Gdyby stworzyć galerię osobliwości nadbużańskiego Podlasia, brzuchomówca rodem z Jabłonny Lackiej uplasowałby się na wysokiej pozycji, jeśli nie najwyższej.
TEKST Artur Ziontek ILUSTRACJA Artur Blusiewicz
W czasie zaborów sprzedawał rosyjskim żołnierzom mówiącego psa, który z nimi akurat gadać nie chciał, naigrywał się z naczelników wojskowych i urzędowych oficjeli, wywoływał diabła z pieców swoich wierzycieli (tych było sporo), a przebrany za biskupa Szymańskiego wizytował podlaskie gospody – tak w wielkim skrócie prezentowałyby się życiowe „osiągnięcia” Stefana Kosińskiego (1790–1869). Choć warto by jeszcze wspomnieć o Virtuti Militari…
Śladów jego domu próżno szukać – archiwa wskazują jako miejsce urodzenia szlachecki dwór Brygidy z Krasnodębskich i Wojciecha Kosińskich w Jabłonnie Lackiej. W różnych okresach życia związany był także z Poniatowem (wtedy Kutaski), Siedlcami, Białą Podlaską, Ossówką i Husinką. Bywał prawdziwie bogatym szlachcicem udzielającym pożyczek miastom, jak na przykład Węgrowowi, ale był też – i to znacznie dłużej – nieustannym dłużnikiem, opędzającym się od prześladujących go wierzycieli. Gdy ci szturmowali jego majątek, potrafił obłożyć brzuch świńskimi wnętrznościami tłumacząc, że pękł po zjedzeniu dwunastu fasek bigosu. Innym sugerował, że diabeł nimi kieruje, a jego głos wydobywa się z pieca, jeszcze innym, którzy zasnęli znużeni oczekiwaniem na gospodarza, lakował brodę do stołu i oddawał strzał z dubeltówki przez otwarte okno – nieszczęśnik zrywał się, zostawiając długo pielęgnowany zarost na stole.
Rozpisywały się o nim pamiętniki z epoki – od Kajetana Kraszewskiego, przez Hortulanę Annę Kozłowską po św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego i Monikę Żeromską w wieku XX. Pisała o nim polonijna prasa w Kanadzie, Brazylii i Wielkiej Brytanii (nieco mniej rodzima), ale nie w kontekście sprytnego unikania wierzycieli. Prawdziwy rozgłos przyniosła mu sztuka brzuchomówcza. Dziś doskonale kojarzymy, jak to wygląda, jednak w wieku XIX łatwo było znaleźć audytorium, które ślepo wierzyło w prawdziwość przedstawienia.
Sytuacja najczęściej przebiegała mniej więcej tak: Kosiński siedzi w restauracji (Siedlce, Lublin, Biała) z psem. Widząc carskich żołdaków, rozpoczyna swe przedstawienie. Zupełnie naturalnie, jakby to było codzienną rutyną, pyta swego czteronogiego towarzysza, czy coś zje. Pies najczęściej grzecznie odmawiał. Raz tylko zażyczył sobie kotlet. Bywało jednak, że oczekując na posiłek swego pana, czytał gazetę lub książkę (nawet po niemiecku) – oczywiście na głos. Wzbudzało to naturalne zainteresowanie, więc i szybko znajdowali się chętni, by odkupić to cudowne zwierzę. Jedni chcieli mieć nadzwyczajny okaz mówiącego psa, inni kierowali się bardziej szlachetnymi pobudkami – rosyjski oficer chciał ulżyć ojcu w samotności i ofiarować mu znakomitego rozmówcę. Stefan wymawiał się, mówił, że przyjaciela się nie sprzedaje, lecz ostatecznie ulegał zdeterminowanym nagabywaczom. Ci jednak niedługo cieszyli się tanim zakupem niecodziennego okazu. Szybko bowiem okazywało się, że pies, wbrew temu, co widzieli wcześniej, nie chce rozmawiać. Gdy wracali z poczuciem krzywdy, Kosiński fundował im nowe przedstawienie. Pytał psa, czy to prawda, że nie chciał przemówić. Po przytaknięciu padało pytanie o powód. I wtedy pies udzielał odpowiedzi, którą znamy w kilku wariantach. Raz mówił, że „może rozmawiać z każdym, ale nie z Moskalami”, kiedy indziej, że nie zna języka, nie jest przecież poliglotą Mezzofantim.
To najbardziej znany, jednak nie jedyny rodzaj kpin, które kierował wobec zaborców. Sprzeciw wobec nich nie opuszczał go do śmierci. Złośliwość i humor również. Werwę zachował do końca swych dni. Gdy umierał, dał znać władzy carskiej, że zostawia testament, w którym są wielkiej wagi informacje dotyczące powstania styczniowego. Przy jego łożu wystawiono straże, a gdy dokonał żywota, zapowiadany dokument przekazano znanemu okrutnikowi nienawidzącemu Polaków – gubernatorowi guberni siedleckiej Stiepanowi Gromece. Pod pierwszą kopertą – jak pisał Kajetan Kraszewski – było pismo oznajmujące, że to, co druga koperta zawiera, ma być odczytane wobec tylu i tylko osób ważniejszych z urzędników oraz przy asystencji jednego z obywateli ziemskich (jak się okazało, aby był ktoś, co by opowiedział ludziom). Zwołano więc osoby – przystąpiono z największą powagą do odpieczętowania drugiej koperty. Był to arkusz czysty, a na nim ogromnymi literami „Całujcie mię wszyscy w…”. Na to niesłychanie oburzyli się jedni, uśmiechnęli się drudzy, lecz gubernator spostrzegł jeszcze jedno pismo z adresem do siebie. Szukając tam objaśnienia, szybko pieczęć rozerwał i znalazł powtórzenie pierwszej propozycji zastosowane tylko specjalnie dla siebie.
Kosiński zmarł w Siedlcach i pochowany został zapewne na starym cmentarzu u zbiegu Sokołowskiej i Cmentarnej. Dziś w tym mniej więcej miejscu stoi pomnik Lecha Kaczyńskiego. ***
Artykuł pochodzi z 39. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn do kupienia tutaj.