Pewnego dnia na łące pojawił się słoń.
— Co się tak patrzysz? Słonia nie widziałaś? — burknął do krowy,
która miała na imię Tula.
— Nie, nigdy — zamuczała Tula. — Napatrzyłaś się już? No to lecę. Ale nie poleciał, bo kto to widział latające słonie.

Jak chcesz, to możesz zostać — zaproponowała krasula.

— A co niby miałbym tu robić? — zdziwił się słoń.

— Będziemy sobie razem stać na łące i żuć trawę.

— Tu? — słoń z pogardą zwinął trąbę.

— Możemy tam — krasula Tula zrobiła dwa kroki w lewo, ale słoń ani myślał iść za nią.

— Słonie nie chodzą za krowami — wyjaśnił i już chciał odejść tam, skąd przyszedł, ale nie odszedł, bo nie mógł sobie przypomnieć, w którą to było stronę.

— Skąd się tu wziąłeś? — Tula wciąż przyglądała mu się ciekawie.

— Ze świata — machnął dumnie ogonem.

— Ze świata… — rozmarzyła się krowa. — Czy to daleko?

— A ty co? Świata nie widziałaś?

— Nie — Tula podróżowała tylko z łąki do domu. I odwrotnie. — A jak tam jest?

— Gorąco — słoń powachlował się uszami.

— Tu też bywa gorąco — zapewniła go Tula.

— Ale tam jest bardziej. I do tego pada deszcz.

— Tu też czasem pada — Tula lubiła, kiedy krople deszczu łaskotały ją w grzbiet.

— Ale tam bardziej — słoń nie dawał za wygraną. — A do tego tam rosną kwiaty.

— Tu… — zaczęła Tula.

— Nie takie — przerwał jej słoń i podniósł nogę. Spojrzał z wyższością na te, które właśnie podeptał. — Tam rosną taaaaakie kwiaty!

Tula nie wiedziała, co ma teraz powiedzieć. Spuściła łeb i zjadła kilka kwiatów koniczyny. I garść stokrotek.

— Tu rosną najlepsze kwiaty — uśmiechnęła się.

— Masz liść między zębami — zauważył słoń.

— Tu? — Tula przesunęła jęzorem po zębach. — Już? — zapytała i przysunęła głowę do słonia.

Słoń nie spojrzał, bo kto to widział, żeby słoń zaglądał krowie do pyska.

— Głodny jestem — mruknął.

— Poczęstuj się, proszę — Tula odsunęła się, żeby słoń mógł sobie wybrać ten kawałek łąki, który najbardziej mu się spodoba. — O, tu jest bardzo soczysta trawa — podpowiedziała.

— Tu? — słoń chciał się zaśmiać, ale przecież słonie się nie śmieją. Powachlował się więc uszami.

— Nie podoba ci się tu — Tula posmutniała.

— A co tu jest do podobania? — mruknął słoń i zamknął oczy. — Tam, skąd przybywam, wszystko jest ładniejsze. I góry są wyższe.

— Tu wcale nie ma gór — Tula dla pewności rozejrzała się po okolicy.

— No przecież mówię. U nas są wyższe — powiedział słoń i spojrzał na krasulę z wyższością. — U nas słońce zachodzi…

— U nas też zachodzi — ucieszyła się Tula, ale słoń zaraz jej przerwał:

— U nas zachodzi za góry.

— A tu… — zaczęła krowa i zamyśliła się. — Tu jest, jak jest.

— Właśnie widzę — machnął trąbą słoń.

Krasula posmutniała. Dlaczego ona nigdy tego nie widziała? Nic, tylko stoi tu, na łące, a tam deszcz, kwiaty i słońce! Smuciła się i smuciła, aż pysk się jej zmęczył. Znowu się więc uśmiechnęła:

— Zabierzesz mnie tam?

No i poszli. Na początku trochę błądzili.

— Czy to tu? — dopytywała Tula przyglądając się z zachwytem trawie, która pachniała inaczej, niż ta na jej łące, drzewom szumiącym opowieści inne niż te, które znała, skrzydłom całkiem różnym od tych, które miały znajome ptaki.

— To nie tu — mówił za każdym razem słoń, i wędrowali dalej.

W końcu słoń przypomniał sobie, gdzie jest jego miejsce. Zaprowadził tam Tulę.

— I co? Nie mówiłem? — machnął z satysfakcją trąbą.

Tula aż zaniemówiła z wrażenia.

— Tu… — zaczęła. A później spróbowała trochę trawy. — Tu jest…

— No, jak? — dopytywał słoń.

— Inaczej — uśmiechnęła się do niego krasula.

I położyła się na lewym boku, żeby odpocząć po podróży. Słoń też był zmęczony i chętnie by się zdrzemnął obok krowy, ale kto to widział słonia śpiącego na leżąco.

— To ty leż, a ja idę — powiedział i poszedł do kolegów.

Tula zasnęła. Śniło jej się, że lata. Wystarczy, że machnie jednym uchem i już unosi się nad ziemią. Może lecieć w lewo, może w prawo, a jak chce, to wcale nie leci, tylko stoi sobie na chmurze.

— Tula, leć z nami — wołają do niej ptaki.

I Tula leci.

— Tula, pobawimy się? — pytają motyle.

I Tula leci.

— Tula, dawno u nas nie byłaś — zachęcają krasulę do podróży na szczyt sosny wiewiórki.

I Tula leci.

Aż tu nagle krasula czuje, że robi się coraz cięższa. Macha jednym uchem — nic. Macha drugim — nic z tego! Nie może latać! Wylądowała na trawie, rozgląda się: jest pięknie, ale domu nie widać. Słonia też nie widać. I w ogóle nikogo, bo zrobiło się ciemno.

— I co teraz? — zamyśliła się Tula. — Mam mleko, ale nie mam go komu dać. A z pełnymi wymionami daleko nie polecę.

Tymczasem Tuli spodobało się latanie. Wróciła więc szybko do domu. A tam bardzo się ucieszyli, bo czekali i na nią, i na jej mleko. Po chwili krasula była już lekka jak piórko i właśnie miała znowu polecieć, kiedy się obudziła.

Patrzy: leży na swojej łące. Ufff, odetchnęła, bo jednak dobrze poczuć grunt pod nogami.

Rozczuliła się:

— Jak tu ładnie!

A inne krowy w śmiech:

— Patrzcie! Tula, krasula, która się rozczula!

Myśli sobie Tula: czy to wszystko mi się śniło? Ale widzi: tu i tam stokrotki pogniecione, trawa leży, ­koniczyna wdeptana w ziemię. Może by i pomyślała, że był tu słoń, i że ona, krasula latała…. ale kto to widział. 

Tekst: Grażyna Lutosławska

Zdjęcie: Mariusz Kalinowski

Artykuł pochodzi z 28. numeru Krainy Bugu.

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep