Przełknąłem ślinę i próbowałem udać, że się nie przejąłem.
— Przecież żartuję — rozmyślił się nagle dyplomata.
Nie pozostało mi nic innego, jak krzywo się uśmiechnąć. W głowie przemknęła myśl, żeby zaryzykować dowcip o zabójstwie dyplomaty, ale czasem lepiej przemilczeć.

TEKST Andrij Lubka TŁUMACZENIE Aleksandra Zińczuk

Zapadła niezręczna cisza, którą Serhij Żownir szybko wypełnił:

— Szczególnie delikatnym jest pytanie o Krymskich Tatarów. Można powiedzieć, że tak samo pod ich presją Turcja nie uznaje aneksji Krymu. Przecież po tym, jak rosyjskie imperium okupowało Krym, do osmańskiego imperium uciekła znaczna część Krymskich Tatarów. Żebyście zrozumieli: w dzisiejszej Turcji ponad dwa miliony ludzi nazywa siebie Krymskimi Tatarami. To pokaźna siła, szczególnie gdy brać ich pod uwagę jako wyborców. Jednym słowem, wojna w Ukrainie wpływa na wewnętrzną politykę Turcji, a utrzymanie równowagi władzy jest coraz trudniejsze. Tak więc trzeba przyjąć, że jesteśmy tu pod czujną kontrolą.

Nie zdążyłem przemyśleć słów konsula, bo profesorka dokończyła swoją wypowiedź i wezwała mnie na katedrę. Wyszedłem, przywitałem się ze studentami i rozpocząłem swoją opowieść. Mówiłem po angielsku, aby zaoszczędzić czasu na tłumaczeniu. Zakłopotana fizjonomia wąsatego słuchacza oznaczała, że mało co rozumie.

Jakieś siedem-osiem minut zajęło mi, żeby przyciągnąć uwagę studenckiego audytorium po nudnym referacie profesorki. Zawsze, nawet wtedy, gdy zdarza się, że na moje publiczne wystąpienia przynaglali zaproszeniem lub naganiali publiczność, starałem się robić tak, żeby było ciekawie i żeby na końcu wszyscy wyszli zadowoleni.

Dlatego w moim arsenale znalazły się dwie techniki.

Po pierwsze, kilka żartów na początek, żeby rozluźnić atmosferę i skłonić wszystkich do słuchania. Zazwyczaj zmieniałem pozycję z formalnej na bardziej swobodną: zdejmowałem marynarkę, wychodziłem bliżej publiczności, stojąc, opierając się o stół albo jakkolwiek pokazując, że mówię od siebie, szczerze, bez kartki papieru.

Po drugie, po żarcie trzeba powiedzieć coś głębokiego. Oczywiście, w miarę moich skromnych możliwości. Ale widownia musiała rozumieć, że mimo że jesteśmy tu razem i jesteśmy za pan brat, istnieje coś takiego, czym się od nich odróżniam. ­Osobliwe ­usytuowanie stwarzało tę przewagę, że ja jestem na scenie, a reszta na widowni. Oto opowieść, jaką mogłem się z nimi podzielić.

Historia życia Mychajła Czajkowskiego, awanturnika, bohatera i szarlatana, z którego przemianami ideowymi można było złożyć różę wiatrów całej epoki. No więc nie trzeba mi było długo czarować, aby mojego wystąpienia wszyscy słuchali uważnie.

Biografię człowieka, który w Turcji znany jest jako Sadyk-Pasza, snułem z przerwami, miksując historyczne fakty z własnym doświadczeniem i swoją przygodą poznawania Czajkowskiego. Szczegółowo opowiedziałem o swoich podróżach do miejsc związanych z jego biografią, szczególnie o swym pierwszym przyjeździe do Stambułu i wizycie w domu Czajkowskiego, w którym umarł Adam Mickiewicz, wyjeździe do Polonezköy-Adampola.

Długo pracując nad tym tematem zrozumiałem, jakie dwie rzeczy w Czajkowskim najbardziej ludzi pociągają. Po pierwsze jego zwinność, bowiem zmieniał religie, tożsamość i protektorów niczym motyl skaczący z kwiatka na kwiatek. Urodził się w katolickiej rodzinie jako Michał, potem przeszedł na islam i stał się Sadyk-Paszą, a w końcówce życia „nawrócił się” na kozackie prawosławie i przybrał imię Mychajło.

Drugim magnetyzującym faktem Czajkowskiego jest jego samobójstwo. Szczególnie pociągające jest dla młodych słuchaczy, studentów, młodych maksymalistów, wierzących w miłość i w to, że człowiek może zmienić świat. Strzelił sobie w głowę, kiedy odeszła od niego młoda żona. To raz. Do tego przez całe życie miał przy sobie szablę, próbując zmienić świat i rzucając wyzwanie całym imperiom. To dwa. Nie dziwne, że pod koniec mojego wystąpienia większość młodzieży patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczyma.

Nie zorientowałem się, kiedy minęła godzina. Gdy podziękowałem za uwagę, przepraszając, że zagalopowałem się w opowieści i nie zostawiłem miejsca na pytania od publiczności, rozległy się gromkie oklaski. Aż żal, że na to spotkanie mój wydawca nie przywiózł książek: jestem pewien, że sprzedałaby się co druga.

— Brawo! — powiedziała do mnie Diana, kiedy wyszliśmy z uniwersytetu.

[…]

Prezeska tureckiego PEN Clubu mrugnęła do mnie zachęcająco: to co, mówi, gotowy, żeby zacząć? Przytaknąłem i ruszyliśmy na podest. Wygłosiła na początek kilka słów powitalnych i poprosiła o zabranie głosu Konsula Generalnego Ukrainy. Ten tak samo lakonicznie wszystkich przywitał z jutrzejszym Dniem Niepodległości Ukrainy i podziękował tureckiej stronie za pełne wsparcie.

Wreszcie poproszono mnie, żebym zabrał głos. Podszedłem do mikrofonu, witając się ze wszystkimi najpierw po angielsku, potem po ukraińsku, potem po turecku. I zażartowałem, że od tej pory każde zdanie będę wypowiadać w trzech językach, więc proszę wszystkich o cierpliwość. Zasiadłem w głębokim, miękkim fotelu, położyłem sobie na kolanie tureckie wydanie powieści, wziąłem łyk wody ze szklanki i rozejrzałem się po sali.

W pierwszym rzędzie siedziała Anna i bezwstydnie na mnie patrzyła. W mig przypomniała mi się taksówka i od razu poczerwieniałem. Nieopodal Anny, również w pierwszym rzędzie, obok konsula, siedziała Diana, jakby na potwierdzenie moich słów, że chodzi jej wyłącznie o pracę. W sumie salę, wraz z miejscami stojącymi, wpełniło niemal dwieście osób. Co za sukces, Anschlag! To mnie zaktywizowało i zmotywowało.

Odchrząknąwszy, wziąłem w ręce mikrofon i rozpocząłem:

— Istnieją pisarze, których biografia jest bardziej zajmująca niż ich książki. Lecz przypadek Mychajła Czajkowskiego jest szczególny: wydaje się, że tak się zainteresował pisaniem przygodowych książek o bohaterskiej kozackiej historii, że sam się nie spostrzegł, kiedy również wpadł w wir przygód, rewolucji oraz wojen. Ułańska fantazja i uzależnienie od adrenaliny wpłynęły nie tylko na życie Czajkowskiego, lecz także na historię kilku krajów Europy Południowo-Wschodniej. Był to człowiek czynu, dążący do istoty sprawy: na przykład miał marzenie przywrócenia kozackiego stanu, a koniec końców stał się atamanem koszowym Siczy Zadunajskiej. Kim był w rzeczywistości – wizjonerem, kronikarzem, politykiem, przywódcą? A może po prostu najzwyklejszym krętaczem. Zadałem sobie to pytanie i aby znaleźć na nie odpowiedź, napisałem tę powieść Człowiek, ­który odnalazł swoją twarz. Publiczność wreszcie ucichła i zaczęła słuchać mojej wypowiedzi. Wkrótce wszystkie oczy były na mnie zwrócone. Zatem kontynuowałem:

— Biografia Michała Czajkowskiego warta jest pełnometrażowego filmu, bo w trakcie lektury nie można pozbyć się wrażenia, że nie jest to człowiek z krwi i kości, ale bohater jakiejś przygodowej powieści. Nie każdy zdołałby unieść tyle doświadczeń w ciągu jednego życia. Zresztą, dzięki biografii nasyconej wielowymiarową działalnością, postać ­Czajkowskiego nie zagubiła się w meandrach historii, lecz przetrwała do dziś w pamięci wielu krajów.

A życie Michała Czajkowskiego zaczęło się 28 września 1804 roku w Halczyńcu, we wsi położonej między Kodnią a Berdyczowem – miastami dobrze znanymi z historii Ukrainy tego okresu. Przyszły pisarz pochodził z polskiej szlacheckiej rodziny, choć sam utrzymywał, że jego rodzinne korzenie sięgają kozackich czasów i jednym ze swych praszczurów nazywał hetmana Iwana Brzuchowieckiego. Zatem można stwierdzić, że Czajkowski urodził się w spolonizowanej ukraińskiej rodzinie, był polskojęzycznym (również ukraińskojęzycznym) katolikiem, lecz uważał siebie za potomka ukraińskich Kozaków. Owo rozdwojenie nie stanowi jakiejś sprzeczności, ponieważ Michał (Mychajło?) był człowiekiem kulturowego pogranicza.

Osoba Michała-Mychajła Czajkowskiego jest niesamowicie ciekawa w kontekście tożsamości narodowej. Ponieważ sam nie dostrzegał konfliktu między polską kulturą swojej rodziny a kozackimi korzeniami, co nawiasem mówiąc, było typowe dla jego czasów.

Anna siedziała w pierwszym rzędzie, patrząc na mnie prowokacyjnie i z pożądaniem. Wzrokiem łowiła moje spojrzenie, szukała kontaktu wzrokowego i całą mimiką dawała mi do zrozumienia, co ma na sobie. A właściwie, czego nie ma. Nie mam nic przeciwko takiej grze, ale gdy próbujesz się skoncentrować na wypowiedzi, to rozprasza uwagę. Gdybym tak siedział i słuchał pytań moderatorki, miałbym czas wyobrazić sobie, co kryje się pod suknią królowej Francji. Ale nie teraz.

Jako pisarz należał do znanej „ukraińskiej szkoły” literatury polskiego romantyzmu. Co wyznacza nie tylko miejsce urodzenia, ale przede wszystkim ukraińska tematyka w podejmowanej twórczości. Właściwie Czajkowskiego można najsensowniej zestawić z Mikołajem Gogolem: szeroko wykorzystywał w swojej twórczości ukraiński folklor oraz mitologię, pisał o realiach ukraińskich, historii, Kozakach, ale wszystko w języku polskim. Więc można go całkiem nazwać polskim, jak też polskojęzycznym ukraińskim pisarzem.

Muszę przyznać, że Czajkowski nie jest ciekawy dla mnie w tym, że był rozwodnikiem, dywersantem i awanturnikiem; przede wszystkim jest ważny z tego powodu, że uosabia ostatnie pokolenie ludzi „przednowoczesnej epoki”. Jakby urodził się jakieś dziesięć-piętnaście lat później (jak najważniejszy ukraiński twórca Taras Szewczenko), nie miałby okazji pojednać tego, co rozłączne, i tak pływać swobodnie sobie między tożsamościami: musiałby wybrać albo polską, albo ukraińską stronę.

Mychajło Czajkowski urodził się w czasie, kiedy pochodzenie szlacheckie było ważniejsze niż narodowość, ponieważ świadomość narodowa nie była wówczas rozpowszechniona. Szlachcic przynależał nade wszystko najpierw do swojego stanu, a dopiero potem – do pozornej narodowej wspólnoty. Już na tym poziomie kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego z taką łatwością zmieniał swoich opiekunów, religie, a nawet własne imię (zgodzicie się, że – przejście z katolicyzmu na islam, z islamu na prawosławie – to szczyt ekwilibrystyki narodowej). Dlatego tak brzmi odpowiedź na pytanie o jego prawdziwą tożsamość: był jednocześnie i Michałem, i Mychajłem, i Mechmedem.

Na dźwięk imienia Mechmeda publiczność ożywia się. ***

Fragment powieści, przekład z języka ukraińskiego.

Artykuł pochodzi z 39. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn do kupienia tutaj.

Zdjęcie tytułowe: FOTO LEON PHOTOGRAPHY / Shutterstock