Tak i ja go na spokojnie pociongnoł:
— Ale, Anatolij, to może ty i nie widział, jaki to i samochód był, tylko tak gadasz! — trafił ja chyba w sam srodek Tolka, bo spojrzał mnie w twarz, jakby zdziwiony, że może i ja nieco nie rozumiem jego gadki i gada:
— Widział, ale nie chce powiedzieć, bo to i nie uchodzit tak gadać! Ja ciebie powiem tolko, szto tam było „eeeeeeee” — Tolek zabeczał jak i jego kozy beczo, i ja myslał, że on mnie prosto jaki kawał i robi z tym beczeniem, bo jak może nazwa samochoda beczeć?
— „Eeeeeeeee”? — powtórzył ja jak jaka koza. — Ale co to i znaczy ty mnie powiedz. — Już ja miał chenć pacnonć Tolka za to beczenie, ale nagle ja zaczaił, że może i on co mówi do mnie, tylko ja nie umiem tego i połapać. Tylko jak? Może to jaki jego i szerf, czyli zagadka jaka?
— No ale ty mnie co więcej i powiedz, Anatolij, bo ja nic nie rozumiem z tego „eeeeeee” — ja spokojnie to powiedział, jakby i nie za bardzo chciał usłyszeć, ale i chciał, tak żeby Tolek i sam zdecydował. I zdecydował! A jakże! I mówi:
— „Eeeeeeee” eto w sieredzinie było. Tolko eto ja mogę skazać. I już nic wiencej nie skażu!
Tolek jakby sie przestraszył, że i powiedział, co nie chciał, tak i zabrał sie i poszed do swoich kóz. A ja już i wiedział, że i nie powie wiencej, bo on spokojny był też i w uparciu. Jak sie upar, to nic nie mogło i tego uparcia zamienić. Tak i został ja z tym beczeniem, ale za to wiedział, że ono w środku i było nazwy.
I wtedy mnie jakoś błysneło w głowie chyba albo i co trzasło, bo ja od razu zrozumiał, czemu Tolek sie wstydził gadać i jaki on widział samochód! Jeeeeeep to musiał i być, bo „eeeee” sie rzuciło na niego, i wstyd mu sie zrobiło, że samochód tak sie nazywa, jak jakie ostatnie słowo u niego, co to nigdy nie wypowiadał, bo wstyd. Jep, znaczy jeep było dla niego, a nie dżip, jak wszystkie mówili! Trzech jeepem jechało tutaj przedwczoraj! A to besczelne! W dzień, choć już i pod wieczor było! I pewno bańki nasze ciongli na pace!
Ot, miał ja ich jak na tacy jakiej u ksiendza na mszy! A to diabelskie nasienie besczelne jakie! W biały dzień? No, ja prosto nie móg ustać z tego zaburzenia! Znaczy, że pewno oni i wiedzieli, co nasze pognali na Kabarowych na Prykusy i nikogo nie ma we wsi! No bo inaczej jak? Tylko jak wiedzieli? Tego ja na razie i nie wiedział, i nie myslał, jak sie dowiedzieć, bo mnie już za dużo i było tego, co miał. Tak i jak zaczoł wracać na doły przez las, nie drogo, żeb szybcej, i doszed do dołów, i raz jescze zobaczył kopyta przy nich. Kozy. Ot, zagadka diabła, co go Grabul i widział, rozwionzana. Kozy to byli! Ot, Grabul przelonk sie kozich kopyt!
Tak i ja stanoł raz jescze koło dołów, żeby co i wypatrzeć może nowego, ale nie wypatrzył. Tak i wrócił ja do pychówki, sciongnoł jo na wode i popłynoł spowrotem do nas. Ale teraz ja płynoł i płynoł, jak stał z Tolkiem w lesie, że i nie mog dopłynonć. Bo ja nie płynoł, tylko myslał o tym jeepie i dwóch koszulach z okulurami i one mnie przed oczy włazili tak, że i ja zapominał pychać. Tak ja chwile pychał i zaraz mnie mysli napadali takie, że i mówić nie możno! Bo oni niezbyt ładne i byli. Tak jak ja i myslał, łódka sama płyneła, ale nie na brzeg, tylko w nurt. I ja tak stał niby, i to pychał, to myslał. Jak by kto zobaczył, to by pomyslał, jaki durak płynie, bo nie płynie. Ot, pychnie i stoi, i lampi sie gdzie, nie wiadomo gdzie. Ale mnie mocno to myslenie i opadło, bo ja nie mog inaczej. Tak i mnie rzeka i poniosła może i wiorste. Ot, ciemniuk jaki, prosto prygoł i parszruk. Tuman zatumaniony. Chyba jaki bez mózga sie zrobił, bo mnie on i stanoł i stoi.
Aż ja poczuł mocne ciach łodko chyba w jako łache koło brzega. Tak mnie i rzuciło, co ja wypad w wode! Ot, dopiero mnie mózg zaczoł wracać w głowe, i to szybko, że ja sie nie obejrzał, jak i wrócił. I wtedy ja zobaczył, że ja prawie i na brzeg skoczył, tak mnie majtneło z tej łódki. Najpierw i ja myslał, żeb płynonć spowrotem, ale jak pod prond, a silny akurat był. A i ja już i Wielki Most widział z daleka, tak i płyniencie byłob długie, jakie z godzine by zeszło albo i wiencej. Tak i ja zapchnoł łódke w krzaczory jakie, a wszendzie byli na brzegu, że i przejsć trudno nieco i było. Ale przeszed, a za nimi troche i pusto, i zaraz i lasek, a potem i pewno będzie szosa, jak w bok, a na prost nasza droga. To i ja do drogi. Ale, mysle, drogo nie ide, bo widzi mi sie, że ja musze zobaczyc, jak we wsi kto jest, bo może i co ja zobacze, czego i nie widział wczesniej. Tak ja tym paskiem łąkowym przy brzegu i szed, choć czasem on znikał i tylko krzaczory byli gęste.
Przede wsio ja stanoł i w lasku, i zaczoł patrzyć. A górka była pode mno, tak i jak miał widok niejaki na cało wieś prawie po domach. A z tej strony była pierwsza chałupa Gajowego, co go Marciniukiem zwali, choć on i nie Marciniuk, a tylko Marcinek był, a nazwisko miał prawdziwe Gajowy, choć żaden i gajowy, tylko pijak. Ale i jego nie było widać i nigdzie. Tak i ja dalej i patrzał, kto móg i być, jak nikogo nie było.
A naprzeciwko Gajowego mieszkali Kindziuki. Ja ich i słabo i znał, choć wszystkich znał i wszystkie sie we wsi i znali, ale Kindziuki zawsze jakie inne byli, bo oni takie niby na miastowe sie robili, bo Kindziuczka miała miastowo rodzine i myslała, że jak tak, to i ona troche i miastowa od razu sie zrobiła. Ale taka sama baba była. Ale u nich zawsze jakoś i inaczej było. Takie z zadenciem byli, co i ich nie za bardzo i ludzie lubili. Oni ani bimbru nie robili, ani i nie pili ze wszystkimi. Takie cudaki byli. Kindziuk był bogaty chłop, bo i traktora miał, i ziemi kawał, i krów ze dwa tuziny, tak i nie musiał bimbrować się, dosyć miał z ziemi. A nie powiem, pracowity był jak ta mrówka, i katoliki byli, do koscioła chodzili, ksiendzu dawali, tak i żyli nietykająco sie z nami za bardzo. Ot, takie jakieś indyki czubate-smyrkate, co to gulgoco, choć nie wiadomo po co. Tak i my ich jakoś i nie tykali, jak i oni nas.
Młody Kindziuk, Teodorek (ot, krzywde mu starzy i zrobili!), też nie powiem, nawet i czasami i przyjemny był dla nas. Tak nie za często, ale jakoś tak, i chodził z nami na rzeke, i na odpustach sie bawił, i dziewczyny jako tako go lubić też by mogące byli, ale on taki schowany w srodku był. Niby śmiać sie chciało, ale zaraz kulił sie i chował, jakby przestrach go jaki napad. I ja go nawet jakoś i lubił, choć wiedział, że Kindziuczka gada na mnie, że ja jakiś ostatni i pijak, i zbój. Ale jaki ja niby zbój, jak inne mnie poważali!? Toż ja by chyba i sam wiedział, a nie inaczej tylko sie jakoś i sam nie zapoznał, że zbój? Tak i ja jo omijał, ale Teodorka nie.
Tak i ja patrze akuratnie na ich zagrode. Pienkna jak malowanie. Czysto, porządnie, kafelki jakie przy domu, żeb se nóg nie uwalać w błocie, ale na podwórki i nie ma tego i błota, bo wysypane jakeś żwirem czy co. Jak nie u nas, tylko jakie kalwiny? Albo i gorsze lutry? Taka gładkosć, że prosto oczy kolące sie robio. Dalej pod stodoło i traktor stoi. Taki nowoczesny, z fabryki, i inne maszyny. No, prosto jakie Niemcy, a nie zwykłe katoliki nasze!
I tak ja sie lampie na to i lampie, i mnie jakoś i mózg chyba zasnoł, bo od tego lampienia ja stanoł cały i tak stoje i nie wiem, po co ja tu stoje. Tak i mnie troche to stanie i dzgneło, że i ja poczuł jaki ból dośrodkowy. No i jak ten ból poczuł, tak i ja zrozumiał, że ja tu miał nie stać, tylko pracować nad sprawo! I tak mnie to znowu dzgneło, że i ja mało co i nie spad z tej górki, co stał! I dobrze! Bo co jak tak stał i stał? Toż ja niby już detektew, a nie prosty chłop wiejski z Mlekomłot! Tak i ja od razu i poczuł, że już inaczej patrzyć idzie!
I ja i nagle i zobaczył! Znaczy mój mózg, jak i ja pomyslał, on sam już dawno i zobaczył, i od tego i tak stał! Bo ja i widział, choć i sam w środku i najprzód i nie widział, tylko mózg. Motor!
Skąd u Kindziuków motor? Kindziuczka nigdy nie dałaby Teodorkowi siąć na jaki motor! Ja słyszał, jak ona darła sie na Teodorka i na ojca, że durne, że sie pozabijajo i że nie ma żadnej gadki, żeb jaki motor tu był u nich, i to nigdy! A tu nagle i motor stoi? Może cudzy? Ale nie! Widzę, nie ma nikogo i obcego w obejsciu, tylko Teodorek chodzi koło motorka i co tam niby robi, choć co on tam i niby miał i robić, jak on w motorach nie kumaty nijak, prosto noga jaka, bo i jak inaczej, jak nigdy nie miał. A tu robi. To i mnie sie jakoś i dziwne okazywało sie i jakieś takie, że ja nie mog i pomysleć, że jest.
I ja patrze, a Teodorek zapala z kopniaka motorek, siada i jedzie! No, to i mnie dopiero i przymurowało, jak by ja i przez głowe jakim i dyszelkiem dostał. Teodorek na motorze jedzie? I Kindziuczka nie goni? Tak nie może być, bo i nie było i nijak nie pomysleć! A jedzie!
Na szose nie jedzie, bo i jak, jak i dokomentu nie ma, ale na ogród jedzie, i wraca, i znowu jedzie. I ja tak za nim i oczami ciongne, w te i na powrót, i znowu w te albo tamte i na powrót, aż mnie jakoś i zajasniało w głowie, że to nie może i tak być, bo i nie było! Tylko co, jak nie było? Gdzie Kindziuczka, wróg najgorliwszy motorków? Spi czy co? Na miasto do Lejkowa sie wybrała?
Tak i ja wtedy i zrozumiał, choć i nie poczuł, tylko mózg sam dla siebie tak zrobił, że ja zaraz i Teodorka dopasć potrzebował, żeb to wszystko mnie sie pojasniało! Bo w tym – ja już i razem z moim mózgiem zaczoł i czuć tak samo prawie – coś takie siedziało, że ja nie mog ustać. Bo i jescze mnie doszło i to, że nikoguśko na wsi z chłopów i nie ma, tylko sam Teodorek! No jak to? Toż niby wszystkie na Kabarowych i pojszli, a tu ten gagatek sie ostał?
Mnie już nosiło od tej wiedzy, tak i ja puscił sie z górki w pędy takie, że na dole mnie przegieło przy szosie i pacnoł w nawołoć jak jaki długi, bo nie mog sie i zatrzymac. Miastowe nazywajo jo mimoza, ale one same jak te mimoza, to i tak nazywajo. Ja zaraz sie zebrał, kwiatki wykruszył z głowy i ubrania, żeb porzondnie wygląd trzymać, i poszed prosto na Teodorka, choć troche i został żółty.
Na podwórko ja wszed akurat, jak Teodorek i na mnie sam wyjechał na motorku. Motorek, widzę, nowiutki, błysczy jak odpustowy garnietur, wuefemka! No, powodzi sie! Pieniondz spory za takie cacko trzeba i dać.
Teodorek bachnoł przede mno jak kurak zestrachany po hamulcach, aż kurz poleciał na około.
— Sie powodzi, widze! — rzucił ja na rybke, żeb od razu zagadnonć.
— A ja tak tylko… Na podworze… Nie wyjezdżam. — Teodorek był wyraznie jakiś cudzy, bo nie swój.
— To jak tam nowy motorek? — tak ja i postanowił i walić prosto, bez zawijania. — A matka nie krzyczy?
— Matka do siostry w Lejkowie pojechała, bo z ojcem sie pożarli. Tydzień już bendzie, jak nie wraca, tak i może i nie za prendko wracać przyjdzie. I ja już swoje mam lata, to i matce i powiem, że motor ma być… I ja sam go kupił, za swoje… — tu Teodorek jakoś sie zacioł, jakby mu sie przypomneło, że chyba i nie powinien i tak gadać, bo jakoś za dużo.
— Prawda, lata so, i motorek jest. I jescze jaki ładny! Pewno i koszt ładny, co? — zahaczyłem ja Teodorka, żeby troche pociongnonć. Ale on jakoś i tak i stanoł naprzeciw, i stoi, i przymus jaki widać na twarzy, jakby mocno i myslał. I mnie sie jakoś i z mózgiem moim udało zegrać, bo ja poczuł, jak mnie jakiś goronc do głowy i dochodzi, bo ja nie wiedział, ale i wiedział jakby, czyli czuł, że ja wiem, skond i ten motorek.
Chwycił ja już za kierownice, bo Teodorek sie szarpać chciał i uciekać. Ot, pacan, myslał, że ja tu jaki durny przyszed, żeb pogadać. Ale nie tak! Oj, nie! Ja już i wiedział, skond ten motorek!
— A to Teodorek powiedz no mnie, ja prosze grzecznie na razie, skond ten motorek, co? — i mine ja tako zrobił, że Teodorek sie troche odsunoł, żeb ja go tak prosto w zasiengu i nie miał na wszelki wypadek czy co. Ale ja był i szybszy niż mysl jego, i cap za chabety, i trzymam gagatka i motor, i mówie:
— Ty mów mnie wszystko jasno i prosto jak ksiendzu, bo jak ja sie zdenerwuje, to moge jako i krzywde zrobic, ty rozumiesz? — potrzonsł im porzondnie, żeb wiedział, że to nie żarty byli, bo nie byli. Bo jak by nie chciał gadać, to by ja go i jakoś i przetroncił, tak żeby pokazać, że żarty sie skonczyli!
— Ale co mówić? Ja nie wiem, co… — no Teodorek widać poszed w strone tumanienia, tak i ja najsamprzód o glebe go troncił, tak że zarył głowo w żwirek podwórkowy. No i wtedy już wiedział, że zaraz przyjdzie do lania w morde, bo inaczej już nie może być.
— Nie! Już nie trzeba! Ja powiem!… — Teodorek zmienk szybko, ale i wiedział, że ja moge być i prawdziwy zbój, jak mnie matka jego widzenie zaczerniała dawno i cały czas. Tak i wiedział, że ja nie na żarty moge mu jako i krzywde poczynić.
— No to gadaj jak na spowiedzi, bo inaczej bendzie młocka z cepami jak na snopkach! — tu ja już i poczuł taki napływ goronca, że i gadka sama poszła na ostro jak jaka i kosa!
— Mnie kazali nie mówić nikomu, ale powiem. Nie bij! — Teodorek sie rencami zasłonil, ale wiedział, że to słaba zasłonka na moje cepy. Ale odruch był.
— Powiedzieli, że motor dadzo prawdziwy nowy, jak im bede mówił co i jak we wsi z bimbrem idzie… — Teodorek zaczoł mówić i zaraz też i płakać. Tak i mnie prawie i żal jaki sie zrobił jego, ale tylko że nie zrozumiał na razie, co on mówi. Bo jak zaraz i zrozumiał, to już mnie i cepy same prawie poszli w dół! Choć ja już i wczesniej i wiedział jakoś, że tak i własnie i jest, tylko mnie obraz jaki potrzebny był, a tylko mój mózg mog bez niego. Ja nie. Tak wienc jak Teodorek przemówił, tak i jak od razu i wszystko ja jak jaki obraz i zobaczył! Ale trzymam gębe na kłódke, niech gada!
— No i…? Co dalej? Gadaj! — ja już krzyknoł z takim hukiem, że sam sie przestraszył, że taki okrutnik ze mnie.
— I dalej ja im mówił, że taki i taki robi bimber, że tam chowa… — Teodorek już był mientki jak jajko. — I w końcu oni przyjechali do nas, zabrali mnie do lasu i mówio, że jak chce ten motor, to musze coś im dać takiego estra. Ja nie zrozumiał, co, więc wytłumaczyli mnie, żeb im powiedzieć, kiedy u nas chłopów nie bendzie. No to jak wszystkie pognali na Prysiuki, jak bimber poginoł, to ja im i powiedział. Poszed do sołtysa i zadzwonił, bo oni mnie numer dali… — tu mnie już goronc sie wypalił jaki, bo ja zaczoł być normalnie, i z mózgiem już chyba i razem.
Czyli, szkodniki pieprzone miastowe, wkrencili Teodorka jako szpiega swojego, żeb im sytuacje nastawiał i żeb mieli taki oglond, kiedy można, a kiedy nie. No, to już bandytctwo jakie sie zrobiło!
— Tak ty mnie jescze Teodorek opisać tych ludzi musisz i numer dać, co i ty dzwonił! — ja już i na spokojnie mu przemówił, bo i nie było już i po co groznie na niego nastawać.
Tak i Teodorek mnie wszystko na spokojnie i powiedział. Że to dwóch miastowych, w koszulach kwiatowych jakichć, że jeepem jezdzili, że numer był do garnizona naszego! Ale sprytnie nie do kogoś było, tylko wiadmosć jakomś miał zostawić w budce, że to niby kto odbierze. Ale jak, nie wiedział. I kto, też nie wiedział.
Czyli że tak. Dwóch miastowych i jakiś wojskowy z garnizona namówili sie na nasz bimber, co wszystkie wiedzieli, że najlepszy. Od Teodorka dowiedzieli sie, gdzie chowany, i zaraz, ciach i ciach, zabrali kanki z jednego doła. Bo pewno i wiencej na razie i wiezć nie zmogli. Ale posprzedawali, bo i najlepszy był, wienc łatwo, i dawaj mysleć, że można i wiencej, tylko żeb nikt nie przyuważył. Tak i dowiedzieli sie od Teodorka, jak nasze wyprawili sie na Kabarowych i wtedy już na całego poszli i powykopywali insze doły, prosto w dzień! I pozabierali. I wtedy ich Ataman widział.
No, zbóje! Ja już ich i widział w głowie! Tylko teraz trzeba ich jescze zdybać! Bo co, że ja niby wiem, jak ani złodziejów, ani bimbru nie ma?
Tu Stefan zawahał się przez chwilę, czy mówić dalej, ale widać przeważyło w nim coś takiego, że tylko machnął ręką i bez słowa tłumaczenia, z jakimś grymasem na twarzy odszedł w ciemność. Nie wiedzieliśmy, czy oznaczało to koniec opowieści czy tylko chwilowe jej załamanie. Z nadzieją czekaliśmy więc na kolejny wieczór.
tekst: Andrzej Zawadzki
grafika: Paweł Litwin
Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu
Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep