Miejsca

Jeden dzień lata w Tykocinie

W upalne, lipcowe przedpołudnie Tykocin przysypia. Starsi mieszkańcy siedzą na ławeczkach przed drewnianymi domkami, otulonymi różową poświatą wybujałych malw i wypatrują turystów, którzy z aparatami w ręku drepczą bo zabytkowym bruku na rynku. Od rzeki wieje delikatny wietrzyk… To będzie dobry dzień – mówię do siebie w duchu – i ruszam nad rzekę.

Brzeg Narwi, nad którą wyrasta historyczny Tykocin, jest zarośnięty i dziki, chociaż rzeka, ujarzmiona pod koniec lat siedemdziesiątych, płynie już jednym korytem i z pewnością nie jest tak malownicza jak przedtem, kiedy jej liczne odnogi oplatały srebrnymi smużkami kępy drzew na łące, a w starorzeczach zastygała wodna rzęsa. Co musiał przeżywać słynny fotograf i popularyzator przyrody Włodzimierz Puchalski, mieszkający trzy kilometry stąd, w Morusach, widząc, jak na jego oczach są one odcinane, kawałek po kawałeczku, od ramion jego ukochanej Narwi? „Widziałem w swoim życiu wiele jezior, rzek, rozlewisk, ale nieodparty urok tych bezkresnych wód, właśnie tam, w Morusach, obejmujących olbrzymią przestrzeń krajobrazu, należy w moich wspomnieniach do najpiękniejszych” – notował w pamiętniku. Wysychającą dziś dolinę zamieszkiwało niegdyś aż sto trzydzieści gatunków ptaków! A wiosenne rozlewiska, jak opisywał mistrz „bezkrwawych łowów”, należały do najpiękniejszych, niezapomnianych spektakli w przyrodzie. Miejscowi wspominają niezwykłe okazy ryb, głównie sumów, łowionych w wodach Narwi, zanim zanieczyściły ją ścieki z fabryk Białegostoku.

RZEKA, UJARZMIONA POD KONIEC LAT SIEDEMDZIESIĄTYCH, PŁYNIE JUŻ JEDNYM KORYTEM. KIEDYŚ JEJ LICZNE ODNOGI OPLATAŁY SREBRNYMI SMUŻKAMI KĘPY DRZEW NA ŁĄCE.

Teraz rzeka jest czysta, ku uciesze licznych wędkarzy, okupujących każdego dnia jej nabrzeże, porośnięte wikliną i trawami. Dziś, z wieży widokowej na północ od miasta, rozciąga się widok na rozległe łąki w miejscu dawnych bagien. Wystarczy zmrużyć oczy, by dojrzeć w tej oszałamiającej zieleni pojedyncze oczka wodne, mrugające nieskazitelnym błękitem. W głębi rozedrganego upałem horyzontu dostrzegam okazały zamek…

Podążać za światłem

Doszedłem do niego ulicą Puchalskiego, mijając po drodze drewniany pomnik poświęcony najwybitniejszemu autorowi filmów przyrodniczych w Polsce, który oddał tej podlaskiej krainie całe swoje serce i naukowy zapał. Ale wróćmy do zamku. W siedemnastym wieku był on największą obronną budowlą Rzeczypospolitej Obojga Narodów i nie ukrywam, że czuję respekt, wysuwając w jego kierunku szklane oko mojego obiektywu. Zagłębiając się w skomplikowaną historię zabytku, z góry wiedziałem, że i tak wszystkiego nie zapamiętam. W ten pogodny lipcowy dzień nie będę sobie zaprzątał głowy szczegółami, które mogę „doczytać” w domu, więc chowam przewodnik i idę dziarsko dalej.

Tykociński zamek został zrekonstruowany praktycznie od zera. Nawet nie wiadomo, czy dokładnie tak wyglądał w przeszłości. W środku znajduje się dziś muzeum i restauracja. Żegnając się z tym miejscem, dostrzegam gniazdo z bocianią rodziną, górujące nad okolicą, a za nim w tle pasącą się na łące w oddali klacz ze źrebięciem. Jak na idyllicznej pocztówce… Rozmarzam się trochę, a potem wracam przez most na lewy brzeg Narwi, do tykocińskiego centrum. Jest południe, płaskie światło, więc chwilowo nie robię zdjęć. Przechadzam się niespiesznie po wielkim Placu Czarnieckiego, zaglądam na ulicę 11 Listopada, Złotą i Piłsudskiego, za chwilę jestem na Choroszczańskiej, Zagumiennej, Kaczorowskiej, Klasztornej… Gdy na niebie pojawiają się chmury, wyciągam aparat, by sfotografować pomnik Czarnieckiego. W Tykocinie fotogeniczne jest wszystko. Trzeba tylko podążać za światłem. To wciąż się zmieniało i wciąż nowe kadry same wpadały mi w obiektyw. (…)

Cały artykuł przeczytasz w najnowszym numerze Krainy Bugu.

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów
Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *