Minęła połowa grudnia, a zamiast śniegu od rana padał deszcz. Pustelnik Józio z chatki przy kapliczce wyszedł z lasu z powodu bólu jednego z dwóch ostatnich zębów, przedwojennych, jak je nazywał. W długiej pelerynie z kapturem i w gumofilcach wlókł się poboczem obwodnicy do przychodni stomatologicznej. Za nim szedł jego stary pies Bolo.

Tuż przed mostem, prowadzącym na rynek miasteczka po drugiej stronie rzeki, minął zaparkowanego tira. Kierowca stał w strugach deszczu obok szoferki, od strony pobocza, i majstrował przy bocznym lusterku.

Kiedy po niespełna godzinie Józio wracał z przychodni zagryzając wacik zamiast zęba, tir nadal tam stał. Razem z kierowcą, majstrującym przy lusterku. Nie przestawało lać, więc Józio, wypluwszy wacik i odgoniwszy od niego Bola, postanowił zajść do kościoła w nadziei, że ksiądz proboszcz da mu parę groszy za opiekę nad kapliczką. I słusznie: ksiądz wyjął z kieszeni sutanny garść bilonu i odliczył, jak zwykle, piętnaście złotych. Chociaż Józio, jak zwykle, liczył na więcej. Liczył też, że na rynku spotka jakiegoś znajomka, który postawi mu piwo, on się zrewanżuje i jakoś ten deszcz razem przeczekają. Rynek, mimo świątecznych dekoracji, wyglądał w deszczu jak pusty kufel, nad którym ćmiąc papierosa siedział w podcieniach Romek, były pogranicznik, na rencie, odkąd stracił oko w akcji. Józio zamówił dwa piwa.

Tymczasem na obwodnicy przed mostem zatrzymało się auto, z którego wysiadła spóźniona na pierwszą lekcję nauczycielka polskiego. Przyjechała okazją, bo jej stary golf nie zapalił. Dziękując za podwózkę, kątem oka dostrzegła zaparkowanego nieopodal tira. I kierowcę, który naprawiał boczne lusterko. Ruszyła pospiesznie na rynek, minęła w podcieniach popijających piwo Pustelnika i Romka bez oka, którzy ukłonili się jej z wylewną uprzejmością. Wbiegła do szkoły tuż po dzwonku na przerwę i zdążyła wślizgnąć się do pokoju nauczycielskiego, zanim wypełniło go wracające z lekcji grono pedagogiczne. Już miała tłumaczyć swoje spóźnienie, kiedy fizyczka szepnęła jej na ucho:

— Mąż Janki od pięciu dni nie wrócił do domu. Dzwoniła, że dziś nie przyjdzie. Dyrekcja prosi, żebyś na tych parę dni do ferii wzięła jej klasy.

— Coś mu się stało? Przed świętami?

— Nie wiadomo. Nie wrócił z trasy. Nie ma z nim kontaktu. Ani firma, ani Janka.

Janka była od roku drugą polonistką w klasach cztery–osiem. Jej mąż pracował w firmie przewozowej. Często wyjeżdżał za granicę. Ludzie mówili, że miał kiedyś własną firmę, ale splajtował i teraz ma długi i pije, że ją zdradza, a nawet bije. Może i ją zdradzał. Gdyby wierzyć ludziom, to w miasteczku wszyscy spali ze sobą na krzyż, mieli kredyty i długi. I nikt nie wylewał za kołnierz. Ale żeby ją bił, to niemożliwe. Janka nigdy się nie skarżyła. Chociaż czasem przychodziła do szkoły w ciemnych okularach, to może raczej dlatego, że płakała po nocach z tęsknoty.

Kiedy pod wieczór Pustelnik z lekka chwiejnym krokiem wracał wreszcie do siebie, a za nim Bolo, deszcz wciąż padał. A tir ciągle tam stał, na zgaszonych światłach. Józio miał wrażenie, że kierowca wciąż majstruje przy lusterku bocznym. Ponieważ jednak zapadał zmrok, do tego ten deszcz, wyrwany ząb i piwo, Józio pomyślał, że tylko mu się tak zdaje. Podobnie zresztą, z wyjątkiem zęba i piwa, pomyślała chwilę później nauczycielka polskiego, która ledwo wyszła na obwodnicę, zaraz złapała okazję z powrotem do domu.

Nazajutrz rano przestało padać, lecz całe miasteczko zasnuła gęsta mgła od rzeki. Kiedy pierwszy poranny przechodzeń chciał pomóc kierowcy naprawiającemu lusterko boczne tira na poboczu obwodnicy, okazało się, że on wcale lusterka nie naprawiał, tylko się na nim powiesił.

Tekst: Leszek Stafiej

Artykuł pochodzi z 28. numeru Krainy Bugu

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep