To jedna z większych imprez rowerowych w Polsce, choć odbywa się w jednym ze słabiej zaludnionych regionów. Promuje go na tyle skutecznie, że uczestnicy przyjeżdżają tu z drugiego końca kraju i z zagranicy. Maratony Kresowe to cykl rowerowych wyścigów terenowych. W tym roku odbywał się już po raz osiemnasty.

TEKST Adam Białczak FOTO Archiwum Fundacji „Maratony Kresowe”

Jeżdżą całą wiosnę i lato: od kwietnia do września włącznie. W każdym sezonie odbywa się po kilkanaście zawodów, klasyfikowanych w kategorii MTB, czyli wyścigów terenowych. Przeważnie w województwie podlaskim, ale też w warmińsko-mazurskim i lubelskim. Jeden wyścig w sezonie zawsze odbywa się na Litwie. Kilka razy udało się przeprowadzić go na Białorusi.

Gdzie i po co

Białystok, Tykocin, Niemenczyn, Prostki, Siemiatycze, Wasilków, Janów, Żmudź, Narewka, Gołdap, Letniki, Augustów, Michałowo. A także Mielnik, Supraśl, Wojsławice, Olecko, Nowogród, Międzyrzec Podlaski, Sejny, Puńsk, Serpelice i Sarnaki. Osobom z odległych rejonów Polski te nazwy (poza Białymstokiem i Augustowem) pewnie niewiele mówią. Można więc inaczej: Wigierski Park Narodowy, Puszcza Knyszyńska, rzeka Wilia, Mazury Garbate, Podlaski Przełom Bugu. Tutaj już każdemu, kto lubi zjechać rowerem z asfaltu, zaczynają się świecić oczy, bo są to po prostu piękne okolice. Oczywiście, Maratony Kresowe to wyścigi, a nie rajdy. Tutaj walczy się o minuty i sekundy, nie można stanąć na fotografowanie przyrody i zwiedzanie zabytków. Ale zawsze można wrócić i pooglądać sobie to wszystko dokładniej.

Taki jest pierwszy z dwóch głównych celów imprezy: pokazanie tej części Polski. Fundacja „Maratony Kresowe” podkreśla, że jadąc na rowerze można zobaczyć więcej, niż idąc na piechotę, i dokładniej niż z okna samochodu. To trafia do przekonania, bo na startach stawia się po kilkuset uczestników i są to nie tylko ludzie z okolicy. Pojawia się Warszawa i Wrocław, są goście z krajów bałtyckich, a w annałach imprezy odnotowano ­również takie kraje jak Węgry, Szwecja i Francja.

Drugim celem jest zdrowie. Na dwóch kółkach jeździ mnóstwo ludzi, ale ściga się znacznie mniej. Rowerzyści z Podlasia przekonują, że warto zmobilizować się do większego wysiłku, bo tak buduje się rezerwę wydolności na choroby i starość.

Kto się zmaga

Startować może każdy, kto umie jeździć na rowerze. Każdy wyścig ma kilka kategorii dystansowo-wiekowych. Najmniejsi ścigają się w kategorii MIKRO po kilkaset metrów. Starsze kilkulatki i młodsze nastolatki w kategorii MINI zbliżają się do 10 kilometrów. Doświadczeni amatorzy w kategorii FIT robią kilkanaście do dwudziestu kilku. Wytrawni sportowcy to już kategoria MEGA, gdzie dochodzi się do kilkudziesięciu kilometrów.

Sama liczba kilometrów nie jest jednak miernikiem specyfiki tych wyścigów. Tutaj jeździ się nie po asfalcie, a po drogach gruntowych i leśnych ścieżkach, po błocie i piachu, z mocnymi podjazdami, po wystających korzeniach, w deszczu i upale. Takie ­kilometry liczy się w nogach i płucach inaczej.

Można się wybrać na jeden lub dwa wyścigi, można też zaliczyć wszystkie – i wtedy sumuje się wyniki w klasyfikacji generalnej. Były sezony, gdy przyjazd na cały cykl deklarowało nawet 2/3 ankietowanych. Przyciąga ich nie tylko piękna okolica. O serwowanych po wyścigu podlaskich kartaczach i soczewiakach krążą wśród kolarzy legendy. Kiszką ziemniaczaną też nikt nie pogardzi, a kawał sękacza lub mrówkowca na deser to najlepszy sposób na odbudowanie zasobów energetycznych.

Organizacja

Kilkanaście imprez w sezonie to duże wyzwanie organizacyjne. Trzeba wytyczyć, oznakować i zabezpieczyć trasy, zapewnić uczestnikom pakiety startowe i zadbać o pomiar czasu. Trzeba wreszcie załatwić mnóstwo formalnych spraw, szczególnie kiedy wyścig jest na terenie parku narodowego lub za granicą. Fundacja nie ma do tego żadnych pracowników etatowych. Na stałe przy wyścigach udziela się kilkanaście osób, korzystających z pomocy wypróbowanych partnerów w lokalnych instytucjach: urzędach gmin, ośrodkach sportu i strażach pożarnych.

Czasami na przeszkodzie staje siła wyższa. W czasie pandemii były ograniczenia imprez sportowych i liczby ich uczestników. Promowano wtedy formułę „Kresowe Wirtualnie”, gdzie stacjonarne trenażery sprzęgano softwarowo w jednym czasie i wyświetlano zawodnikom trasę. Potem przyszła „wojna hybrydowa” i kryzys migracyjny. Po wprowadzeniu stanu wyjątkowego w rejonach przygranicznych w 2021 r. trzeba było odwołać wyścig we Włodawie.

Ale to wyjątkowe sytuacje. Normalnie Maratony Kresowe to dobrze naoliwiona maszyna. Od 2009 r. przetarto ścieżki w wielu lokalnych samorządach. Są ­wypróbowani sponsorzy, działa zbiórka 1,5 procenta z PIT-ów. Da się ogarnąć nie tylko koszty ­własne, ale i czasem pomóc innym. Towarzyszące wyścigom licytacje wspierały ostatnio Fundację „Małe Cuda”, która zajmuje się rehabilitacją ciężko chorych dzieci. Ci, dla których „sprawność” oznacza dobry czas na wymagającej trasie, nie zapominają o tych, dla których to samo słowo oznacza możliwość wstania z łóżka.

Idea

— Działamy głównie w północno­-wschodniej i północnej Polsce, ale jesteśmy również w rejonie nadbużańskim: w Mielniku i Siemiatyczach. Jest pomysł, żeby kiedyś wrócić w rejon Sobiboru i Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego, choć nie mamy tu jeszcze skonkretyzowanych planów — mówi Mirosław Barej, prezes Fundacji „Maratony Kresowe”. — Punkt ciężkości kładziemy na sporcie, ale często jest tak, że osoby z dalszych części ­Polski zostają po wyścigu trochę dłużej albo specjalnie tu wracają. Objeżdżając trasy przed kolejnym sezonem spotykam też ludzi, którzy biorą z naszych stron ślad GPS i nawet jeśli się potem nie ścigają, wykorzystują go do swoich wycieczek. Jest to dla nich łatwiejsze niż planowanie z mapą, bo dzięki naszej pracy mają pewność, że trasa jest przejezdna. Służymy więc nie ­tylko sportowcom, ale i turystom. ***

Tekst pochodzi z 40. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn w wersji papierowej do kupienia tutaj.

Prenumerata – numery 39 i 40