Każde miejsce jest jednocześnie całym światem i każdy człowiek jest światem samym w sobie. (Amos Oz)
Próżno szukać na mapie nadbużańskiego Podlasia podobnego miejsca. Odrestaurowany ponadstuletni młyn zbożowy w Sławatyczach pełni dziś funkcję lokalnego centrum kultury, gdzie spotykają się tradycje historycznego pogranicza, które łączy, a nie dzieli.
Wróciliśmy do siebie — przyznaje Dorota Szmydko-Kolejko, która wraz z mężem Leszkiem w 2014 r. kupiła podupadły młyn w jej rodzinnych Sławatyczach. — To wieś mojego dzieciństwa i młodości. Pamiętam doskonale ten obiekt przy końcu ulicy Włodawskiej, zanim całkowicie popadł w ruinę. A z opowieści mamy i dziadków wiem, że miał piękną, ale i tragiczną historię.
W poszukiwaniu korzeni
Zanim zanurzymy się w tej historii, trzeba wspomnieć o powodach, dla których gospodarze siedliska na nowo odkryli Sławatycze, zawróciwszy ze świata nad ich ukochaną rzekę. — Po studiach w Warszawie przemieszczaliśmy się to tu, to tam, jak Cyganie, szukając swojej przystani — wspomina pani Dorota. — Mieszkaliśmy przez krótki czas w Londynie, potem w Wisznicach, w Bordziłówce, a w roku 2018 osiedliśmy nad Bugiem w rodzinnej wiosce. Spacerowaliśmy tymi samymi ścieżkami wzdłuż Bugu, które jako dziecko wydeptywałam bosymi stopami, spędzając niewinny czas nad rzeką z moim rodzeństwem i ferajną z sąsiedztwa. Jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Dlaczego we wsi, w której przed wojną ponad pięćdziesiąt procent mieszkańców stanowiła ludność żydowska, tak mało wiemy o jej losach. Znaczącym momentem była dla nas rozmowa z mieszkanką Sławatycz, która opowiadała, jak w latach 70. na dawnym kirkucie przy ulicy Polnej młodzież rozbiła pole namiotowe. Ci młodzi ludzie nie mieli pojęcia, że biwakują na ziemi pełnej szczątków.
Bo tu spoczywają wymordowani w czasie II wojny światowej, zgładzeni indywidualnie i w masowych egzekucjach. (…) Zrównane z ziemią ciała w osłonie powłóczystych traw, wsłuchują się w świergot nasyconych kolorowymi piórkami przebojowych śpiewaków, eksponujących swój kunszt głosowy. Odrosty dzikich krzewów, płożących się bujnych zielsk i różnorakich chaszczy, spętlonych łąkowym powojem i wszechobecnym bluszczem, studzą funeralny nastrój triumfujące smukłe jarzębiny. (…) Jak milczenie Boga zdumiewa do głębi, tak i to absolutnie przez nikogo nie odwiedzane cmentarzysko liczy na sporadyczne odruchy ludzi dobrej woli… – ubolewał z emfazą Krzysztof Gruszkowski w pamiętnikarskiej książce Moje Sławatycze. Ludzie dobrej woli wreszcie się pojawili…
— Od 20 lat interesowałam się historią nadbużańskich Żydów — opowiada Pani Dorota. — Dzięki mojej nauczycielce historii z podstawówki poznałam Alana Metnicka, amerykańskiego artystę, którego rodzina ze strony mamy pochodziła ze Sławatycz. Jego dziadkowie wyemigrowali przed wojną do Stanów Zjednoczonych, a on urodził się już w Chicago. W 2004 roku po raz pierwszy przyjechał do Polski, szukając śladów swoich przodków. Nawiązał wówczas kontakt z ostatnimi żyjącymi Żydami sławatyckimi. To z jego inicjatywy, przy współpracy z Fundacją Nissenbaumów, udało się ogrodzić teren żydowskiej nekropolii. Stopniowo przybywało macew, odkrywanych na tutejszych posesjach — kontynuuje właścicielka siedliska.
— Alan Metnick często u nas bywa i za każdym razem towarzyszy mu ktoś z jego rodziny, kto chce poznać kawałek ojczyzny krewnych. Fotografie i grafiki naszego gościa, dokumentujące Zagładę, prezentowane m.in. na wystawach w Biłgoraju, Zamościu, Krakowie czy Muzeum Polin w Warszawie, możemy dzisiaj oglądać w naszym młynie. Szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy upamiętnić dziedzictwo żydowskich mieszkańców Sławatycz, którzy wnieśli ogromny wkład w ich rozwój gospodarczy i kulturowy. Tak się złożyło, że ówczesny wójt gminy powiedział nam o starym młynie, który mieszkająca w Irlandii właścicielka chciała sprzedać. Czas był dla niego nieubłagany. Dach się zupełnie zapadł. Dawny magazyn i olejarnia w bocznych skrzydłach pozostały tylko wspomnieniem. Właścicielka nie chciała dużych pieniędzy. Nie zastanawialiśmy się długo, zdając sobie jednocześnie sprawę, że przed nami ogrom pracy i wyrzeczeń. Serce wzięło górę nad rozumem. Od tamtego czasu, gdy w naszych głowach pojawi się jakiś szalony pomysł, powtarzamy sobie: uważaj na marzenia! Mogą się spełnić… — śmieje się pani Dorota.

Młyn Kultur
W 2016 r. gospodarze siedliska powołali Fundację Młyn Kultur, która zajęła się rewitalizacją tego wyjątkowego obiektu, dając mu drugie życie.
Młyn Kultur to projekt powstały z marzeń i tęsknoty za kawałkiem własnego świata, w którym czas płynie wolniej, powietrze pachnie nadbużańskim mokradłem, gdzie łączenie tradycji z nowoczesnością jest możliwe i ciekawe zarazem – czytamy w roczniku „Nadbużańskie Sławatycze”, na którego kartach nowi właściciele młyna opowiadają o swojej życiowej przygodzie.
Cofnijmy się o całe stulecie… Młyn zbożowy w Sławatyczach został wzniesiony w 1911 r. Należał do Moszego Apelberga – jednego z najbogatszych mieszkańców miejscowości, którego współcześnie można by określić mianem przedsiębiorcy i biznesmena. Dawniej był to młyn wodny, ale w 1939 roku kamień młyński obracany był [już] przez silnik parowy. Kocioł, w którym wytwarzano parę, opalano drzewem. Para napędzała również generator elektryczny. Dom bogatego młynarza wyróżniał się tym, że był jedynym domem oświetlanym elektrycznością, jedynym zbudowanym z cegły, a także jedynym – z wyjątkiem posterunku policji – w którym był telefon – wspominał przedwojenny mieszkaniec sławatyckiego sztetla Henry L. Gitelman.
— Przeszukując archiwa, dotarliśmy do bardzo ciekawych dokumentów. Na projekcie z 1924 roku młyn prezentuje się imponująco — mówi z podziwem pani Dorota. — Trzy kondygnacje budynku na planie prostokąta, obszerna maszynownia, magazyn i olejarnia. Wokół dwa domy drewniane, kryte gontem, stajnia i obora, a także ogród warzywny i sad oraz studnia, po wojnie zasypana, ale dziś przez nas odrestaurowana.
Z lokalnych periodyków dowiaduję się, że właściciel młyna, świadomy narastającego kryzysu i nastrojów antyżydowskich w Europie, zdążył wyemigrować wraz z rodziną za ocean. W 1940 r. młyn, jako mienie pożydowskie, został skonfiskowany przez administrację niemiecką i przeszedł pod Zarząd Nieruchomości przy Starostwie Komisarycznym w Białej Podlaskiej. Po wyzwoleniu zaś stał się własnością Państwowego Funduszu Ziemi i trafił w dzierżawę Leokadii Kędzierskiej i Jana Kozioła. Potem przejęło go Rejonowe Przedsiębiorstwo Młynów Gospodarczych w Chełmie. A po 1989 potomkowie dawnych dzierżawców ponownie stali się gospodarzami sławatyckiego młyna, jednak powrót do dawnej świetności okazał się niemożliwy. Obiekt, który dawniej był wzorcowym przykładem budownictwa przemysłowego, stopniowo popadał w ruinę i niepamięć. I choć w 2009 r. znów zmienił właściciela, to degradacja budynku, maszyn i otoczenia postępowały. Aż do 2014 r.

Ocalone dziedzictwo
— O naszych zmaganiach z renowacją młyna można napisać opasłą książkę — podkreśla pani Dorota. — Zależało nam na tym, by zachować jak najwięcej z oryginalnej tkanki obiektu. Pod okiem konserwatora zabytków Jana Maraśkiewicza zrekonstruowaliśmy wschodnią i zachodnią dobudowę. W tym celu kupiliśmy 120 ton cegły pochodzącej ze starych cegielni i z kilkunastu rozbiórek, które cierpliwie penetrował mój mąż Leszek. Ściany trzeba było najpierw wyczyścić, bo były białe od mąki, a następnie zaimpregnować. Doświadczony tutejszy stolarz podpowiedział nam, jak to zrobić bez użycia chemii. Wykorzystaliśmy olej lniany, wytłoczony w nowej olejarni, usytuowanej w miejscu dawnego magazynu. Olej w połączeniu z terpentyną i woskiem posłużył również do zabezpieczenia starych maszyn i urządzeń młyńskich, a także drewna konstrukcyjnego, które – według relacji najstarszego byłego pracownika młyna – pochodzi z Syberii.
Prace remontowe ukończono ostatecznie w 2022 r. Od tego czasu młyn tętni życiem, pełniąc funkcję lokalnego centrum kultury i dialogu.
— Organizujemy tu wydarzenia kulturalne dla dorosłych i dzieci. Warsztaty obejmują niezwykle różnorodną tematykę: od sensoryki, przez tłoczenie oleju i zielarstwo, aż po koncerty charytatywne. Wspieramy również lokalnych wytwórców, korzystając z ich produktów – dżemów, miodów, pieczywa czy mąki – a także prowadząc warsztaty pieczenia chleba, podczas których uczestnicy mogą poznać tradycyjne sposoby jego przygotowania — wylicza pani Dorota.

— Nasz młyn jest również miejscem otwartym na lokalną społeczność. Gościmy uczestników terapii zajęciowej z Dziennych Domów Opieki, a także rowerzystów zwiedzających Nadbużański Szlak Rowerowy. Jako miejsce przyjazne rowerzystom, potwierdzone odpowiednim certyfikatem, chętnie witamy tych, którzy przemierzają nadbużańskie okolice na dwóch kółkach. Prowadzę również zajęcia jogi wg metody B.K.S. Iyengara oraz relaksacyjne i terapeutyczne masaże dźwiękiem przy użyciu mis tybetańskich. W weekendy organizowane są tutaj bankiety oraz różnego rodzaju imprezy okolicznościowe. Przez pewien czas działała również restauracja, która cieszyła się dużym powodzeniem. Jej prowadzenie było jednak niezwykle wymagające. W pewnym momencie świadomie zdecydowaliśmy się więc z niej zrezygnować, żeby móc bardziej skoncentrować się na warsztatach, kulturze i innych działaniach, które są nam bliższe i dają większą przestrzeń do samorealizacji. Ważny jest dla nas też szacunek do tego budynku. Nie chcemy maksymalizować jego wykorzystania za wszelką cenę, bo taka intensywność z czasem może być dla niego po prostu szkodliwa. Wolimy organizować sporadyczne wydarzenia i dopieszczać je w każdym szczególe, zamiast robić ich jak najwięcej. Dzięki temu możemy korzystać z tego miejsca w sposób, który nie zaburza jego charakteru i pozwala zachować odpowiedni poziom szacunku do przestrzeni. Jesteśmy przecież w samym centrum wioski i bardzo zależy nam na dobrych relacjach z sąsiadami. Chcemy po prostu, żeby wszystkim dobrze się tutaj żyło. Zależy nam też na tym, żeby ludzie, którzy do nas przychodzą, czuli się tu dobrze i mieli poczucie, że są mile widziani — podsumowuje właścicielka sławatyckiego siedliska. — No i nikt od nas głodny nie wyjdzie! — dodaje ze śmiechem. Potwierdzam. Smak drożdżówek z mąki orkiszowej z antonówkami z nadbużańskiego sadu, w którym zastygło lato, będzie za mną „chodził” przez długie tygodnie…
Sława Młyna Kultur wykracza daleko poza krainę Bugu. Ci, którzy doświadczyli gościnności gospodarzy, dzielą się opiniami w internecie i w księdze pamiątkowej wyłożonej w młynie. Otwiera ją cytat z Josepha Conrada: Iść za marzeniami i znowu iść za marzeniami, i tak zawsze aż do końca. A dalej płyną pełne zachwytu opowieści gości…
Niewielka miejscowość, na uboczu, a tu taka niespodzianka. Po prostu rewelacja, pięknie utrzymane miejsce, zachowane elementy wyposażenia młyna, super klimatyczne, czyściutkie, jak z bajki. Obsługa level master i bardzo dobre jedzenie.
Fantastyczni gospodarze, którzy scalają społeczność Sławatycz i nadbużańskiego Podlasia, udowadniając, że porozumienie i dialog są możliwe mimo dzielących nas różnic…
Dawniej to miejsce też łączyło ludzi. Jak pisał przywoływany już H.L. Gitelman: Ludność sztetla Sławatycze oraz sąsiedniej okolicy składała się z Żydów, katolików (Polaków), prawosławnych (Białorusinów, Ukraińców) i ewangelików. Narodowość nie odgrywała wśród ludności większej roli. (…) Językiem oficjalnym, którym się posługiwano, był język polski. Na wsiach jednak chłopi używali dialektu, który określali „po prostu”, co oznaczało mowę prostą i nieskomplikowaną.
— Tu ramię w ramię żyli, pracowali, modlili się i bawili przedstawiciele różnych nacji, tworząc wielobarwną mozaikę kultur i religii. Bug też należał do wszystkich. Dzisiaj jednak dzieli i odstrasza, szczelnie odgrodzony od świata zasiekami i śledzony okiem tysięcy kamer. To jest dramat — wyznaje moja rozmówczyni. — Wytrzebiono drzewa, codziennie wykasza się nadbrzeżne łąki. Serce pękało, kiedy noce rozdzierał krzyk konających w męczarniach zwierząt, które zaplątały się w concertinę… Nie ma już rzeki mojego dzieciństwa, która była całym moim światem… Ale ja Bugu nie zostawię. Wierzę, że przyroda szybko się odrodzi.
— Rzeka nie zna granic. Tylko człowiek je stawia. Ale może jeszcze potrafimy je zburzyć. Zacznijmy od tych w sobie — pośród ciszy sierpniowego popołudnia dochodzi do nas głos malarza Stanisława Baja, mieszkającego prawie że po sąsiedzku, którego Bug na Sugrach też został odarty z jego pierwotnego piękna.
Może jednak nie wszystko skończone? Może ten Bug, „wypływający z wieczności”, jak pisze o nim Andrzej Stasiuk, ta rzeka o mrocznej toni, zaświeci jeszcze czystym błękitem, odbitym z nieba, i kamień gniewu przemieni w gwiazdę zaranną? ***
