Ludzie

Współcześni pozytywiści z mazowieckiej wsi

Przeciwieństwa zazwyczaj się przyciągają, tworząc niekiedy wybuchową mieszankę, której oddziaływanie może mieć dalekosiężne skutki. Tak właśnie można zobrazować życie Ewy i Leszka Kunickich, których siła wybuchu gazu w gdańskiej kamienicy „wyrzuciła” na mazowiecką wieś. Już prawie dwudziestoletnia działalność małżeństwa przypomina pozytywistyczną pracę u podstaw.

Był rok 1995. W kwietniowy wielkanocny poranek gdańskim wieżowcem przy al. Wojska Polskiego wstrząsnęła eksplozja gazu. Wybuch był tak silny, że w znajdującym się po sąsiedzku mieszkaniu Ewy i Leszka Kunickich, którzy spali przy uchylonym oknie, wyrwało zasłonkę. To właśnie wtedy stwierdzili, że miasto nie jest dla nich, tym bardziej że już wcześniej pojawiały się w ich głowach podobne myśli.

— Do trzeciego roku studiów byłem zafascynowany tym tyglem panującym w mieście. Myślałem, że to jest moje miejsce. Potem coś się we mnie odezwało. Powiedziałem profesorowi, że dyplom z malarstwa chciałbym robić w domu w Skrzeszewie, i tak też się stało. Nie przestraszyliśmy się gazu, ale to całe zajście pomogło nam podjąć decyzję. To był impuls. Stwierdziłem, że jak emocje opadną, będzie trudniej. Gdyby nie ta eksplozja, być może jeszcze długo byśmy się zastanawiali nad wyprowadzką, może byśmy byli gdzieś indziej — opowiada pan Leszek.

Państwo Kuniccy poznali się w liceum plastycznym w Supraślu. On był o rok starszy, chodził jednak za młodszą koleżanką tak długo, aż ta zgodziła się zostać jego dziewczyną.

— Jesteśmy razem od drugiej klasy szkoły średniej. Supraśl był naszym miejscem, do dziś mamy do niego wielki sentyment. Tam przeżyliśmy najpiękniejsze lata, stamtąd mamy najlepszych przyjaciół, tam zostaliśmy ukształtowani estetycznie, bo szkoła mieści się w pięknym pałacu, do tego nauczyciele byli fantastyczni i atmosfera wspaniała — mówi z uśmiechem na ustach pani Ewa. Po maturze wyjechali do Gdańska. On studiował na ASP, ona pracowała. Później ona wychowywała dziecko, on zarabiał na dom, pracując w pracowni konserwacji dzieł sztuki. — Praca mi się podobała, dużo rzeczy się tam nauczyłem, ale nie podobał mi się ten codzienny kierat. Dojazd tramwajem i autobusem zajmował mi godzinę w jedną stronę. Jak to sobie pomnożyłem przez 360 dni, to stwierdziłem, że ucieka mi kawał życia — wspomina nasz bohater. W międzyczasie młodych odwiedzał ojciec pana Leszka, który zawsze podkreślał, że w Skrzeszewie czeka na nich piętro w rodzinnym domu i nie rozumie, dlaczego gnieżdżą się w wynajmowanym mieszkaniu. Wszystko to spowodowało, że pamiętnego 15 kwietnia 1995 r., kiedy doszło do wybuchu, państwo Kuniccy postanowili zrobić wielkie boom również w swoim życiu.

Początki skrzeszewskiego okresu ich życia do wesołych nie należały.

— Byłam totalnie uziemiona. Miałam malutkie dziecko, nie widziałam żadnych perspektyw, siedziałam i płakałam w poduszkę, że jestem na wsi, tęskniłam za Gdańskiem, gdzie zostawiłam pracę, znajomych, przyjaciół. Mąż w tym czasie zaczął realizować swoje pomysły — wspomina Ewa Kunicka. Po raz kolejny w ich wspólnym życiu naprzeciw siebie stanęły skrajne cechy charakteru: optymizm pana Leszka, który chciał kontynuować to, czym zajmował się w Gdańsku, oraz realizm z domieszką pesymizmu jego żony. Zwyciężyło to pierwsze i tak w 1996 r., po miesiącu bezczynności, wizytach w urzędzie pracy, pokonaniu biurokracji i niechęci urzędników powstała Pracownia Sztuki Użytkowej „Re” Leszek Kunicki, której działalność opiera się na konserwacji i ręcznym wytwarzaniu unikatowych mebli. — Patrząc z perspektywy czasu, to był jakiś obłęd. Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat. Firmę prowadziliśmy na wsi bez internetu i telefonu — wspomina pani Ewa, a jej mąż dodaje: — Ten pomysł jak na warunki powiatowe był tak szalony, że gdy składałem wniosek o kredyt preferencyjny na rozpoczęcie działalności, to pani, która go przyjmowała, pytała, czemu nie jest to piekarnia, zakład mechaniczny lub coś w tym rodzaju, bo łatwiej byłoby taką działalność prowadzić również pod względem księgowym.

Pierwsze zamówienie przyszło dzięki Beacie Kozłowskiej, znajomej dekoratorce wnętrz z Warszawy, która poleciła państwa Kunickich swoim klientom, a dotyczyło ono konserwacji złoconych foteli, sztukaterii gipsowej.

— Wieźliśmy te piękne, rzeźbione fotele maluchem w przyczepce do Radości pod Warszawą, do ekskluzywnego domu z marmurami. Musiało to śmiesznie wyglądać — wspomina pani Ewa. Potem były kolejne zamówienia, z czasem trzeba było zatrudnić ludzi do pracy, przenieść warsztat do większego budynku. Pan Leszek dłubał w swojej pracowni, jego żona załatwiała sprawy papierkowe, przywoziła śrubki, farby itp. W międzyczasie dojrzała w niej myśl o zrobieniu czegoś dla siebie, skończyła więc pedagogikę kulturoznawczą, wróciła do malowania, które zawsze było jej wielką pasją, i rozpoczęła pracę z dziećmi na różnego rodzaju warsztatach i plenerach plastycznych.

Kolejny życiowy zwrot przyszedł, kiedy okazało się, że piętro domu rodziców zrobiło się za ciasne. Pan Leszek postanowił, że zbuduje dom, od czego już tradycyjnie odwodziła go żona. Kiedy jednak przez kilka miesięcy mijali wystawioną na sprzedaż działkę, również ona przekonała się do tego pomysłu. Na kawałku ziemi, który stał się własnością państwa Kunickich, znajdował się mały drewniany domek. Początkowo mieli go wyremontować i w nim zamieszkać, szybko jednak stwierdzili, że nie opłaca się tego robić, i zaczęli budować dom od podstaw. Chociaż klimatyczny wiejski budynek pozostał i dziś mieści się w nim galeria, którą śmiało można nazwać prywatnym skrzeszewskim domem kultury.

Dojazd tramwajem i autobusem zajmował mi godzinę w jedną stronę. Jak to sobie pomnożyłem przez 360 dni, to stwierdziłem, że ucieka mi kawał życia.

— Jak się tu przeprowadziliśmy, to ubolewaliśmy nad tym, że dzieci nie mają dostępu do kultury. Mieliśmy dużo energii i chcieliśmy coś w tym temacie zrobić. Wychowałam się w mieście, do wszystkiego miałam dostęp i wiem, ile znaczy edukacja kulturalna. Stwierdziliśmy, że warto tutaj też coś zrobić — podkreśla pani Ewa. Tym oto sposobem w małym Skrzeszewie zaczęły odbywać się konkursy plastyczne dla dzieci, wernisaże, wystawy. Okoliczni mieszkańcy podchodzili do tych przedsięwzięć sceptycznie, do czasu jednak kiedy sami stali się bohaterami wystawy. Wszystko za sprawą niemieckiego wiolonczelisty i fotografa Henninga Harmsa, znajomego państwa Kunickich, którego podczas pierwszej wizyty oczarowała galeria i sama wioska, postanowił więc chodzić po niej i robić portrety miejscowej ludności.

— Byłam pewna, że to nie ma racji bytu, ale okazało się, że są chętni. Henning zrobił duże realistyczne portrety, a potem wystawę, na którą przyjechali nawet dziennikarze z telewizji i gazet. To wtedy po raz pierwszy tak licznie odwiedzili nas mieszkańcy wsi, co nas bardzo ucieszyło — wspomina początki artystycznej działalności pani Ewa.

Po tym wydarzeniu animatorzy kultury ze Skrzeszewa poszli za ciosem i wykorzystali znajomości, które zdobyli dzięki galerii. Tak oto na mazowiecką wieś przyjechał teatr eksperymentalny Akademia Ruchu, którego przedstawienie – obok koncertu wiolonczelisty, wystaw kilku malarzy i warsztatów teatralnych dla dzieci – było częścią projektu „Przyjaciele sztuki”. Rok później małżeństwo powtórzyło przedsięwzięcie, ale jego motywem przewodnim były filmy. Ich projekcje odbywały się na dużym ekranie ustawionym przed galerią, a całość dopięły koncert flecistek z duetu Flute O’clock i wystawy – na jednej z nich można było obejrzeć płyty gipsowe, których użyczył Piotr Dumała, światowej sławy specjalista od animacji. Potem do Skrzeszewa zaproszono Janusza Józefowicza, który ostatecznie nie mógł przyjechać w umówionym terminie, jednak w ramach zadośćuczynienia zaprosił dzieci z miejscowej szkoły na spektakl „Romeo i Julia”.

— Chcieliśmy w ten sposób rozwijać aktywność twórczą i kulturalną dzieci — mówi pani Ewa. Jak wielką rzecz swoimi działaniami robią ci ludzie dla najmłodszych mieszkańców Skrzeszewa, mówić nie trzeba.

Trzeba po prostu robić to, co się lubi, bez względu na korzyści lub ich brak.

Kiedy budowa domu weszła w decydującą fazę, rzeczywistość zmusiła państwa Kunickich do rezygnacji z prowadzenia tak szeroko zakrojonej działalności kulturalnej, ograniczyli ją więc do wakacyjnych wystaw i ekspozycji obrazów i mebli w galerii.

Plany na przyszłość?

— Nie planować — mówi pan Leszek z uśmiechem, po czym rozwodzi się na temat tego, co chce zrobić: — Od kilkunastu lat szukam choćby najmniejszych śladów po Dworze Skrzeszewskim, po którym zostało kilka drzew z dawnego parku, staw, tzw. lodownia i resztki fundamentów po czworakach. Przy okazji tych poszukiwań udało mi się dotrzeć do śladów z historii Skrzeszewa i w naszej galerii chciałbym zrobić wystawę jej poświęconą. Także ostatnio skupiam się na poszukiwaniu ludzi, którzy mają jakąkolwiek wiedzę na temat tego dworu i to jest plan na niedaleką przyszłość. Poza tym w roku 2015 przypada 20-lecie naszej działalności, które chcemy uczcić imprezą kulturalną w stylu tych wcześniejszych.

— Trzeba po prostu robić to, co się lubi, bez względu na korzyści lub ich brak. To powoduje, że łańcuszek się otwiera, a świat zaczyna sprzyjać. Nie można siedzieć i mówić, że chce się coś robić, tylko trzeba to robić — już optymistycznie dodaje pani Ewa i myśli o pracowni plastycznej, w której mogłaby zarażać swoją pasją nie tylko dzieci i młodzież, lecz także dorosłych i seniorów. Nie mam wątpliwości, że w przypadku tak nieprzewidywalnego artystycznego duetu nie będzie inaczej, a skorzystają na tym nie tylko mieszkańcy Skrzeszewa, lecz także ci, których ciekawość popchnie do zboczenia z drogi i wstąpienia do przydrożnej galerii, mieszczącej się przy trasie z Sokołowa Podlaskiego do Drohiczyna.

Tekst: Justyna Franczuk | Zdjęcia: Sylwia Garucka-Tarkowska

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *