Przychodzi taki czas, kiedy zaczynamy poświęcać więcej uwagi rzeczom, do których przywykliśmy w ciągu naszego życia. Na co dzień wydają się oczywiste i niepodważalne, dopiero kiedy je tracimy, budzi się w nas żal za niedocenianym darem od Boga. Takim darem jest woda.
To słowo zawiera w sobie cały kosmos. Woda to początek wszechrzeczy – jak zauważa Tales z Miletu. Woda to życie. Ruch. Zmiany. Poszukiwana na dalekich planetach z nadzieją odnalezienia choćby śladów prymitywnych form istnienia…
Pisząc te słowa słucham Blue in Green Milesa Davisa. Ten utwór zawsze kojarzył mi się z wodą. Już sam tytuł rodzi metafizyczne skojarzenia – niebieskie i zielone, niebo i ziemia, bo woda to zejście nieba na ziemię. Gdy błękit łączy się z zielonym, powstaje najpiękniejszy kolor świata. Taki nieoczywisty, taki pomiędzy, dzięki temu może przybierać tysiące odcieni, w zależności od światła, tła i głębi.
Wianki na wodzie
Woda od zarania dziejów jak magnes przyciągała człowieka. W przeszłości często śniłam o strumieniu, który srebrną wstążką wił się pośród kwitnących łąk. Dokładnie taki sam płynął za naszym gospodarstwem tuż obok olszynowego zagajnika. Pamiętam, jak w dzieciństwie w wolnych chwilach przesiadywałam z braćmi pod mostkiem, łowiąc cierniki i kiełbiki – takie małe rybki ze śmiesznymi wąsami. I pamiętam radość z moich pierwszych doświadczeń dzikiej wody – jej przejrzystość i chłodny dotyk. I jej niespieszny nurt, który porywał rzucane weń macierzankowe wianki i niósł je w nieznaną zieloną nieskończoność…
Czasami w ciepłe, świąteczne popołudnie ojciec w głębszej części potoku przy pomocy wielkiego wiklinowego kosza podbierał karasie, płocie i szczupaki… Smak tych zdobyczy, przyrządzonych przez babcię, był nieopisany.
Odwiedzaliśmy tę naszą dziką wodę o każdej porze roku. Zimą ślizgaliśmy się po zmrożonej tafli rozlewiska, wczesną wiosną brodziliśmy w poszukiwaniu kaczeńców i często po szkole puszczaliśmy na niej papierowe łódeczki. Podczas sianokosów, w upalne czerwcowe dni, chłodziła się w niej kanka z wodą.
Kolejna woda z mojego dzieciństwa to jeziorko w pobliskim lesie. Niezbyt głębokie, z ogromną ilością białych nenufarów kołyszących się na powierzchni. Dokładnie takich, jak te zerwane przez Józefa Toliboskiego dla swojej wybranki Barbary Niechcic z Nocy i dni. Biegaliśmy tam latem całą bandą, aby popływać. Niedawno, pierwszy raz po wielu latach, odwiedziłam to miejsce. Niestety, po jeziorze pozostała tylko mała, mętna sadzawka. Wspominam też staw w sadzie, niedaleko szkoły. Już w maju zdarzało nam się z bratem zapuszczać za ogrodzenie na nielegalną kąpiel. Było też niewielkie oczko wodne blisko pastwiska dla koni, gdzie wraz z babcią wyławiałyśmy grabiami jasnozieloną rzęsę, którą karmiło się kaczki.
Trudno też zapomnieć pierwsze spotkanie z Bugiem. Podczas jednej z niedzielnych wycieczek po raz pierwszy zobaczyłam tę rzekę – ciemną i groźną, z tajemniczymi wirami pośrodku. Zawsze była ciekawość, co jest po drugiej stronie. I pytanie, czy żyją tam ludzie tacy sami jak my. Wyobraźnię rozbudzały historie opowiadane przez starszych o tragediach, jakich doświadczali mieszkańcy zza Buga…
Kiedy ranne wstają zorze
Potem na długi czas straciłam kontakt z dziką wodą, niezamkniętą w rurach wodociągów – czasem tylko powracał sen o łowieniu ryb z moimi braćmi. Kąpałam się wyłącznie w basenie z chlorowaną wodą o przyjemnej temperaturze, z bezpiecznym, widocznym dnem. Moje ponowne przebudzenie nastąpiło ponad rok temu, kiedy odkryłam cieleśnicki staw. Prawdziwy cud natury, jeden z wielu niedocenianych, naturalnych zbiorników. Kąpiel w stawie o szóstej rano, kiedy wstają mgły, przy śpiewie budzących się do życia ptaków i wschodzącego słońca, to moment absolutnie magiczny. Podrywające się do lotu spłoszone kaczki i siwe czaple dopełniają romantyczny obraz, którego doświadczam wszystkimi zmysłami. Kto raz przeżyje taki spektakl, już na zawsze będzie za nim tęsknił… Raz przejrzałam się w strumieniu, I odtąd poznam siebie wśród reszty przestworu – słyszę w głowie Leśmianowskie strofy… Pływając w rześkiej wodzie czuję, jak przenika mnie energia świata, która pokrzepia w niezwykły sposób. Taka kąpiel to nagroda za wszelkie trudy życia – daje siłę, by mierzyć się z kolejnymi…
Deszcz nadziei
Od zawsze kontakt człowieka z wodą naznaczony był symbolicznie. Odczyn wody jest zbliżony do pH płynów ustrojowych w naszym organizmie. W wodzie rozwija się mały człowiek, woda z chrzcielnicy jest symbolem zbawienia, a biblijne obmywanie nóg oznacza miłość i pokorę. Stary i Nowy Testament są pełne fragmentów, w których woda przedstawiana jest jako symbol życia, ale też Ducha Świętego. Woda to odrodzenie i nadzieja: Woda, której dotykasz w rzece, jest ostatkiem tej, która przeszła, i początkiem tej, która przyjdzie; tak samo teraźniejszość – podpowiada Leonardo da Vinci, wtóruje mu Zbigniew Herbert, który w wierszu Do rzeki woła:
Rzeko – klepsydro wody przenośnio wieczności
wstępuję w ciebie coraz bardziej inny
że mógłbym być obłokiem rybą albo skałą
a ty jesteś niezmienna jak zegar co mierzy
metamorfozy ciała i upadki ducha.
Pomyślmy czasem z czułością o wodzie, trzymając w ręce napełnioną nią szklankę. A gdy przyjdą dżdżyste jesienne dni, wsłuchajmy się w melodię kropli deszczu uderzających o parapet. Aż spłynie na nas wielki spokój…
Podziękujmy wtedy za ten wspaniały dar, bo wdzięczność to jedyne, co możemy dać w zamian.
Tekst: Barbara Chwesiuk
Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu
Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep