„Nadal nie znamy odpowiedzi na tak wiele pytań. Być może jesteśmy ubożsi o hipotetyczne wyjaśnienie albo też bogatsi o kolejną tajemnicę. A czy to nie jest co najmniej równie piękne?” (Peter Wohlleben, Sekretne życie drzew).
TEKST: Monika Mikołajczuk FOTO: Sylwia Tarkowska
Niewielka wieś Strachów, w objęciach Bugu i Liwca, dla Kasi i Marka stała się drugim, wytęsknionym domem, który odmienił ich poukładane życie w mieście. — Nigdy nie jest za późno na zmiany — przekonują właściciele siedliska, zapraszając do swojej cichej przystani pośród sosen, paproci i mgły.
Pomysł na zakup wiejskiej działki pojawił się kilka lat temu, jeszcze przed pandemią, która uruchomiła boom na własne siedliska niedaleko miejskich aglomeracji. Inspirowały ich miejsca, które sami odwiedzali. Ale zanim podjęli konkretne działania, upłynęło sporo czasu, gdyż trzeba było najpierw siebie przekonać i… odważyć się. — Zależało nam na tym, by wymarzona działka była na pograniczu lasu i łąki — opowiada Kasia — blisko Warszawy, nad rzeką, w której mógłby pływać nasz pies.
— Żona wstępnie przesiała ogłoszenia z obszaru Mazowsza, a ja zaznaczałem na mapie te warte sprawdzenia — wtrąca Marek. — Wzięliśmy pod uwagę dwie lokalizacje, i ten drugi wybór w pobliżu znanych nam Urli, pomiędzy Wyszkowem a Łochowem, okazał się tym szczęśliwym — dodaje.
Kiedy dziś wracają wspomnieniami do tamtego czerwcowego wieczoru sprzed czterech lat, odżywa w nich ten sam entuzjazm, podszyty oczekiwaniem na wielką przygodę. Ale i tajemnicę. — Pamiętam, że przedzieraliśmy się przez krzaczastą gęstwinę czeremchy, stanęliśmy obok siebie na łące w świetle dogasającego dnia. Było upalnie, firletki, kępy krwawnicy fioletowiły się w oddali. Pachniało żywiczną sosną… W pewnym momencie spojrzeliśmy na siebie i to ja pierwsza wyznałam: „To jest to miejsce. Ono na nas czekało”. Uff – odetchnęłam – byliśmy z Markiem jednomyślni. Przede wszystkim nie dowierzaliśmy, że ten widok na starorzecze Liwca może być nasz, szczególnie że – wydawałoby się – był to dopiero początek aktywnych poszukiwań.
Dom jak szkatułka
— Nazywali nas bohaterami — śmieje się Kasia. — Albo wariatami, pozytywnie nakręconymi — dodaje Marek. — Za efekty naszej pracy i twórcze zaangażowanie miło było słyszeć słowa uznania pierwotnych właścicieli i okolicznych, świeżo zaprzyjaźnionych mieszkańców. Od początku zakładaliśmy, że nie zatrudniamy żadnej firmy, która zrobiłaby to za nas. Trzeba było uporządkować teren i wyłuskać z zastanej przestrzeni to, co w niej najcenniejsze, jednocześnie nie naruszając ekosystemu — tłumaczy Kasia. — A najcenniejsze są drzewa, pomiędzy którymi stanął nasz dom. Wielu odwiedzającym nas gościom wydaje się, że był tu od zawsze, że musiał dorastać wraz z sosnami i brzozami… Tak się do nich upodobnił…
— W tej metaforze nie ma przesady — mówi Marek. — Projekt był bardzo przemyślany, zgodnie z koncepcją kształtowania domu niczym ergonomicznej szkatułki. Bardzo spójna forma zewnętrzna i dopieszczone w każdym szczególe wnętrze, przypominające zawartość unikatowego puzderka. Tam, gdzie potrzeba, przestrzeń jest domknięta przegrodami skrywającymi funkcje, a gdzie indziej otwiera się przed nami i uwalnia w górę. Uduchowiona estetyka poddana rygorom racjonalnego planowania. W naszym przypadku ten mariaż wypada doskonale, szczególnie gdy oprócz wygody rejestrujesz pewien pierwiastek niezwykłości albo doświadczasz większej przestrzeni na myśli — puentuje właściciel siedliska.
Jego architektoniczne studia i praktyka owocowały na każdym etapie projektu i współpracy z doświadczonym wykonawcą. — Wymarzyliśmy sobie mały domek do spokojnego odpoczynku we dwoje, z antresolą, nastrojowym kominkiem, z oknami otwierającymi się na różne widoki. I oczywiście z dużym tarasem na przedłużeniu leśnego salonu, z którego można podziwiać krajobraz — wyjaśnia Marek. — Precyzyjnie usytuowana bryła wtapia się w tkankę okolicy, nie konkurując kolorystyką ani fakturą. To, co widzisz w środku, jest odzwierciedleniem naszej wizji stworzenia wnętrza na miarę potrzeb konkretnego człowieka, z dbałością o jego dobrostan. Staraliśmy się zachować balans pomiędzy trwałością, użytecznością i pięknem tego obiektu, co – mamy nadzieję – przekłada się na odczucia naszych gości — precyzuje. — Kasia zdecydowanie określiła, że nie chce domu w kształcie „nowoczesnej stodoły”, bo takich jest wysyp. To miało być miejsce dopasowane, spójne pod kątem formy i treści, gdzie granice pomiędzy tym, co na zewnątrz, a tym, co w środku, się zacierają. Miejsce, w którym są nasze emocje i uczucia — uzupełnia Kasia.
A tych emocji było bardzo wiele. — Ten etap w naszym życiu okazał się prawdziwym małżeńskim poligonem — przyznają zgodnie. — Wiele nowego dowiedzieliśmy się o sobie: co jest mocną stroną każdego z nas, ale też, co słabością. Bardzo się różnimy. Ja szybko, wręcz spontanicznie, podejmuję decyzje, Marek wprost przeciwnie. Jest bardzo skrupulatny i rozważny, ale – mimo tych skrajności, a może też dzięki uzupełnianiu się – udało nam się stworzyć klimatyczną oazę, którą chcemy dzielić się z innymi — opowiada Kasia. — Od początku wiedzieliśmy, że dom będzie przeznaczony dla dwojga ludzi plus zwierzaki, o ile nie interesują się kopaniem dołków w ogrodzie — zastrzega ze śmiechem.

Słońce w kajaku
Liwiec i Bug nieodmiennie kojarzą się z turystyką kajakową. Nie dziwi więc obecność kajaka w ich domu. Zawieszony pod sufitem dwukondygnacyjnego salonu pełni rolę lampy rozświetlającej to przytulne wnętrze. — Trafiliśmy do manufaktury „Miasto Szkutnia”. Chodziło nam o płócienny kajak z drewnianym szkieletem, bo plastikowy całkowicie odpadał — relacjonuje Marek. — Właściciele zaproponowali nam udział w warsztatach, by samemu go zbudować, ale nie mieliśmy na to czasu ani budżetu. Szczęśliwie znalazło się alternatywne rozwiązanie, gdyż pod sufitem hangaru od kilku lat, nieco zakurzony, czekał na nas „właśnie ten” – pierwszy model zbudowany w tej szkutni. I oto miał szansę na godne miejsce u nas – w specjalnie dla niego tworzonym „pawilonie pokazowym” — żartuje Marek. Od momentu zakupu kajak czekał jeszcze półtora roku na odbiór, aż trafił do swojej przystani…
— Idealnie wpasował się w wizję naszego przyszłego siedliska — zauważa właściciel „Przystani w Oknie”. — Finalnie ten użytkowy przedmiot stał się kluczowym eksponatem – wysmakowaną ozdobą naszego domu. Przenicowany miękkim światłem popołudniowego słońca tworzy niesamowity nastrój, który udziela się domownikom — podkreśla. A co w oku się nie zmieści, To się w duszy rozszeleści! — podpowiada mu Leśmian, bo pod tym kajakiem upływają im niespieszne noce i dnie, kiedy nic nie zakłóca ciszy. Jest tylko szum sosen za oknem, śpiew ptaków i szepty nieodkrytych jeszcze istnień. W takich chwilach czują się uprzywilejowani i wdzięczni, że to miejsce ich wybrało.
— Uwielbiam poranki z kawą na tarasie i wieczory o zachodzie słońca na hamaku. Spacery nad Liwiec z naszym ukochanym psem. Jagody i grzyby zbierane parę kroków stąd — nie kryje zachwytu Kasia. — I te wszystkie stworzenia, które przychodzą na łąkę: sarny, łosie, lisy, zające, bażanty, bociany i żurawie — wylicza. — To tutaj po raz pierwszy w życiu usłyszałem derkacza i wibrujący dźwięk bekasa-kszyka — dodaje z entuzjazmem odkrywcy Marek. — Tych szczególnych momentów dostarcza nam sąsiedztwo z dziką, tak zwaną mokrą łąką — dopowiada.
Te chwile uważności, wykradzione z chaosu współczesnego świata, zdefiniowały nazwę ich siedliska. „Przystań w Oknie”, a więc zatrzymaj się, zauważ małe cuda wokół siebie, takie, których na co dzień nie widzisz, żyjąc w mieście. — Nazwa jest wieloznaczna, tak jak architektura tego domu, skrywająca różne niuanse formy, materiałów i doznań — precyzuje Marek. — Każdy zinterpretuje ją po swojemu.
Zabierz drugą połówkę i po prostu Przystań w Oknie – napisali na stronie internetowej, zapraszając w progi ich leśnego sanktuarium. Na odzew nie musieli długo czekać. I choć siedlisko dopiero od roku przyjmuje gości, mają już stałych bywalców. Ich opinie mówią same za siebie:
Właśnie wróciliśmy z pobytu w Przystań w Oknie i jesteśmy szczerze zachwyceni. Udało nam się tam bardzo odpocząć, dzięki pięknym widokom, otoczeniu natury, ale przede wszystkim dzięki niesamowicie zorganizowanemu i wyposażonemu domkowi. Gospodarze stanęli na wysokości zadania i dopięli w domku wszystko na ostatni guzik. Widać i czuć, że włożyli w to bardzo dużo pracy. Jest to idealne miejsce dla wymagających gości. Na pewno będziecie zadowoleni z pobytu. My będziemy wracać!
Wspaniałe miejsce na oddech od miejskiego zgiełku i odprężenie głowy, zarówno na weekend, jak i o kilka dni więcej. Domek jest bardzo przytulny i świetnie wyposażony. Miejsce, w którym od razu się zatapiasz, ponieważ jest tak przyjazne, ciepłe i domowe. Domek jest na końcu drogi, lokalizacja zapewnia spokój i prywatność. Nasz pobyt był w miesiącu zimowym, natomiast chatka ewidentnie oferuje inne doznania i przyjemności o każdej porze roku. Romantyczny kominek i spacer wzdłuż zamarzniętego Liwca mamy już za sobą. Mamy nadzieję sprawdzić także inne pory roku. Właściciele i kontakt fantastyczny(!).
Jedno z tych miejsc, gdzie po pierwszych 20 minutach czujesz, jak całkowicie się odprężasz. Las, cisza, sarenki za oknem, dokładnie to, czego szukaliśmy! Sam dom jest bardzo dobrze przemyślany pod kątem projektu i funkcjonalności. Widać, że ktoś tu naprawdę myślał, a nie tylko składał gotowe rozwiązania. Ciepłe wnętrze, dobre oświetlenie, szczegóły, które zauważasz stopniowo i doceniasz. Gospodarze reagują błyskawicznie i zadbali o każdy detal pobytu, zanim zdążyłeś pomyśleć, że czegoś brakuje. Polecamy każdemu, kto potrzebuje prawdziwej odskoczni od codzienności.
Smakować życia sok
Wiosna w Strachowie dopiero się budzi. Na łące skrzą się brylanciki rosy. A ogród Kasi i Marka wysyła subtelne sygnały, że za kilka tygodni będzie tu prawdziwy raj. — Zależało nam na tym, by nowo nasadzone byliny i cebulki kwiatów nie kłóciły się z leśną roślinnością — tłumaczą. — Wszystko w różowofioletowych odcieniach, które współgrają z zielenią krzewów i drzew. Wiele zawdzięczam mojej mamie, która zupełnie nieświadomie zaszczepiła mi miłość do kwiatów (choć wcześniej nie zapowiadało się na to). Dużo roślin dostaliśmy w prezencie od Państwa, od których kupiliśmy działkę — wyjaśnia Kasia, oprowadzając po królestwie pysznogłówek, kocimiętek, szałwii, hortensji, werben, tawuł i wrzosów. Od późnego lata królują tu trawy ozdobne – falujące na wietrze wzdłuż drewnianych kładek tarasowych. Pomiędzy wysepkami wykluwających się z ziemi pnączy przemykają kosy, w tle zaświeci ruda grzywka wiewiórki, zadźwięczy hipnotyzujący śpiew dzięcioła czarnego…
— Nigdy nie żałowaliśmy decyzji o zakupie i tworzeniu tego siedliska. Mimo że włożyliśmy weń mnóstwo pracy, natura odwdzięcza się nam każdego dnia — deklarują właściciele „Przystani w Oknie”.
Do lasu idę, bo przytomnie pragnę żyć/Smakować życia sok, wysysać z kości szpik/Co nie jest życiem, wykorzeniam/by kiedyś martwym nie umierać – cytuję w myślach Thoreau i jego Walden, czyli życie w lesie, bo nie znajduję lepszej puenty dla historii Kasi i Marka, a ta jest czymś więcej niż tylko przygodą. Smakować życia sok, by kiedyś martwym nie umierać… Czy ja tak potrafię? Pytam siebie w drodze do domu, zerkając w boczne lusterko auta, w którym machają mi na pożegnanie. ***

Artykuł pochodzi z 39. numeru Krainy Bugu.