Dominika Wichmana, mistrza szkutnictwa tradycyjnego z Kamieńczyka, całe życie ciągnęło do wody i drewna. Miłość tę zaszczepił w nim dziadek, przybierała na sile z każdym rokiem i z każdym odkryciem rodzinnych flisackich tradycji, które niepostrzeżenie zsyłał mu los.
Z Dominikiem Wichmanem rozmawiała Justyna Franczuk
FOTO: Bartek Kosiński
I to ciągle towarzyszące mu poczucie, że nie robi tego, do czego został stworzony… Bohater naszego wywiadu ostatecznie poszedł za głosem intuicji i jak sam mówi, niczego nie żałuje.
Panie Dominiku, zacznijmy od początku. Jak to się stało, że został Pan szkutnikiem? I to mistrzowskim!
Wszystko wzięło się z zamiłowania do rzeki, wędkowania i drzewa. Zaszczepił to we mnie dziadek, u którego jako dziecko spędzałem dużo czasu. Miał już wtedy swoje lata, był człowiekiem schorowanym, więc nasze dojście nad rzekę trochę trwało, ale był to piękny wspólny czas, który upływał na opowieściach dziadka o naturze, łowieniu ryb, szkutnictwie. A wiedzę posiadał ogromną. Plotłem z nim też opałki i kosze. Spędzane u dziadka wakacje to były radosne, beztroskie chwile. Łobuzowałem z dwoma braćmi i siostrą, z których byłem najstarszy. Były też córki wujka, razem tworzyliśmy więc fajną paczkę.
Dziadek był szkutnikiem?
Nie, żył z gospodarki, ale potrafił robić łódki, tak jak większość ówczesnych mieszkańców tamtych terenów. Łódź była potrzebna każdemu, woda często wylewała i trzeba było sobie jakoś radzić.
Pamiętam dzień, kiedy po piętnastu latach wróciła do dziadka łódka, którą zrobił dla tzw. letnika. Zawsze spędzał lato w Kamieńczyku i w końcu stwierdził, że nie jest już mu ona potrzebna. Dla mnie to był moment magiczny. Łódź była piękna, pływaliśmy nią całą rodziną, kiedy rzeka wylewała na wiosnę. Nieraz przydarzyła się nam jakaś wywrotka, wszyscy byliśmy wtedy ucieszeni, bo było płytko.
Dziadek dla małego chłopca był pewnie jak Bóg…
Był bardzo ważną osobą w moim życiu. Za stodołą babci i dziadka było jeziorko o cudnej nazwie Dołek Bociani, które istnieje zresztą do dziś. To bardzo urokliwe, pełne ryb miejsce. Spędzałem tam mnóstwo czasu. Dziś jako dorosły człowiek podejrzewam, że tam właśnie zaczęła się moja historia.
Od dziecka miałem jedno marzenie: mieć własną łódź. Chciałem pływać nią po Bugu, łowić ryby i miło spędzać czas. Tak wyobrażałem sobie swoje życie, odkąd miałem dziesięć lat i razem w rodziną przeprowadziliśmy się z Jadowa do Kamieńczyka, rodzinnych stron mamy. Od tego czasu moje życie wiązało się z wodą. Pragnienie posiadania własnej łodzi było nawet większe od posiadania samochodu. Już jako dorosły człowiek próbowałem odkładać każdy grosz na tę łódź, ale – jak to w życiu bywa – zawsze były ważniejsze wydatki.
Czy poza dziadkiem ktoś jeszcze z Pana rodziny równie mocno miłował rzekę i drewno?
Mój ojciec był stolarzem okiennym. Jako dziecko spędzałem w jego warsztacie dużo czasu, pomagałem w lżejszych pracach, więc niejako automatycznie uczyłem się obcowania z drewnem i pracy z nim. Kilka lat temu budowałem małą szkutę z Maszoperią Wiślaną i przy tej okazji robiliśmy reportaż z moją babcią. Pokazała nam wtedy zdjęcie z 1903 roku – z moim pradziadkiem na tratwie flisackiej. Był orylem flisackim, brał więc czynny udział w spływie tratw, czego wcześniej nie wiedziałem.

Kiedy zbudował Pan pierwszą łódkę?
Pierwsze pływadło, bo w sumie trudno nazwać to łódką, zbudowałem z braćmi, kiedy miałem 14–15 lat. Zatonęło przy wodowaniu (śmiech). Początkowo nie rozumieliśmy, co się stało, potem okazało się, że źle wszystko uszczelniliśmy, potrzebny był dodatkowy dychtunek i sznur, a my tylko zalaliśmy to gorącą smołą, poszliśmy więc na skróty. Nie mieliśmy materiału dobrej jakości, podprowadziliśmy wujkowi deski spod płotu i zbudowaliśmy to nasze świńskie korytko.
Skąd w ogóle wiedzieliście, co z robić?
Przez całe dzieciństwo podpatrywaliśmy dziadka i wujka, więc wiele rzeczy zostało w naszych głowach, a kiedy przyszedł odpowiedni czas, postanowiliśmy przetestować je w rzeczywistości.
Wszystko to pokazuje, że kierunek życia miał Pan jednak we krwi…
Rzeczywiście coś w tym jest, bo zawsze mnie do wody i drewna ciągnęło, ale przez wiele lat nie mogłem tego zrozumieć. Z wykształcenia jestem technikiem samochodowym, pracowałem w wielu zawodach, zawsze jednak miałem poczucie, że to, co robiłem, nie było moje. Nie potrafiłem jednak nazwać tego owego „czegoś”, co nie dawało mi spokoju. W domu potrafiłem zrobić praktycznie wszystko, ciesielkę miałem w małym palcu. Brałem deski i robiłem wszystko z głowy, poszczególne elementy sklejały się w całość bez wcześniejszych projektów. Dodatkowo ludzie się tym zachwycali, więc i moja wiara we własne umiejętności stawała się coraz silniejsza. W międzyczasie odkrywałem coraz więcej rodzinnych tradycji flisackich. Pamiętam, jak wpadła mi w ręce książka Jerzego Litwina Polskie szkutnictwo ludowe XX wieku, moja późniejsza biblia. Otworzyłem ją, zobaczyłem Kamieńczyk jako miejsce słynące ze szkutnictwa i mojego ciotecznego dziadka siedzącego w dłubance. I poczułem ukłucie w sercu. To wszystko doprowadziło mnie do konkluzji, że nie ma w życiu przypadków.
Kiedy zdał sobie Pan sprawę, że nie ma co dłużej walczyć z intuicją, tylko trzeba iść za głosem serca?
Nie stało się to z dnia na dzień, to był proces. Jak już wspomniałem, imałem się w życiu różnych zajęć. Kiedyś pracowałem u stolarzy, robiliśmy drewniany dom. Podczas przerwy piliśmy kawę i debatowaliśmy. Powiedziałem zupełnie spontanicznie: „Panowie, a jakby tak zrobić łódkę i wystawić ją w internecie?”. W odpowiedzi usłyszałem: „Kto ci drewno kupi, jak wszyscy plastikowych łodzi używają!”. Wtedy przeskoczył w mojej głowie jakiś trybik i postanowiłem pójść na przekór tej opinii. Zawziąłem się i w wolnych chwilach budowałem tę drewnianą łódź. Kiedy była gotowa, wystawiłem ją na Allegro – chciałem sprawdzić, czy ktoś w ogóle będzie nią zainteresowany. Klient znalazł się po 6–8 godzinach. Byłem kompletnie zdziwiony takim obrotem sprawy. Nie uwierzy Pani, ale do dziś utrzymuję z nim kontakt. Jutro przyjeżdża zresztą do mnie po wiosło.
Czyli pierwsze koty za płoty, a dalej?
Potem odezwała się kolejna osoba z pytaniem, czy mógłbym zrobić większą łódź. I tak dochodziły kolejne zlecenia. Jakoś tak mi się dobrze wszystko ułożyło, że byłem polecany przez klientów. Marketing szeptany bardzo się w moim przypadku sprawdził. Pewnego razu zadzwonił do mnie facet z pytaniem, czy mógłbym zbudować bad wiślany o długości 10–12 metrów. Ledwo robiłem wtedy łódki 5–6-metrowe, a tu ktoś pyta, czy zrobię mały statek? Nie wszedłem w to, ale tamta rozmowa dała mi dużo do myślenia. Dziś rozmiar nie ma znaczenia. W zasadzie zawsze chodzi o łódkę, tyle że większą. No i więcej energii trzeba w nią włożyć.
Kiedy na dobre zajął się Pan szkutnictwem?
Jakieś dziesięć lat temu. To nie była prosta decyzja. Miałem na utrzymaniu żonę i dziecko, dodatkowo zaczynałem kolejny etap w nowym miejscu, bo przeprowadziłem się do Nadarzyna, co sprawiło, że znalazłem się w innych realiach niż te, które znałem. Pasja pasją, ale żyć z czegoś trzeba było. Widziałem tę moją pasję jak tunel, ale dalej był tylko znak zapytania. Miałem różne prace, z perspektywami, ale cały czas czułem, że coś jest nie tak. W międzyczasie, zupełnie hobbystycznie, robiłem łódki, często dla kogoś. Zapytań było coraz więcej, działałem w wolnych chwilach, więc nie zostawało mi na nic więcej czasu. Był to sposób na podreperowanie budżetu, dawał jednak mnóstwo frajdy, bo w końcu robiłem to, co naprawdę lubiłem. I przyszedł moment, że musiałem podjąć decyzję, bo dłużej tak żyć nie dawałem rady.
Rodzina, znajomi nie do końca wierzyli, że mi się uda. Teściowie też nie widzieli w tym wielkich kokosów. Pamiętajmy, że pakowałem się w zawód, który już w zasadzie nie istnieje, a chciałem utrzymać z niego żonę i dziecko. Uwierzyłem jednak, że czas zaufać swoim przeczuciom i przestać się ich bać. Tych znaków w moim życiu było tak dużo, że nie mogłem ich dłużej ignorować. Wierzę, że kieruje nami palec boży.
Jak tak Pana słucham, to mam wrażenie, że wszystko poszło gładko, bezproblemowo…
Nie do końca, było trochę wyrzeczeń. To było ogromne ryzyko, bo nie wiedziałem, czy będę miał za co żyć. Dla mnie jednak są rzeczy ważniejsze niż pieniądze. Uważam, że robienie czegoś tylko dla pieniędzy nie ma sensu, bo one i tak zawsze się znajdują. W tym, co robię, najważniejszy jest produkt, a że wkładam w niego całe serce, profity za nim przychodzą.
Co zachwyca Pańskich klientów?
Udaje mi się robić te łódki bezawaryjnie, wkładam w nie całe serce i chyba to się ludziom podoba. Wielokrotnie też słyszałem, że mam swój charakterystyczny styl, że moje łódki nie są za bardzo wychuchane. Widać, że to jest rękodzieło, widać w nich rękę człowieka, a nie precyzyjny ruch maszyny.
Sam Pan robi te łodzie?
Zazwyczaj tak, czasem tylko potrzebuję jakiegoś pomocnika, aczkolwiek ostatnio zauważyłem, że najlepszym rozwiązaniem jest pomoc ludzi, którzy daną łódź ode mnie kupują. Widzą, jak powstaje, uczestniczą w procesie, łódź staje się od początku częścią ich życia, co potęguje późniejszą przyjemność jej użytkowania.
Co uważa Pan za swój największy sukces?
„Dar Mazowsza” – największa łódź rzeczna w Polsce, którą miałem przyjemność robić. 9,5 tony wagi, 17 metrów długości razem ze sterem. Robiliśmy ją z wolontariuszami przez 2,5 miesiąca, po 12–14 godzin dziennie. To taka moja wisienka na torcie.
Wyjątkowa była też nasuta, łódka z XV wieku zrobiona na zlecenie Nadwiślańskiej Organizacji Turystycznej w Toruniu. Odtwarzaliśmy ją z polichromii, która znajdowała się w Kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Toruniu. To przedziwna historia, bowiem na polichromii przez 300 lat wisiał krzyż, który przetrwał wojny i pożogi. Początkowo nie pozwolono go zdjąć, żeby sfotografować polichromię, ale pracownicy NOT-u tak „męczyli” przeora, że ten w końcu „się złamał”, zamknął kościół i dał im 10 minut na zdjęcie krzyża i zrobienie zdjęcia polichromii, na podstawie którego później zbudowaliśmy nasutę. Pod krzyżem było wielkie, białe miejsce.
Jaką decyzją z perspektywy czasu było pójście na swoje?
Cieszę się, że tak zrobiłem. Moje życie nabrało sensu, wiem, że nie jest ono zmarnowane. Od dawna czułem, że się do tego nadaję. Miałem w życiu sporo znaków, które mówiły mi, że idę w dobrą stronę, co dotarło do mnie po czasie, jak już te puzzle zaczęły się składać. Nigdy nie miałem zwątpienia, że źle wybrałem. Jak ktoś mi mówił, że nie dam rady, nie uda mi się, to robiłem na przekór i tym bardziej byłem zmotywowany. Brnąłem w to całą siłą.
Co by Pan poradził tym, którzy szukają w sobie podobnej odwagi?
Ludzie często mnie pytają, co zrobiłem, że mi się udało. To jest bardzo trudne pytanie. Trzeba chyba po prostu kierować się intuicją. Jeśli coś wychodzi komuś dobrze, cieszy jego i innych, ma sens, to nie ma co marnować życia na inne rzeczy. I nie należy przeliczać tego na kasę – bo wtedy to raczej nie wychodzi. Ja dzięki takiemu podejściu dziś nie wstaję do pracy. Wstaję, żeby robić to, co kocham. ***
Artykuł pochodzi z 39. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn do kupienia tutaj.