W legendarnych Sklepach cynamonowych, określając topografię Drohobycza, najsłynniejszy mieszkaniec tego miasta, obywatel świata Bruno Schulz napisał: Tam, gdzie mapa kraju staje się (…) płowa od słońca i jak gruszka dojrzała – tam leży ona, jak kot w słońcu, ta wybrana kraina – to miasto jedyne na świecie.
TEKST: Stanisław Sławomir Nicieja FOTO: Archiwum Autora
Filiżanka kawy na drohobyckim rynku
Bruno Schulz niewiele widział poza swoim Drohobyczem, ale mitologia tego miasta dotarła aż poza Ocean Atlantycki i Pacyfik, bo dzięki jego twórczości raz po raz głośno o jego Arkadii nawet w Ameryce. Każdy, kto trafi do Drohobycza, wie, że warto tam w kawiarni na rynku, przy dawnym sklepie z towarami kolonialnymi ojca Brunona Schulza, usiąść i napić się kawy ze śmietanką i pyłkiem cynamonowym.
Dzisiejszy Drohobycz zachował atmosferę dziewiętnastowiecznego i międzywojennego skansenu. Śródmieście i dzielnice willowe zastygły w letargu. Kamienice i wille drohobyckich milionerów: nafciarzy, pośredników, adwokatów, kupców, choć z reguły zaniedbane, z sypiącymi się elewacjami, nadal imponują bogactwem sztukaterii, kutymi bądź żeliwnymi ogrodzeniami, pięknem otaczających je zdziczałych ogrodów.
Zachował się polski cmentarz w Drohobyczu. Czas tu się zatrzymał i ma wszelkie znamiona scenografii z filmu Wojciecha Hasa Sanatorium Pod Klepsydrą. Tak już jest, że potencjał materialny miasta odbija się na cmentarzach. Drohobyccy kupcy, przemysłowcy, prawnicy, notariusze, dyrektorzy, zarządcy i inżynierowie w rafineriach wznosili na grobach swych krewnych okazałe grobowce, pomniki i rzeźby cmentarne, które przetrwały do dziś. Był czas, gdy Drohobycz po Krakowie i Lwowie należał do najbogatszych miast Galicji. Jaka prowadziła do tego droga?

(Polona / Biblioteka Narodowa)
Sól biała jak śnieg
Drohobycz należy do najstarszych miast Grodów Czerwieńskich. Archeolodzy potwierdzają, że już w XII w. istniała tu ufortyfikowana osada, a w połowie XIV w. mieścił się tu jeden z największych ośrodków warzenia soli na Podkarpaciu. Kolebką osady obfitującej w złoża solankowe była najstarsza dzielnica późniejszego Drohobycza – Zwarycz (etymologicznie – od warzenia soli). Po tę sól, podobno „białą jak śnieg”, ściągali kupcy z całej Europy, a królowie Polski od Kazimierza Wielkiego po Stanisława Augusta „innej soli nie zwykli jadać”.
Trwają spory wśród historyków, od czego pochodzi nazwa tego miasta, i nikt nie jest w stanie udowodnić, która z licznych legend jest najbardziej prawdopodobna. Jedna z nich, chyba najmniej wiarygodna, mówi, że gród założyli koloniści spod krakowskiego Biecza jako Drohoj Biecz – drugi Biecz – Drohobycz. Inna wersja głosi, że istniała tam stara osada o nazwie Bycz, którą w XII w. doszczętnie spalili Tatarzy. Później w tym miejscu zbudowano nową osadę i nazwano ją „Druhi” – „Bycz”. Z połączenia obu członów powstała nazwa Drohobycz. Mścisław Mściwujewski (1883–1954), polonista w drohobyckim gimnazjum, ale dla miasta zasłużony szczególnie jako historyk, twierdził, że nazwa pochodzi od imienia Drogowit, czyli Drogobyt. W każdym razie dopiero Kazimierz Wielki nadał Drohobyczowi prawa miejskie i herb przedstawiający orła polskiego z błękitną tarczą na piersi, na której namalowanych było dziewięć topek soli. Herb ten został zmieniony przez Austriaków, przez cesarza Józefa II, w 1788 r.: na niebieskiej tarczy ze złotą koroną i obwódką umieszczono w rzędach po 4–3–2 beczki soli. Drohobycz otrzymał również tytuł „Wolne Królewskie Miasto”. Nie ulega wątpliwości, że Drohobycz był sławnym ośrodkiem warzenia soli, co stanowiło o jego bogactwie. Franciszek Iwanicki, jeden z kronikarzy miasta, zanotował: Drohobycz na topkach soli stoi.
W siedemsetletniej swej historii Drohobycz przeżywał okresy wzlotów i upadków. Wznoszono w nim okazałe budowle: zamek, ratusz, kościoły, cerkwie, synagogi. Przez te wieki miasto było niszczone przez Tatarów, Kozaków, wojska Rakoczego, konfederatów i szwadrony rosyjskie. Ale za każdym razem podnosiło się. Majestatu dodawał mu zawsze kościół farny pod wezwaniem św. Bartłomieja – prawdziwa warownia z czerwonej cegły. Chronili się w jej murach mieszkańcy w czasie wojennych pożóg i niejednokrotnie tam ginęli wycinani przez Tatarów i Kozaków, o czym świadczą malowidła na ścianach oraz liczne epitafia i płaskorzeźby. Okna świątyni zdobiły witraże autorstwa Matejki, Wyspiańskiego i Mehoffera. Obraz w głównym ołtarzu był prawdopodobnie dziełem Wenecjanina Tomasza Dolabelli – dekoratora Wawelu w czasach Wazów. Nazwiska artystów, którzy zdobili świątynię drohobycką, świadczą o klasie i bogactwie miejscowego mieszczaństwa.
Świątynia ta przetrwała najgorsze czasy, nawet pół wieku bolszewickiej ateizacji, kiedy zamieniono ją na magazyn. Zachował się w niej do dziś nagrobek Katarzyny Ramułtowej, według wybitnego polskiego historyka sztuki, Lwowianina Mieczysława Gębarowicza (1893–1984), jeden z najciekawszych zabytków polskiego renesansu.
Katarzyna Ramułtowa była mieszczką, żoną żupnika (czyli zarządcy drohobyckich kopalń soli), podobno wyjątkowo piękną, bo pieśń gminna głosiła: „Oto idzie Ramułtowa, drobna nóżka, piękna głowa”. Jej nagrobek w drohobyckiej farze, arcydzieło renesansu, wyszedł spod dłuta krakowskiego rzeźbiarza Sebastiana Czeszka.
Ważną i okazałą budowlą w mieście był i jest ratusz, który w latach dwudziestych XX w. przebudowano gruntownie według projektu Mariana Nikodemowicza (1890–1952), wykładowcy geometrii wykreślnej i perspektywy malarstwa na Wydziale Architektury Politechniki Lwowskiej. Warto pamiętać, że Nikodemowicz, z pochodzenia Ormianin, w 1936 r. zaprojektował słynny dom zdrojowy, zwany „Pałacem Marmurowym”, w Morszynie koło Stryja.
Do równie imponujących budowli w Drohobyczu należały także: Duża Synagoga, drewniana cerkiew Św. Jura z trzema potężnymi, baniastymi hełmami, gmachy starostwa, rady powiatowej, Żydowskiego Domu Sierot, „Sokoła” oraz gimnazjum, gdzie kształciła się cała plejada wybitnych postaci, których biografiami wypełniona jest moja książka o Drohobyczu (VII tom Kresowej Atlantydy).
Nie sposób pominąć dwóch wybitnych postaci związanych z Drohobyczem okresu I Rzeczypospolitej. Byli to: Jerzy Kotermak (1450–1494), znany też jako Jurij Drohobycz (tego określenia używają głównie Ukraińcy) – lekarz, astronom i astrolog, profesor uniwersytetów w Bolonii i Krakowie, medyk na dworze króla Kazimierza Jagiellończyka, wybitny humanista. Dziś w centrum Drohobycza, przy farze, stoi dobrej klasy artystycznej jego pomnik z brązu dłuta Teodozji Bryż, autorki m.in. kilku ważnych pomników (jak choćby Salomei Kruszelnickiej) na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Monument ten odsłonił 19 września 1999 r. prezydent Ukrainy Leonid Kuczma w bardzo uroczystej oprawie artystycznej.
Drugim wybitnym drohobyczaninem, który w Polsce znalazł się w elicie kulturalnej dwóch królów (Stefana Batorego i Zygmunta III Wazy), był Marcin Laterna (1552–1598) – jezuita, pisarz, kaznodzieja, spowiednik królewski, następca Piotra Skargi, autor głośnego swego czasu dzieła Harfa duchowna. Laterna należał do najbardziej wojowniczych kontrreformatorów. Broniąc swojej wiary, poniósł męczeńską śmierć. Został poćwiartowany i wrzucony do Morza Bałtyckiego przez szwedzkich protestantów.
Ponadto dwa elementy wyróżniały jeszcze Drohobycz spośród podobnych doń miasteczek w Grodach Czerwieńskich. Po pierwsze, na polach okalających go wsi dojrzewały najsmaczniejsze w Galicji cebule, co przyniosło miastu miano „stolicy galicyjskich cebularzy”. Po drugie, chłopi z okolic Drohobycza z dawien dawna pozyskiwali ropę naftową, która samoistnie gromadziła się w rowach i wszelkich zagłębieniach na ich łąkach. Niezbyt pachnącą substancję zalecali miejscowi znachorzy jako środek leczniczy czyniący cuda. Gęsta ropa była używana jako mazidła i smary głównie do wozów oraz kołowrotów. Kręcili się więc po okolicy tzw. maziarze, handlujący tymi produktami. Warto pamiętać, iż ropę naftową znano już w starożytności, wykorzystując ją m.in. do balsamowania ciał oraz w celach leczniczych i w technice wojskowej do płonących strzał.
W 1810 r. dwaj kupcy otworzyli w Drohobyczu zakład, w którym uzyskiwano płynną ropę naftową oraz „olej świecący”. Było to odkrycie na skalę światową, bo nikt przed nimi tego nie uczynił. Magistrat w Pradze czeskiej zamówił trzysta cetnarów oleju z Drohobycza, aby oświetlać nim ulice miasta. Dwaj drohobyccy fabrykanci – pisał Martin Pollack, austriacki pisarz – otwarli niemal wrota do nowej ery: przyczyną ich niepowodzenia były fatalne w Galicji szlaki komunikacyjne, które uniemożliwiały regularne dostawy.

Galicyjska Pensylwania
Od czasu gdy benzyna i oleje napędowe podbiły świat, istnieje błędne przekonanie, że kolebką przemysłu naftowego jest Pensylwania. Łatwo ten błąd skorygować, gdy sięgniemy do naukowych opracowań historycznych. W Ameryce początki tego przemysłu datują się na rok 1839, po wywierceniu pierwszego szybu obok miasta Titusville. Tymczasem w galicyjskiej Słobodzie Rungurskiej było już wówczas czterdzieści studzien ropnych, a w okolicach Borysławia i Drohobycza – trzydzieści. Jednak amerykański przemysł naftowy rozwijał się z imponującym tempie. Tam była eksplozja wprost lawinowa, głównie ze względów technicznych, natomiast Austria, chcąc utrzymać ziemie polskie w letargu, hamowała w Galicji inwestycje. To spowodowało opóźnienie i ropa galicyjska popadła w zapomnienie.
Dopiero 40 lat później Ignacy Łukasiewicz przedstawił swój wynalazek oświetlania lampami naftowymi i znalazł kontrahenta – początkowo lwowski szpital, a później Dworzec Północny w Wiedniu rozbłysnął światłem pochodzącym z mazistej cieczy. I wtedy nastąpił prawdziwy początek „galicyjskiej Pensylwanii” – jak nazwano później zagłębie naftowe przecięte Tyśmienicą. W szczytowym 1909 r. z dworca w Drohobyczu wyekspediowano 200 tys. cystern ropy naftowej. Przyrost był gwałtowny. W 1907 r. 1 mln 175 tys. ton, w 1908 – 1 mln 718 tys. ton, w 1909 – już 2 mln 86 tys. ton.
To nakręcało koniunkturę. Przez dworzec drohobycki przetaczały się pociągi towarowe z materiałami budowlanymi, meblami i żywnością. O ropę walczono jak o złoto.
Perspektywa szybkiego bogacenia się, ściągała do Drohobycza oprócz inwestorów, przemysłowców, bankowców, kupców, inżynierów, wiertaczy, eksperymentatorów, wynalazców również wszelkiej maści „niebieskie ptaki”, poszukiwaczy przygód i fortun, awanturników i szulerów. Co pewien czas miejscowa prasa odnotowywała zabójstwa lub samobójstwa bogatych nafciarzy, kupców, nieszczęśliwych rywali w miłości czy hazardzistów. Warto wiedzieć, że w 1915 r. w Drohobyczu było 51 kancelarii adwokackich, dla porównania: w tej samej wielkości Złoczowie było ich siedemnaście.
Bogactwo widać było zwłaszcza na ulicy Stryjskiej, gdzie wznoszono okazałe kamienice, które naśladowały wiedeńską secesję, paryski eklektyzm, praski modernizm czy berliński Bauhaus. To ta ulica była dla Schulza inspiracją do napisania opowiadania Ulica Krokodyli. Zdegustowany drapieżną ekspansją bogactwa, oszołomiony tempem przeobrażeń, które zaskakiwało niemal codziennie czymś nowym, pisał: Duch czasu, mechanizm ekonomiki nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił chciwe korzenie na skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dzielnicę. (…) Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną lecz pustą wegetacją lichej pretensjonalności. Widziało się tam kamienice o karykaturalnych fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami. (…) Rzędy małych, parterowych domków podmiejskich zmieniają się w wielopiętrowe kamienice, które zbudowane jak z kartonu, są konglomeratem szyldów, ślepych okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Pod domami płynie rzeka tłumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski, ale jezdnia, jak place wiejskie zrobiona z ubitej gliny, pełna jest kałuży i trawy. (…) Mieszkańcy miasta dumni są z tego odoru zepsucia, którym tchnie ulica Krokodyli. Nie mamy potrzeby niczego sobie odmawiać – myślą z dumą – stać nas i na prawdziwą wielkomiejską rozpustę. (…) Unosi się tu leniwy i rozwiązły fluid grzechu. Ulica Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia wielkomiejskiego.
Tak to widział Schulz, ale procesów gwałtownej industrializacji Drohobycza nie dało się już zatrzymać. Zmieniały się ulice, place, potęgował się ruch, miasto stawało się tyglem przemian.
Drohobycz zmotoryzowany
Rosły jak grzyby po deszczu drohobyckie pałacyki i wille bogaczy. Po ulicach przemykały najdroższe bentleye, mercedesy, packardy, fiaty i austro-daimlery, mijając chłopskie drewniane furmanki. Spotykało się też pierwsze samochody polskiej konstrukcji. Wśród nich słynny Ralf-Stetysz. Za tą na pierwszy rzut oka niepolską nazwą krył się jak najbardziej rodzimy produkt, bo nazwa samochodu była kombinacją pierwszych liter warszawskiej fabryki: Rolniczo-Automobilowo-Lotnicza Fabryka (RALF), i nazwiska projektanta: inżyniera hrabiego Stefana Tyszkiewicza (STETYSZ).
Drohobycz należał do najbardziej zmotoryzowanych miast Galicji i Polski międzywojennej. Dyrekcje dużych przedsiębiorstw udzielały swoim pracownikom na dogodnych warunkach tzw. pożyczek motoryzacyjnych na zakup motocykli i samochodów. Celował w tym zwłaszcza „Polmin”. W 1938 r. na stadionie „Strzelca” w Kolonii Polmin zgromadziło się sześćdziesiąt pojazdów pracowników i współpracowników tego przedsiębiorstwa. Zjechało tam wielu posiadaczy luksusowych samochodów, członków działającego od 1908 r. na terenie Lwowa i Krakowa Galicyjskiego Klubu Automobilowego, którego pierwszym prezesem był hrabia Andrzej Potocki. Wśród uczestników zjazdu znalazł się Władysław Fiebert – właściciel kopalni wosku w Borysławiu, który miał trzy luksusowe sportowe kabriolety przednich marek: Austro-Daimler, Bugatti i Lancia. Właścicielem luksusowych samochodów był również burmistrz Drohobycza Rajmund Jarosz. Na co dzień jeździł supernowoczesnym czarnym Packardem.
Bywał też na zjazdach posiadaczy samochodów w Drohobyczu Jan Ripper – mistrz Polski w wyścigach samochodowych, który wsławił się tym, iż na swoim sportowym Bugatti wygrał we Lwowie zawody, wyprzedzając słynnego wówczas „czempiona automobilizmu” Włocha Caracciollę.
Tragedia Durkalców
Mimo że ruch na drogach był wówczas nieporównywalny do dzisiejszego, co pewien czas dochodziło do tragicznych wypadków samochodowych, o których pisała prasa. Głośna tragedia rozegrała się 10 września 1938 r. Znany drohobycki adwokat, doktor praw Krzysztof Durkalec, posiadający willę przy ulicy Sobieskiego i supernowoczesny motocykl marki Harley-Dawidson z przyczepą, zwaną też „wózkiem” bądź „czółenkiem”, wybrał się tego dnia z rodziną swoim pojazdem do Lwowa. Durkalcowie należeli do elity Drohobycza. Janina Durkalcowa, z pochodzenia Węgierka, z domu Szabő, była popularną śpiewaczką odnoszącą sukcesy w operetkach, m.in. w Księżniczce Czardasza Kalmana wystawianej w Drohobyczu. Uczyła też gry na fortepianie. Wyróżniała się wysokim wzrostem i elegancją. Świetnie tańczyła, przyciągając uwagę na balach. Była też niezwykle aktywna w organizacji różnych imprez kulturalnych w Drohobyczu.
Feralnego dnia usiadła w przyczepce prowadzonego przez męża motocykla, a na tylnym siedzeniu zajął miejsce ich młodszy syn, czternastoletni gimnazjalista, Zbigniew Kornel. Wyjechali szosą na Stryj i po kilku kilometrach, pod Gajami Wyżnymi, motocykl zderzył się czołowo z samochodem ciężarowym marki Ford, firmy transportowej „Mojak-Bernstein”. Kierowca motocykla wbił się głową w maskę ciężarówki, Durkalcowa przeleciała przez maskę na pobocze, a syn wypadł na jezdnię. Wszyscy ponieśli śmierć na miejscu.
Długo badano przyczynę wypadku, dziwiąc się, jak mogło do niego dojść na prostej drodze. Podejrzewano, że przyczyną mógł być albo kurz na wysuszonej niewybrukowanej jezdni, albo wybój, który chciał ominąć jeden z kierujących. Samochód ciężarowy miał tylko niewielkie wgniecenie osłony chłodnicy. Tragedia ta była sensacją, przez wiele miesięcy komentowaną.
Drohobycz – miasto tygiel
Drohobycz przed wojną należał do najbardziej kosmopolitycznych miast w Polsce. Zjeżdżali tu koncertować sławni artyści operetek: wiedeńskiej, berlińskiej i warszawskiej. Odbył się tu m.in. koncert znanego hiszpańskiego skrzypka Juana Manéna, co uznano za wydarzenie roku. W Drohobyczu rozbrzmiewało wiele języków, w tym angielski, francuski, niemiecki czy holenderski.
Pisarze Iwan Franko, Bruno Schulz, Andrzej Chciuk, Kazimierz Wierzyński, mitologizujący ten świat, a właściwie swoją małą ojczyznę, słyszeli na co dzień stukot siekier ogołacających miejscowe lasy, jęk pił, syk kotłów w rafineriach, tętnienie motorów. To był czas i świat wielkiej improwizacji. Przy zbiornikach, cysternach na wielkim dworcu towarowym i w rafineriach pracowało na co dzień tysiące robotników. Według spisu powszechnego z 1931 r. w Drohobyczu mieszkało 32 261 osób (katolików – 10 629, grekokatolików – 8194, Żydów – 12 931, prawosławnych – 425, innych – 364).
W Radzie Miejskiej w Drohobyczu zasiadało 8 Polaków, 8 Ukraińców i 8 Żydów. Wiceprezydentami Drohobycza byli z reguły Żydzi. Funkcję starosty drohobyckiego piastował Emil Wehrstein (1888–1959), wywodzący się z rodziny niemieckiej, który wbrew pomówieniu (upowszechnionemu bez sprawdzenia przez Andrzeja Chciuka w Ziemi księżycowej) nigdy nie podpisał volkslisty ani nie był reichsdeutschem. Był polskim patriotą, działał w AK. Aresztowany przez bezpiekę w 1946 r. został skazany na karę śmierci zamienioną na dożywocie. Wyszedł z więzienia we Wronkach po ośmiu latach na podstawie amnestii. Zmarł w Bytomiu, gdzie po wojnie mieszkała jego żona, Helena z Topolnickich (1892–1980), i córka Roma.
Opracowania naukowe i wspomnienia licznych drohobyczan nie odnotowują poważnych konfliktów narodowościowych, mimo że było to miasto wielu nacji, a Marian Hemar nazwał je „półtora miastem” – pół polskim, pół żydowskim, pół ukraińskim. ***
Artykuł pochodzi z 39. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn do kupienia tutaj.