Leninów w Kirgistanie jest wielu. Nie zawadzają nikomu. Przeszkadzał tylko ten na głównym placu w stołecznym Biszkeku. Postawiono go tam w wigilię pieriestrojki. Plac nosił imię Lenina, był jednak pusty. Akurat mijało sześćdziesiąt lat od utworzenia Kara-Kirgiskiego Obwodu Autonomicznego, zalążka radzieckiej Kirgizji. Jubileusz postanowiono uczcić Leninem.

TEKST: Emilia Sułek FOTO: Danil Usmanov

Włodzimierz Iljicz stanął na postumencie i z wiarą spoglądał w świetlaną przyszłość, która zaraz miała się skończyć. Rękę wznosił w kierunku gór Ałatau Kirgiskiego, których śnieżny grzbiet wyrasta na południe od miasta.

Był rok 1984.

Siedem lat potem Kirgizja była już niepodległym Kirgistanem.

Plac Lenina przemianowano na Plac Ałatau. Lenin stał jednak nadal. Askar Akajew, pierwszy prezydent Kirgistanu, objął nawet pomnik ochroną. Dopiero w 2003 r. Leninowi dobrano się do skóry. Pod pretekstem remontu pomnik zdjęto. Zastąpiła go unosząca się na kuli ziemskiej skrzydlata Erkindik, kirgiska bogini wolności.

Wolność nie wzięła się znikąd.

Stała wcześniej na miejscówce zabranej Feliksowi Dzierżyńskiemu u szczytu Bulwaru Erkindik, czyli Bulwaru Wolności. Ta szeroka promenada łączy dworzec kolejowy z centrum.

Na ławkach siedzą pary szukające romantyki. Dziadkowie z wnuczkami jedzą lody. Co bardziej utrudzony taksówkarz drzemie w trawie, kołysany do snu ciurkaniem wody w arykach. Biszkek zbudowano zmyślnie. Aryki, niewielkie kanały biegnące z gór, nawadniają miejską roślinność, liczne parki dają schronienie przed skwarem środkowoazjatyckiego lata.

Dzierżyński musiał odejść. Jego miejsce zajęła Erkindik.

W Dzień Niepodległości, 31 sierpnia 1999 r., prezydent Akajew przedstawił ją obywatelkom i obywatelom: „To symbol naszego marzenia o posiadaniu własnego państwa. Pomnik ku czci wolności oraz wszystkich, którzy za nią walczyli”. Te słowa nie odnosiły się do niepodległości, bo ta przyszła bez walki. Odnosiły się do wydarzeń batkeńskich.

W lipcu tego samego roku do prowincji Batken na południu kraju wtargnęli bojownicy Islamskiego Ruchu Uzbekistanu. Ta radykalna formacja, zakazana w Uzbekistanie, operowała głównie z Tadżykistanu. Jej celem było obalenie rządu w Taszkencie i utworzenie kalifatu islamskiego.

Bojowników rozgromiono, kryzys batkeński położył się jednak cieniem na pierwszą dekadę niepodległości Kirgistanu.

Kiedy z Placu Ałatau zabrano wreszcie Lenina, miejsce po nim trzeba było jakoś zapełnić. Wolność zrobiono większą i jak w szachach przesunięto na nowe pole. Tam jednak kłuła w oczy polityków tęskniących za ZSRR: zdjąć Lenina, a zamiast niego postawić skrzydlatą kobietę, to jednak obraza majestatu.

Przeciwnicy Akajewa sarkali, że Erkindik ma twarz jego małżonki. Narzekali, że bogini jest niestosownie odziana. Wprawdzie miała tunikę do kostek, żadnych rozcięć ani dekoltu, ale przez materiał odznaczały się jej muskularne piersi. Najbardziej jednak irytowało to, co Wolność trzymała w ręce — tündük.

Tündük to lufcik w sklepieniu jurty. Tędy do środka wpada światło, tędy uciekał dym. Drewniany krąg podzielony krzyżującymi się listewkami to centrum jurty, symbol ogniska domowego. Na fladze Kirgistanu na czerwonym tle świeci złote słońce. Jego czterdzieści promieni to czterdzieści kirgiskich plemion. A tarcza słońca to tündük, nawiązanie do koczowniczej spuścizny Kirgizów.

Tündük to jednak rzecz niby męska, bo podczas montowania jurty to zwykle mężczyźni podnoszą go w górę. A tu nagle w samym sercu miasta olbrzymia kobieta dzierży tündük nad swoją wyzwoloną głową, jakby wznosiła go nad całym krajem. Co gorsza, trzyma go w lewej, tej mniej poważanej ręce.

„To skandal! Odetnijcie jej tündük, a potem postawcie ją, gdzie chcecie” – wołali wrogowie Wolności.

Odpowiedzialność za ten skandal ponosi Turgunbaj Sadykow, najbardziej zasłużony rzeźbiarz ­Kirgistanu. Nie umie powiedzieć, czemu Erkindik niosła tündük w lewej ręce.

— A w której miałaby nieść? W prawej? — pyta mnie w swoim gabinecie w Narodowej Akademii Sztuk Pięknych w Biszkeku. — A co robiłaby z lewą?

Urodzony w 1935 r. Sadykow ma na koncie największe nagrody i własne muzeum zawalone pod sufit makietami pomników. Zaprojektował ich tak wiele, że dawno stracił rachubę, co gdzie stoi.

Przed stołeczną filharmonią stoi pomnik Manasa, a właściwie zespół pomników. Wielki wódz z kirgiskiego, podobno najdłuższego eposu świata (jeśli liczyć wersy, nie słowa) unosi się nad ziemią na grzbiecie swojego rumaka, który depce wijącego się po ziemi smoka. Towarzyszy mu małżonka Kanykej, doradca Bakaj i grono zasłużonych manasczy, czyli śpiewaków eposu. I ten pomnik jest późny, wzniesiono go w latach 80. Wcześniej Manas, jak wielu kirgiskich bohaterów, objęty był politycznym embargiem. Władza komunistyczna uparcie twierdziła, że to burżuazyjny szkodnik i nacjonalista.

Starszy niż Manas jest Pomnik Bohaterom Rewolucji. Urkuja Salijewa, młoda komunistka, stoi na wysokim cokole, u jej stóp przycupnął budzący się w świadomości klasowej proletariat.

Salijewa jako siedemnastolatka została sekretarzynią komórki Komsomołu, potem członkinią partii i KC. Kierowała kołchozem w rodzinnej prowincji Osz. Żyła krótko: miała dwadzieścia cztery lata, gdy została zamordowana, we śnie. Był 1934 rok. Jedni historycy twierdzą, że sprawcami byli basmacze, bojownicy walczący z kolektywizacją. Inni – że była to zemsta za działalność Salijewej na polu emancypacji kobiet. Z czasem Salijewa stała się symbolem feminizmu. Co roku 8 marca pod jej pomnikiem odbywają się demonstracje.

Najbardziej niezwykły jest jednak pomnik El Kutu, czyli Skarbiec Narodu. Kompozycja, już z lat niepodległości, przedstawiała dwadzieścia dziewięć postaci kultury i polityki. Był wśród nich prezydent Akajew, byli pisarze, muzycy, jeden filozof i jedna primabalerina.

Pomnik okazał się atrakcyjny z dość przyziemnych powodów. Zasłużone dla kraju głowy osiągały dobre ceny w skupie metali kolorowych. Zaczęły znikać. Resztę zdemontowano, by nie kusić zbieraczy złomu. Sadykow byłby gotów podjąć się renowacji. Miasto nie stać jednak ani na restaurację pomnika, ani na demontaż cokołu.

Skrzydlata Wolność była dzieckiem ery Akajewa, który podkreślał, że Kirgistan to kraj wszystkich jego mieszkańców. Erkindik była inkluzywna, znacznie bardziej niż Manas, który wkrótce wypchnie ją z placu.

Męskie lobby nie zdzierżyło kobiety na pomniku w samym centrum. Padł pomysł, by zastąpić ją Manasem. Mitycznemu wodzowi trudno było stawić opór, choć głosów krytyki nie brakło. Bo to bohater kirgiskiego eposu, a przecież w kraju mieszka wiele nacji. Manas niespecjalnie nadaje się na symbol wieloetnicznego państwa. Poza tym w Biszkeku stał już jeden pomnik Manasa.

Odsłaniając nowy pomnik Manasa – znów w Dzień Niepodległości – premier Ałmazbek Atambajew mówił, że Manas symbolizuje jedność, od której zależy przyszłość kraju.

Kirgistan przeszedł właśnie drugi zawał, czyli drugą rewolucję. Ta pierwsza, w 2005 r., zmiotła z urzędu Askara Akajewa. W tej drugiej, pięć lat później, z pałacem prezydenckim pożegnał się Kurmanbek Bakijew. W 2010 r. południem kraju wstrząsnęły zamieszki etniczne między Kirgizami i Uzbekami. Ulice spłynęły krwią, w prowincjach Osz i Dżalalabad dochodziło do pogromów. Kraj potrzebował jedności. Jej gwarantem miał być Manas.

Erkindik musiała odejść. Porzucono ją gdzieś w krzakach, na podwórku merostwa. Czeka, aż ktoś zwróci jej wolność. Jej mniejsza wersja stoi dziś w mieście Batken, w rodzinnych stronach Sadykowa. To mini-Erkindik – ta, która kiedyś zastąpiła Dzierżyńskiego. Zesłano ją na prowincję, w stolicy nie miała już czego szukać.

Żal rzeźbiarzowi Wolności. W końcu nawet Dzierżyński, który też wyszedł spod jego dłuta, znalazł swój kąt na polityczną emeryturę. Stoi za Biblioteką Narodową. Lenina zaś schowano za Muzeum Historycznym, tam mniej rzuca się w oczy. Rękę wyciąga w stronę parlamentu. Trudno o bardziej wymowny gest – Lenin oddał władzę Kirgizom.

Czemu Kirgizi nie burzą pomników Lenina, pytam Sadykowa. Ktoś policzył, że w całym kraju jest ich prawie dwa tysiące. Rzeźbiarz wzrusza ramionami:

— To duży kraj, miejsca starczy dla wszystkich.

To samo pytanie zadaję Rachat Jusubalijewej, ­założycielce Bishkek Walks. To oddolna inicjatywa zajmująca się pieszymi wycieczkami i ochroną architektonicznego dziedzictwa stolicy. Radzieckie mozaiki łuszczą się, fontanny rdzewieją, witraże tracą kolor. Ale pomniki Lenina trzymają się mocno.

— Kirgistan szczyci się pluralizmem. Zwłaszcza w pierwszych latach niepodległości Akajew budował na tym markę naszego kraju — odpowiada Rachat.

Askar Akajew był pragmatykiem. W chwili rozpadu ZSRR jedna piąta ludności radzieckiej Kirgizji – prawie milion – to byli etniczni Rosjanie. Tylko co druga osoba była narodowości kirgiskiej. Resztę stanowili Uzbecy, Ukraińcy, Niemcy i inne nacje. Świadom tego, że wyjazd tysięcy wykwalifikowanych pracowników osłabi młode państwo, Akajew postawił na inkluzywność. W sąsiednich republikach pomniki Lenina burzono lub przenoszono do skansenów komunistycznej starzyzny. Biszkek poszedł inną drogą.

— Kirgistan nie miał takiej odwagi jak Uzbekistan, który radykalnie rugował ślady radzieckiej przeszłości — mówi Rachat.

Taszkent wymazywał przeszłość tak pilnie, że likwidowano nawet ulice Puszkina i Achmatowej. W Biszkeku najważniejsze ulice dostały nowe nazwy, ale ludzie i tak mówią po staremu: Bulwar Erkindik to wciąż dla wielu Dzierżynka.

Główne dzielnice mają w nazwie 1 Maja oraz rewolucję październikową, noszą imię Lenina i bolszewika Jakowa Swierdłowa. Kirgiski parlament regularnie podejmuje temat nazw dzielnic. Po srogiej nocie dyplomatycznej z Kremla dyskusja cichnie.

Rachat życzyłaby politykom więcej odwagi.

— Jeśli taki bandyta jak Dzierżyński wciąż musi straszyć przechodniów w naszym kraju, powinno się przynajmniej dodać tablicę informacyjną i umieścić tego człowieka w kontekście.

Są jednak i dobre strony kirgiskiego podejścia do pomników. W kraju widać proces oddolnej dekolonizacji, innej niż ta, która idzie z góry, jak u bardziej autorytarnych sąsiadów. Leninów w Kirgistanie się nie burzy, ich się przesuwa. Obok nich wyrastają z ziemi zastępy nowych – a właściwie starych, bo przedkomunistycznych – bohaterów. Nie funduje ich państwo, ale obywatele.

W niemal każdej wsi stoi dziś jakiś pomnik. Mieszkańcy robią zrzutkę, by upamiętnić ważne dla nich postaci. Milczą o nich podręczniki historii, pamięć o nich zachowała się w przekazie ustnym. Kirgistan to królestwo historii mówionej.

Również w Biszkeku odsłonięto pomnik Biszkeka Baatyra, od którego nazwę bierze stolica. Kiedyś była tu twierdza chanatu kokandzkiego, pilnowała szlaków karawanowych na północy dzisiejszego Kirgistanu. Carskie wojsko zburzyło twierdzę, obok niej założono miasto Piszpek, w ZSRR przechrzczono je na Frunze, od nazwiska bolszewickiego generała.

Niepodległy Kirgistan wrócił do starej nazwy. Dziś na górce po dawnej twierdzy rosną chaszcze. Brak pieniędzy na wykopaliska. Zwalisty Biszkek Baatyr kroczy za to przez centrum.

A co z kobietami? One mają pod górkę. Wyjątkiem jest Kurmandżan Datka, królowa Kirgizów z gór Pamiro-Ałaju. To ona rozpoczęła negocjacje z Moskwą i przyjęła rosyjski protektorat w 1876 r., zapobiegając – jak uważa się w Kirgistanie – rozlewowi krwi. Trafiła na kinowe ekrany, pomników też ma parę. Erkindik była zbyt symboliczna. I dokonała zamachu na Lenina.

Wśród tych nowych, oddolnych pomników Rachat życzyłaby sobie więcej kobiet. Pociesza się:

— Może i one kiedyś wypłyną na powierzchnię z mrocznej otchłani dziejów.

Kirgizi w ogóle lubią pomniki. I mają gest. W kurorcie Czołponata nad jeziorem Issyk-kul, gdzie lato spędzają rzesze turystów z Rosji, stoi pomnik Borysa Jelcyna. Jego imieniem nazwano nawet jeden z pomniejszych szczytów. W kraju, który składa się niemal wyłącznie z gór, niewiele to znaczy.

Również Władimir Putin dostał swój wierzchołek. Szczyt Putina często gości w mediach. Po pełnoskalowej inwazji zatknięto na nim flagę Ukrainy. Dwa lata później, w proteście przeciwko homofobicznej polityce Kremla, alpiniści zawiesili tam flagę tęczową. Wyżej niż Putin (jego szczyt liczy 4446 m) dotarł Włodzimierz Iljicz. Szczyt Lenina (7134 m), na granicy z Tadżykistanem, to najłatwiejszy siedmiotysięcznik świata. Formalnie to Szczyt Awicenny, ale w Kirgistanie mało kto tej nazwy używa. Lenin lepiej się sprawdza.

Pomniki w Kirgistanie jakby same wyrastają z ziemi. Co rusz traktor wyryje gdzieś na polu kamiennego bałbała. To kamień wysokości jakichś trzech metrów, ma schematycznie zarysowaną twarz: lekko skośne oko, wąsik, skąpą bródkę. Zastępy bałbałów stoją w parku petroglifów w Czołponacie i niedaleko Tokmoka, gdzie zachował się minaret z XI w., znany jako Burana Tower. Tyle zostało z miasta Bałasagun w średniowiecznym państwie Karachanidów, miasto podupadło po podboju mongolskim w XIII wieku. U stóp minaretu kwitną maki. Armia milczących bałbałów pilnuje budowli. Ze stoickim spokojem kogoś, kto widział niejedno, obserwują teraźniejszość.

Bałbały powstawały przez setki lat, w ramach różnych kultur, na ziemiach od południowej Syberii aż po ukraińskie stepy. Historycy wierzą, że znaczą groby poległych wojów, pełnią funkcje ochronne. Dlatego nie wolno ich przestawiać, ostrzega Rachat:

— Wśród ludzi osiadłych panuje błędny pogląd, że koczownikom brak przywiązania do ziemi. Błędny, bo tam, gdzie cmentarz twych przodków, tam twoja ziemia.

Tak jak bałbały, Leniny są markerami minionych epok. W przypadku Lenina nie aż tak odległych, bo leninoza – ten sowiecki wariant pomnikowej gorączki – zaczęła się dopiero za Nikity Chruszczowa. Od 1956 r. w ramach destalinizacji pomniki Stalina zastępowano Leninem. W radzieckiej Kirgizji pomniki Lenina rozpleniły się szczególnie w latach gospodarczej stagnacji zaraz przed pieriestrojką. Tak jakby obsadzając kraj Leninem, chciano tchnąć nowe życie w powoli rozkładający się system.

Myślenie magiczne nie pomogło. Kirgistan nie jest już częścią ZSRR. Rachat:

— Te pomniki to nagrobki socjalizmu. A grobów się u nas nie rusza. ***

Artykuł pochodzi z 39. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn do kupienia tutaj.