sprzedajemy nasze wyroby do różnych krajów i nikt nas w tym nie ogranicza — mówi Oksana.

— Na Zachodzie dużo bardziej docenia się pracę ręczną. Na Białorusi ludzie częściej robią wiele rzeczy z konieczności. Tutaj ktoś kupuje ręcznie robiony kubek czy miskę dlatego, że chce mieć coś wyjątkowego. W dodatku ludzie dostrzegają, ile czasu i pracy kosztuje wykonanie każdego przedmiotu. To daje nie tylko satysfakcję, ale także poczucie, że ich umiejętności naprawdę mają wartość — uzupełnia Marek.

Ich córki Alisa i Leila coraz mocniej wrastają w podlaską codzienność. Chodzą do szkoły, mają koleżanki. — Narysowałam dziewczynkę, babcię, która karmiła kurki, kogut, płot i domek. Chciałam jeszcze narysować kota, który biegnie koło płotu — Alisa bezbłędną polszczyzną opowiada o swojej pracy, nagrodzonej w konkursie plastycznym o tematyce domu.

W nowym domu dziewczynki są rozpieszczane przez sąsiada, 93-letniego pana Mikołaja, który kupuje im bułeczki i pączki z objazdowego sklepu. — Przychodzi do nas dwa razy dziennie. Dopytuje o budowę, o kolejne etapy, komentuje — mówi Oksana. — Zastępuje nam starsze pokolenie rodziny, które zostało na Białorusi. Ma już swoje lata. Naszym marzeniem jest wprowadzić się, zanim… — Marek nie kończy. W nim i w jego żonie czuć dużą tęsknotę za bliskimi, więc doceniają każdy czuły gest, jakim są obdarzani przez Polaków.

— Chcemy po prostu spokojnie żyć. W naszym kraju na ten moment jest to niemożliwe — mówi Oksana. — Dlatego w Polsce budujemy dom, do którego zawsze nasze dzieci będą chciały wracać.

— Łóżko będzie piętrowe, na dole będzie zasłonka, góra będzie wyglądała jak domek — wymienia podekscytowana Alisa. — Nie mogę się doczekać.

Kiedy pytam Leilę, czy ma coś do powiedzenia w sprawie urządzenia ich wspólnego pokoju, odpowiada: — Żeby pokój był różowy.

Nie mówią, że znaleźli swoje miejsce na zawsze. Życie nauczyło ich ostrożności. Wiedzą jednak, że po raz pierwszy od wielu lat mogą planować coś więcej niż następny miesiąc. Mogą powoli przenosić pracownię, urządzać pokoje córek i zastanawiać się, gdzie postawić kolejne ule. — Dopiero jak skończymy, będziemy mogli mocniej wejść w życie społeczności — wyznaje szczerze Oksana.

Tęsknota za czereśnią

— Najbardziej brakuje mi słońca. Żeby cały rok było tak gorąco jak dzisiaj, to nie byłoby problemu. U mnie w Skopje już kilka tygodni temu czereśnie spaliły się od wysokich temperatur, tu dopiero dojrzewają — mówi Marjan Velkovski, kiedy siedzimy w jednym z ogródków restauracyjnych w Białymstoku.

Kilkaset metrów dalej, na osiedlu, na siedemdziesięciu metrach kwadratowych mieszka z żoną Joanną i dziećmi. W Polsce żyje od 17 lat. — Zauważyłem ostatnio, że tyle, ile lat jestem tutaj, tyle więcej kilogramów na siebie mam. Tu musi być codziennie „mięsko” na każdy posiłek od rana do wieczora. U nas zrobisz musakę z 250—300 gramów mięsa i zje sześć osób, a tutaj jeden kotlet dla jednej osoby. Nie byłem przyzwyczajony i takie są efekty.

Na początku miały być trzy miesiące. Program wymiany, trochę pracy z młodzieżą, trochę sportu i powrót do Macedonii. Marjan miał wtedy 24 lata, zawodowo grał w siatkówkę, studiował ekonomię i nie planował emigracji. Polska była przypadkiem. — Wybrałem ją, bo spośród krajów na liście wydawała mi się najbliższa Macedonii. Historia, ludzie, mentalność. Tak przynajmniej myślałem — wspomina.

Obiecywano mu Poznań, miasto z prawie siedmiuset tysiącami mieszkańców. Zamiast tego autobus zawiózł go do Różanegostoku na Podlasiu. — To był szok. Straszny szok. Przyjechałem z kurtką, która w Macedonii wystarczała na każdą zimę. Pierwszy mróz miał prawie trzydzieści stopni poniżej zera. Zamarzał mi nos. Myślałem, że to niemożliwe.

W Skopje zimą temperatura potrafi spaść poniżej zera, ale słońce wraca szybko. Na Podlasiu tygodniami nie pokazuje się zza chmur. — Mama przyjeżdża do mnie zimą i codziennie siedzi przy oknie. „Kiedy w końcu wyjdzie słońce?” – pyta. A ja mówię: „Może za miesiąc”.

Jeszcze większy szok przeżył pierwszego dnia wolontariatu. Wyobrażał sobie normalną szkołę. Tymczasem zobaczył kraty w oknach. — Pomyślałem: „Marjan, coś jest nie tak”. Jedyny raz wcześniej widziałem kraty podczas wizyty w więzieniu. A to był młodzieżowy ośrodek wychowawczy. W dodatku prowadzony przez księży salezjanów.

Zajmował się chłopcami, którzy kradli, uciekali z domów, wdawali się w bójki i trafiali tam decyzją sądu. Wielu z nich nie potrafiło zaufać dorosłym. On zaczął od sportu. — Niektórzy byli tak poranieni przez życie, że nie umieli nawet prosto biec. To nie chodziło o mięśnie. To siedziało w głowie.

Godzinami uczył ich podstaw siatkówki, ale też bycia blisko z innym mężczyzną, bez podtekstu homoseksualnego. W Polsce przytulanie się chłopaków to wciąż tabu. Przełamywali się w kontakcie z Marjanem, ale między sobą nadal zachowywali dystans.

Z czasem zrozumiał, że nawet najlepszy wychowawca niewiele zdziała, jeśli dziecko wraca do domu, w którym czeka alkohol, przemoc albo całkowity brak zainteresowania. — Cztery lata pracujesz z chłopakiem. Widzisz postępy. A potem wraca do tego samego domu. I wszystko zaczyna się od nowa. — Nie mówi tego z goryczą. Raczej ze spokojem człowieka, który dawno przestał wierzyć w proste recepty.

„Pij, Macedończyk!”

Niedługo po przyjeździe – jak sam mówi – zaszalał z kilka lat starszą koleżanką z pracy. Parę miesięcy później urodziła się jego córka Lilka. — W 99 procentach to była przyczyna, dlaczego nie wyjechałem z Polski. Zostałem, bo jak już zrobiłem rodzinę, to zrobiłem — mówi bez wahania. — Byłem przerażony, na pewno. Bez pracy, bez perspektyw, bez mieszkania. A tu dziecko w drodze.

Bardzo pomogli mu salezjanie, którzy prowadzili ośrodek wychowawczy. Jeden z nich, ksiądz Sosnowski, dużo z nim rozmawiał, wspierał w trudnych chwilach. Zatrudnili go jako instruktora sportowego, a potem wychowawcę, kiedy skończył studia. Miał się już za co utrzymać, choć nie były to kokosy. Na plus, że jako nauczycielowi przysługiwały mu dwa miesiące wakacji. Mógł wtedy jechać do domu w Macedonii.

Z trudem przyzwyczajał się do podlaskiej rzeczywistości. Małe miejscowości były przeciwieństwem gwarnego, rozgrzanego Skopje. Prawie nikt wtedy nie mówił po angielsku. — Polacy powtarzali: „Jesteś w Polsce, mów po polsku”. I mieli rację — śmieje się dzisiaj. Uczył się błyskawicznie. Najpierw na ulicy, potem na studiach z pedagogiki resocjalizacyjnej.

Uczyli go pić wódkę. Nie był przyzwyczajony. Jako sportowiec unikał używek. „Pij, pij, Macedończyk!” – wołali. Była taka presja, że nawet jak już nie mógł, to wymiotował i pił dalej.

Dwa razy chciał wyjechać. Raz, gdy dostał pracę w Egipcie w 2011 r. Lilka była malutka. Dowiedział się jednak, że zaczęła się tam arabska wiosna, czyli wojna – zrezygnował. Potem w 2016 r., gdy Lilka z mamą przeprowadziły się już dawno do Warszawy, skończył się rok szkolny w pracy. Na weselu znajomych poznał Joannę, pracowniczkę biura podróży, z którą potem założył rodzinę.

Ich wesele było polsko-macedońskie. Marjan od początku wiedział, że nie chce didżeja. Na Bałkanach wesela odbywają się przy muzyce na żywo, więc zatrudnił zespół z filharmonii i dał im płyty z tradycyjnymi macedońskimi utworami. Między polskimi przebojami grali bałkańskie melodie, a goście zamiast siadać do stołów po każdym secie, niemal bez przerwy tańczyli. Twierdzi, że do dziś wspominają to wesele jako inne niż wszystkie.

Joanna zapewniła go, że mogłaby z nim i dziećmi wyjechać do Macedonii. — Póki co mam pewien biznesowy plan tutaj. Kupiłem za grosze dużą działkę pod Białymstokiem, chcę ją podzielić, pobudować na niej domy i je sprzedać. Poszedłem też na studia podyplomowe z zarządzania i zamierzam zatrudnić się w szkole branżowej jako nauczyciel ekonomii, bo to moja największa pasja. W ośrodku dla młodzieży pracuję już tylko trzy dni w tygodniu. Grunt to nie utknąć w jednym miejscu — stwierdza Marjan i dodaje, że idealnie byłoby mieszkać pół roku w Polsce, pół roku w Skopje, żeby czerpać z plusów jednego i drugiego kraju.

Ciekawski z Szampanii

François Philippe pierwszy raz przyjechał do Polski w 1994 r. Z ciekawości. W Reims i Rennes studiował nauki historyczne. Interesował się działalnością „Solidarności”. Obserwował, jak zmienia się historia Europy, jak Polacy potrafili upomnieć się o swoją wolność. Miał wrażenie, że właśnie nad Wisłą wieje wiatr, którego nie można przegapić. — Chciałem uczestniczyć w tym, co się wtedy działo w Polsce — mówi.

Języka polskiego nauczył się jeszcze we Francji. Był przekonany, że mówi całkiem nieźle. Iluzja skończyła się podczas pierwszych zakupów w Polsce. Poszedł do kiosku kupić proszek do prania. Sprzedawczyni nie zrozumiała ani jednego słowa. — Dopiero wtedy okazało się, że jednak nie mówię po polsku — śmieje się po latach.

Dostał się na staż w Poznaniu, później dorabiał jako lektor języka francuskiego. — Wtedy zarobiłem swój pierwszy milion, a nawet kilka milionów — znów dowcipkuje, tym razem nawiązując do hiperinflacji.

Dla Francuza Polska połowy lat 90. była bardzo egzotyczna. Nie tylko dlatego, że zimą mróz trzymał od października do kwietnia. Egzotyczne było poczucie, że wszystko dopiero się rodzi. Firmy, inwestycje, pomysły, kariery. Tam, gdzie inni widzieli chaos transformacji, on widział przestrzeń do działania.

On też mógł wydawać się Polakom egzotyczny. W Polsce nie było wielu cudzoziemców z Zachodu. Pracował w mleczarni niedaleko Łodzi. Potem zaangażował się w działalność francuskiej firmy z branży spożywczej i jeździł między Warszawą, Łowiczem, Radomiem, Katowicami, Siedlcami i Rabką. Mówi, że Polska dawała wtedy młodym ludziom coś, czego we Francji coraz bardziej brakowało – możliwości.

W 1997 r., kiedy pracował w Radomiu, poznał przyszłą żonę, Joannę. Pobrali się i szukali miejsca do życia. Wspomina, że kiedyś przyjechali na weekend w okolice Sarnak i trafili na łąkę wystawioną na sprzedaż w Borsukach. Dla większości był to po prostu kawałek ziemi nad Bugiem. Dla nich – spełnienie marzeń.

— Pochodzę z Szampanii. Pomyślałem, że właśnie tutaj, z takim widokiem z tarasu, powinienem pić szampana. Po drugie, Podlasie dla mnie to była prawdziwa Polska: romantyczna, przestrzenna, pełna uroku.

Kupili ten teren. Zbudowali na nim dom, który pasuje i do łąki, i do szampana. Inspiracją jest dawny polski dwór z Rudzienka, umiejscowiony w skansenie w Nowej Suchej. Właścicielem i założycielem skansenu był profesor Marek Kwiatkowski – wieloletni dyrektor Łazienek Warszawskich. Z tym że w oryginale nie było piwnicy na wina.

Sąsiedzi plotkowali: co to będzie – kościół, burdel, sanatorium? Oni latami rozkręcali z Joanną biznes winiarski w Polsce. Importują wina, szampany oraz francuskie delikatesy, organizują degustacje, uczą Polaków odróżniać szampana od wina musującego, prowadzą też noclegi dla turystów. W tym domu ­wychowywały się ich dzieci: dwóch synów i córka. Z żoną ­uczyli ich ­zarówno języka polskiego, jak i francuskiego.

— Wszędzie, gdzie jest butelka szampana, czuję się u siebie. Nigdy nie miałem poczucia, że żyję na wygnaniu — przyznaje stanowczo ­François. Do Francji wraca regularnie. Ma tam rodzinę, przyjaciół i zawodowe kontakty. Jeździ tam na każde wakacje. Co najmniej półtora miesiąca w roku.

Z widokiem na łąkę

Do dziś ludzie pytają go, dlaczego wybrał wieś 6 ­km od granicy z Białorusią. Odpowiada żartem, że pilnuje granicy dla francuskiego rządu. ­Niektórzy zastanawiają się chwilę, czy mówi poważnie.

— Jestem szpiegiem? — pyta żonę żartobliwie, kiedy ona wnosi różowe ciasteczka biscuits de Reims, ­tra- dycyjnie podawane do szampana, tym razem do kawy. ­Siedzimy na tarasie z widokiem na „tę legendarną” łąkę.

François najbardziej ceni w Polsce przestrzeń – możliwość patrzenia godzinami na falującą trawę, ­żurawie, bociany i łosie. Jednocześnie dostrzega, że z wiekiem coraz częściej wraca myślami do Francji.

— To chyba naturalne. Człowieka ciągnie do korzeni — przyznaje. Ale zaraz dodaje, że najlepszym rozwiązaniem byłoby dzielenie życia na pół. Część roku spędzać nad Bugiem, część w Szampanii.

Po ponad 30 latach w Polsce nadal mówi o sobie przede wszystkim: Francuz. — Mam silną tożsamość. ­Dlatego mogę być otwarty na innych — deklaruje. — Polakom trochę tej umiejętności brakuje, szczególnie obecnie. Polska lat 90. była dużo bardziej chłonna, tolerancyjna, pełna nadziei. Polityka mocno to zmieniła, zamknęła ludzi na różne poglądy, na rozmowy.

A on lubi się spierać, prowokować rozmową, konfrontować. Nie po to, by wygrać dyskusję, lecz żeby lepiej zrozumieć drugiego człowieka. Uważa, że to bardzo „francuskie”. Najbardziej niepokoi go moment, kiedy ludzie przestają ze sobą rozmawiać. Wtedy – jego zdaniem – zaczynają się prawdziwe podziały. Doświadczył tego na własnej skórze.

— Jako Francuz bywam oskarżany o wszystkie grzechy Europy. O to, że zdradziliśmy Polaków w 1939, że zniszczyliśmy inwestycje w Polsce, o zarażanie laicyzacją, chaosem, o bycie źródłem wszystkich najgorszych zjawisk — François ma argumenty, ale widzi, że one mniej działają niż spokój. Polak jego zdaniem lubi wytykać innym, żeby poczuć się lepiej. — Spotykam się z tym na wyjazdach organizowanych dla Polaków do Francji. Często szukają różnic zamiast wspólnych mianowników. Raz zostałem tutaj zaatakowany w saunie. Kobieta, jak tylko dowiedziała się, że jestem Francuzem, od razu wystosowała cały ten katalog zarzutów, który słyszałem już milion razy. Mam wrażenie, że to wynika z kompleksów.

— Kraj jest jednak, co warto powiedzieć, jak osoba. Ma wady i zalety. Jeśli się ją kocha, to ze wszystkim — twierdzi François. — Być Francuzem to nie tak źle. Mieszkać w Polsce – też nie.

François przyznaje, że nigdy nie oczekiwał, iż miejscowi uznają go za „swojego”. Wie, że dla części z nich zawsze pozostanie „tym Francuzem”. — Dla Polaków Polak to ten, co się tu urodził. Nawet jeśli bym dostał obywatelstwo, nic by to nie zmieniło. To byłby tylko papier. Ale im więcej do Borsuków sprowadza się nowych osób z miasta, na przykład z Białej Podlaskiej, tym bardziej jestem dla sąsiadów tutejszy. Ci przyjezdni często tutaj jedynie nocują, narzekają, że na wsi śmierdzi albo że psy szczekają. A ja wrosłem już w ten podlaski krajobraz.

Do dzikiej puszczy z Andaluzji

Dr hab. Nuria Selva Fernandez, prof. Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk, Hiszpanka, śmieje się, że od urodzenia była skazana na Polskę. Przyszła na świat 3 maja, w dzień powstania polskiej konstytucji.

Prawda jest jednak taka, że kiedy studiowała biologię, poznała profesora Henryka Okarmę, który był w Parku Narodowym Doñana na pobycie naukowym, a w Polsce zajmował się badaniami nad ssakami drapieżnymi, głównie wilkami. Nurii, dziewczyny zawsze marzącej o wyjeździe, udało się wyjechać do Puszczy Białowieskiej na trzymiesięczne stypendium. — Od razu zakochałam się w tym fantastycznym lesie. W tej zieleni, w soczystych kolorach, dzikości i naturalności tej przyrody. U mnie w Andaluzji krajobraz bardziej przypomina afrykański niż europejski, jest wręcz pustynnie, sucho — mówi.

Dostała rower, kompas, odbiornik i antenę, żeby mogła namierzać rysie i wilki, wyposażone w obroże telemetryczne. W Puszczy spotykała wiewiórki i żubry. — Na początku się bałam. W Andaluzji nie mamy wilków, a tutaj były bardzo blisko. Spędzałam ponad osiem godzin sama w nieznanym lesie. Z czasem się przyzwyczaiłam, strach zniknął — uzupełnia.

Zamieszkała na stancji w skromnym pokoiku w Białowieży. Nie było w regionie pokoi na wynajem czy agroturystyki, tak jak jest to dzisiaj. Właścicielka domu nie mówiła ani po angielsku, ani po hiszpańsku. Nuria – nic po polsku. Jakoś próbowały się dogadać.

Tak się w Polsce spodobało młodej biolożce, że w następnym roku wróciła na osiem miesięcy. Znów było pięknie, więc za trzecim razem została na prawie trzydzieści kolejnych lat. Tu w Polsce rozpoczęła doktorat poświęcony roli dużych drapieżników w dostarczaniu pokarmu padlinożercom i poznała swojego przyszłego męża, popularyzatora przyrody Adama Wajraka. Zamieszkali ze znajomymi w starej chacie, ogrzewanej piecem kaflowym, początkowo bez łazienki.

— Nigdy jednak nie zostawiłabym całego życia dla mężczyzny, gdyby nie interesowało mnie życie naukowe w Polsce. Każdy człowiek – czy kobieta, czy mężczyzna – powinien mieć swój świat i na tym polega udany związek — twierdzi Nuria.

Doktorat poświęciła ekologicznej roli dużych drapieżników jako padlinożerców. Później zajęła się wpływem zmian klimatu na duże drapieżniki oraz ochroną Puszczy Białowieskiej. Od kilkunastu lat bada przede wszystkim niedźwiedzie brunatne – stworzyła zespół monitorujący ten gatunek i współtworzyła krajowy system jego ochrony. Dziś zajmuje się również wpływem infrastruktury i zapór m.in. granicznych na przemieszczanie się zwierząt. — Nie mam kiedy odpoczywać. Zawsze jest coś do zrobienia dla przyrody — mówi.

Nuria waleczna

Dziś dzieli życie między miejską Sewillę a Teremiski, wieś przy granicy z Białorusią, na skraju Puszczy Białowieskiej. W Hiszpanii pracuje dla Narodowej Rady Badań Naukowych (CSIC), gdzie właśnie wygrała konkurs na stanowisko profesorskie, w Polsce pozostaje związana z Instytutem Ochrony Przyrody PAN.

Do Hiszpanii wróciła, gdy podczas pandemii zachorował jej ojciec. Potem, gdy zmarł, opiekowała się mamą, aż do zeszłego roku. — Dopiero przed śmiercią mama powiedziała mi, jak bardzo tęskniła. Wcześniej zawsze powtarzała: „Wiem, że musisz być w biegu”. Akceptowali z tatą wszystkie moje wybory, mimo że byłam jedynaczką i na pewno chcieliby mieć mnie bliżej siebie.

W Teremiskach otaczają ją rośliny i zwierzęta. Pracując przy komputerze, przez okno widzi żubry wychodzące na pola, czasem wilki, często orliki. Wiosną słychać derkacze, jesienią nocą niesie się rykowisko jeleni. — Jest jak w bajce. Mam nadzieję, że nikt nie zrobi u nas nigdy Disneylandu. Chciałabym, żeby pozostało tak, jak jest.

Zapytana o ulubione miejsce w okolicy nie wskazuje Białowieży ani żadnego rezerwatu. Mówi o czymś, co razem z Adamem Wajrakiem nazwali „Kanadą”. Zimą chodzili tam na nartach. Bobry zbudowały tamę, dzięki której w środku lasu powstało niewielkie jezioro. — Tam jest tak dziko, a to najbardziej lubię w Puszczy Białowieskiej. Puszcza jest dynamiczna i niesamowita. My, ludzie, cały czas próbujemy ją zatrzymać i kontrolować: tutaj kornika usunąć, tutaj postawić drogę, tutaj pożar ugasić. A ­puszcza walczy. To jest system. Ona nie chce być kontrolowana. Pozwólmy jej być sobą — apeluje Nuria.

Trudno nie dostrzec tej waleczności w samej Nurii. Walczy nie tylko o swoją pozycję w świecie nauki, ale też o rangę nauki, o patrzenie na świat z perspektywy roślin i zwierząt, o wykorzystywanie nauki w podejmowaniu decyzji przez polityków, ale też o to, żeby naukowczynie i generalnie kobiety były traktowane poważnie. Podaje przykład: — Niektórzy mężczyźni, np. myśliwi, nadal traktują nas z góry. Mówią „dziewczyny”, a do mężczyzn „panie doktorze” czy „­profesorze”. Komentują wygląd zamiast kompetencji. A kobiety w Polsce ­piastują wysokie stanowiska, są ­aktywne, niezależne, pracują ­zawodowo. Zasługują na uznanie.

Jedyny raz poczuła się w Polsce obca podczas protestów w obronie Doliny Rospudy w 2006 r. Kiedy partner był na protestach, ktoś wybił szyby w jej domu. Policja nie chciała zabezpieczyć śladów. Na komisariacie przedstawiono ją jako „konkubinę Adama Wajraka”, a zamiast zająć się sprawą, komendant zaczął wypominać jej hiszpańskie drogi i protesty przeciw budowie polskich.

Szybko jednak dodaje, za co Polskę ceni najbardziej: stosunek do przyrody. — W Hiszpanii bywaliśmy od lat okrutni dla zwierząt, choćby w corridzie, a wy od wieków chronicie różne gatunki: żubry, tarpany. Lubię też to, że prawie w każdych wiadomościach telewizyjnych macie informacje o jakimś uratowanym piesku albo ptaszku.

— Jestem tu i tam jednocześnie — przyznaje Nuria. — To typowe dla ludzi z taką historią jak moja. Z Hiszpanią zawsze łączyła mnie bardzo silna więź. Tam miałam rodzinę, wielu przyjaciół, swoje wspomnienia. Tak samo w Polsce. Nigdzie nie będę kompletna, choć nie uważam tego za problem, a za zasób.

Syn z Bangladeszu

Ismail Milon ma 24 lata i zarządza jako manager kilkoma kebabowniami na Podlasiu. Sam śmieje się, że właściwie pracuje dwadzieścia cztery godziny na dobę. W ciągu dnia dogląda pracowników, towaruje lokale, kontaktuje się z urzędami. Gdy trzeba, jedzie do Sokółki. Następnego dnia do Ełku. Potem wraca do Suwałk. Kiedy kończy zmianę, nadal odbiera telefony i rozwiązuje kolejne sprawy. W dodatku trudno mówić o czasie wolnym, gdy się mieszka z kolegami z firmy.

Choć od 4 lat mieszka w Polsce, myślami wciąż jest kilka tysięcy kilometrów dalej, w Bangladeszu. Tam zostali rodzice, starsza siostra i dwoje dzieci siostry, którym także stara się pomagać. Mówi, że jego życie od początku było podporządkowane odpowiedzialności za rodzinę. Nie dlatego, że ktoś mu to narzucił. Po prostu tak został wychowany. — U nas rodzice opiekują się dziećmi, kiedy są małe. Potem role się odwracają. Kiedy oni się starzeją, to my stajemy się odpowiedzialni za nich — tłumaczy.

Ismail jest jedynym synem. W jego rodzinie oznacza to bardzo konkretną rolę. To on ma utrzymywać rodziców, płacić za leczenie matki, pomagać siostrze i w przyszłości przejąć obowiązki ojca. Nie mówi o tym z poczuciem ciężaru. Raczej z oczywistością człowieka, który nigdy nie zastanawiał się, czy mogłoby być inaczej.

Ojciec przez 22 lata pracował w Katarze. Wracał do domu raz na trzy, czasem cztery lata. Był zwykłym pracownikiem fabryki spożywczej. Zarabiał więcej niż mógłby w Bangladeszu, ale ceną były niekończące się rozłąki z rodziną. Matka zajmowała się domem. Dzięki pieniądzom przysyłanym z Kataru dzieci mogły się uczyć, jednak Ismail od najmłodszych lat widział, ile kosztuje życie emigranta. — Tata ciężko pracował, ale nie spełnił swoich marzeń — mówi cicho. — Postawił na wykształcenie dzieci, co w moim kraju nie jest łatwe. Nawet podstawowa edukacja jest płatna.

Ismail w Bangladeszu rozpoczął studia. Wybrał kierunek związany z biznesem i ukończył dwa lata, jednak już jako siedemnastolatek wiedział, że jego przyszłość będzie wyglądała inaczej. Bangladesz uważa za kraj ogromnych kontrastów – pełen młodych ludzi, ale ubogi w możliwości. Powtarza, że pracy jest mało, pensje są niskie, a wielu ludzi, nawet ciężko pracując, przez całe życie nie jest w stanie odłożyć pieniędzy na własny samochód czy mieszkanie.

Patrzył na kolegów wyjeżdżających do Europy i Ameryki Północnej. Wracali po kilku latach odmienieni. Kupowali samochody, budowali domy, utrzymywali całe rodziny. To właśnie oni przekonali go, że również powinien spróbować.

Nie chciał jednak jechać śladami ojca na Bliski Wschód. W jego oczach Katar dawał możliwość zarabiania, ale nie dawał rozwoju. Europa wydawała się miejscem, w którym można nie tylko pracować, lecz także budować przyszłość.

Do Polski trafił trochę przypadkiem. Jeden z krewnych prowadził tutaj działalność gastronomiczną i podpowiedział, że właśnie tu warto spróbować swoich sił. Problem polegał na tym, że w Bangladeszu nie było wtedy polskiej ambasady wydającej wizy pracownicze. Ismail musiał więc najpierw pojechać do Indii. Pamięta kolejki ludzi wychodzących z ambasady z odmownymi decyzjami i własny strach, że po wydaniu wszystkich oszczędności również usłyszy „nie”.

Stało się inaczej. Po szesnastu dniach odebrał paszport z wizą. Do dziś mówi o tym z wdzięcznością i przekonaniem, że było to jedno z najważniejszych wydarzeń w jego życiu.

12 sierpnia 2022 r. rozpoczął podróż do Polski. Nie przypuszczał jeszcze, że największym wyzwaniem nie okaże się praca, lecz samotność.

Między dwoma światami

Pierwsze miesiące w Polsce wspomina przede wszystkim przez pryzmat ciszy. Ismail nie znał polskiego, po angielsku mówił niepewnie, więc zakupy, wizyta u fryzjera czy załatwienie sprawy w urzędzie urastały do rangi wyzwania. — Wracałem z pracy do hostelu i z hostelu do pracy. Nikogo tutaj nie znałem. Nie miałem z kim porozmawiać — wspomina. Zachorował na depresję.

Mieszkał wtedy w hostelu przy ulicy Wolności w Warszawie. Pokazuje zdjęcia z telefonu: cztery łóżka ustawione obok siebie, niewielka wspólna kuchnia i przypadkowi współlokatorzy – Gruzini, Ukraińcy, Afgańczycy. Śmieje się, że pierwsze samodzielnie ugotowane danie wyglądało fatalnie, ale smakowało jak sukces. Jeszcze bardziej rozbawia go wspomnienie historii z fryzjerem. W Bangladeszu wystarczy wejść do zakładu i poczekać kilkanaście minut. W Polsce wszyscy pytali o termin wizyty. Nie wiedząc, o co chodzi, kupił maszynkę i obciął się sam. Do dziś przechowuje zdjęcia tej fryzury jako pamiątkę po pierwszych tygodniach emigracji.

Największy stres wiązał się z dokumentami. Po wygaśnięciu wizy trzeba było uzyskać kartę pobytu. Miesiącami czekał na wezwanie do złożenia odcisków palców, później na decyzję urzędu wojewódzkiego. Każdy brakujący dokument oznaczał kolejne tygodnie niepewności. Mówi, że właśnie wtedy po raz pierwszy zrozumiał, co oznacza życie migranta zawieszonego pomiędzy dwoma państwami. — To był najtrudniejszy czas. Człowiek nie wie, co będzie dalej — wspomina.

Dzisiaj sam pomaga nowo przyjeżdżającym Banglijczykom przejść przez tę samą procedurę. Wypełnia formularze, kontaktuje się z prawnikami, tłumaczy urzędowe pisma. Wie, jak łatwo pogubić się w polskich przepisach.

On jest już w innym miejscu jako „polski” gość. Mówi, że zdążył spełnić dwa marzenia. Pierwszym był samochód – używane Renault Laguna, które kupił z własnych pieniędzy. Drugim awans na stanowisko menedżera. — Chciałem być odpowiedzialny za coś więcej niż tylko swoją zmianę — przyznaje.

Mimo że coraz lepiej odnajduje się w Polsce, nie mówi o niej jak o nowej ojczyźnie. Powtarza, że emigrant zawsze pozostaje trochę pomiędzy. Docenia bezpieczeństwo, porządek i szacunek do pracy. Podkreśla, że tutaj człowiek ma pewność, iż za wykonaną pracę dostanie wynagrodzenie, czego – jak twierdzi – nie zawsze można oczekiwać w Bangladeszu. Zachwyca go także przyroda Suwalszczyzny, jeziora i bliskość Litwy. Z uśmiechem dodaje, że suwalskie dziewczyny należą do najpiękniejszych w Polsce.

Jednocześnie nie ukrywa, że każdego dnia tęskni za matką. Od 4 lat nie był w domu. Czeka na nową kartę pobytu, która pozwoli mu wyjechać bez obawy, że nie będzie mógł wrócić do Polski. Kiedy ją dostanie, chce spędzić z rodzicami miesiąc albo dwa. Nie planuje jednak zostać na stałe. Wie, że będzie musiał wrócić do pracy.

Jego przyszłość również jest już w pewnym sensie zaplanowana. Rodzice szukają dla niego żony w Bangladeszu. Nie protestuje. W jego rodzinie to naturalne, że to matka i ojciec wybierają kandydatkę, wierząc, że znają swoje dziecko lepiej niż ono samo. Ismail prosił jedynie o 2 lata. Chce najpierw odłożyć pieniądze, wybudować mieszkanie, a dopiero później założyć rodzinę. Nie wyobraża sobie, że mógłby zostać w Polsce na zawsze z polską żoną. Jako jedyny syn czuje, że jego miejsce jest ostatecznie przy rodzicach. — Ale teraz jestem naprawdę szczęśliwy. Wszystko, po co przyjechałem do Polski, powoli się spełnia. ***