Przed kilkoma laty w kameralnie przeprowadzonym wywiadzie telewizyjnym ś.p. Grzegorz Miecugow spytał mnie, co – jako dyrektor zoo – sądzę o naszych relacjach ze zwierzętami. Wtedy po raz pierwszy użyłem do ich określenia słowa „hipokryzja”.

Ludzie od pradziejów wykorzystują zwierzęta: zjadają je, ubierają się w ich futra, robią z nich narzędzia i ozdoby, oswoili je i udomowili, a potem upodlili. Polowania na zwierzęta i mięsna dieta rozwinęły nasz mózg, a hodowla zwierząt wymusiła osiadły tryb życia (podobnie, lokalnie, mogła zadziałać uprawa prosa na piwo), co rozwinęło prawo własności, dziedziczenie dóbr i ich gromadzenie, handel i wojny. Społeczności zbieracko­-łowieckie nie wiedziały, co to emancypacja i konwencja stambulska, ale obie płcie i tak miały w nich równe prawa i obowiązki.

Oswojenie wilka i przekształcenie go w psa, co nastąpiło przed około 20–30 tysiącami lat, wspierało efektywność polowania. Udomowienie owiec i kóz tylko trochę zmieniło koczowniczy tryb życia, ale udomowienie dzika i uzyskanie świni już wymusiło życie osiadłe. To samo z krową. Zaczęła się uprawa roślin nie tylko na potrzeby ludzi, ale także na potrzeby udomowionych zwierząt. Teraz globalne powierzchnie upraw dla zwierząt są większe nich obszar upraw roślin dających pokarm bezpośrednio dla ludzi, a zwierzęta gospodarskie żyjące współcześnie na Ziemi ważą więcej niż wszyscy ludzie razem wzięci.

Lawinowo wzrasta spożycie mięsa, a jednocześnie ludzie w miastach deklarują, że trzeba dbać o dobrostan zwierząt gospodarskich. Jedzą coraz więcej kiełbasy, grilowanej karkówki i steków wołowych, ale jednocześnie krytykują łowiectwo, warunki życia krowy na wsi i niedolę kury nioski znoszącej jaja z „trójką” (bo jaja z „jedynką” są zdaniem „ekologów” jak najbardziej OK). Zjadamy coraz więcej kurzych jaj, ale konsumenci z dużych miast chcą widzieć na jaju symbol stopnia upodlenia kury. Pijąc mleko z kartonika nie chcą jednak wiedzieć o stopniu upodlenia krowy. Regularnie, gdy na wykładach opowiadam o hipokryzji w naszych relacjach ze zwierzętami, zgłaszają się do dyskusji osoby, które twierdzą, że „przecież współczesna krowa daje mleko bez potrzeby zachodzenia w ciążę”. Ci ludzie nie chcą wiedzieć, że cielęcina to produkt uboczny nowoczesnego przemysłu mleczarskiego. Nie chcą jeść mięsa ze względów światopoglądowych, ale ich świat jest poukładany w sposób trochę marzycielski, a trochę bajkowy. Spożywanie nabiału jest symbolem rozgrzeszenia naszej dominacji nad zwierzętami, ale tak naprawdę to taki sam grzech jak spożywanie mięsa zwierząt z przemysłowej hodowli.

Nadbużańska Mućka pasie się szczęśliwie na łące pełnej kwiatków. Troskliwy gospodarz na czas wydoi, powie do niej po imieniu, a bywa, że i po rogatym łbie pogłaszcze. Zapłodni ją wiatro­pylnie lub przy pomocy byka z sąsiedztwa, a gdy pojawi się cielak, to będzie z mamuśką pasł się szczęśliwie. Jak będzie to cielę płci żeńskiej, to taka idylla potrwa dłużej. Cielę męskie najpierw straci swą męskość, a potem pójdzie na opas. Mućka może pożyć dobrze ponad 20 lat, a bywa, że i trzydzieści. A jak żyje krowa fermowa, której mleko trafia do kartoników i miejskich supermarketów? Ano dużo krócej. Zwykle tylko 6–7 lat. Potem zostanie odesłana do rzeźni z powodu tzw. technopatii, czyli uszkodzenia wymion od mechanicznych dojarek lub uszkodzenia racic od stania na betonie. Fermowa krowa słońca nie widzi. Byka też nie. Nie pasie się na łące. Jak urodzi cielaka (a urodzić musi, by produkowała mleko), to po napojeniu go siarą (specjalnym rodzajem mleka z przeciwciałami, jakie produkuje zaraz po porodzie), musi się z nim pożegnać. Macierzyństwa mieć nie będzie, a jej cielak nie będzie miał dzieciństwa. Będzie wychowywany w grupie z innymi cielętami, dostanie mlekozastępcze preparaty przez gumowy smoczek i po uzyskaniu odpowiedniej masy zostanie przerobiony na cielęcinę. To jednak jeszcze nie koniec opowieści o współczesnej fermie mlecznej.

W naszym klimacie krowa do przetrwania potrzebuje około 1,5 hektara łąki. Gospodarska krowa może się na niej paść, ale fermowa zobaczy tylko zielonkę, którą ktoś jej do obory przywiezie. Z łąki zostanie także wyprodukowane siano na zimę. Ferma mleczna mająca 100 krów (a nie jest to niczym wyjątkowym) potrzebuje więc 150 hektarów łąk, które będą kilka razy w ciągu roku koszone. Najpierw jednak, pod koniec kwietnia, łąki będą wałowane. Przejedzie po nich walec, który wyrówna kretowiny i buchtowiska po żerowaniu dzików i wszelkie inne nierówności terenu, by kosiarka mogła spokojnie po łące jeździć i kosić. Pod koniec kwietnia (a widywałem także łąki wałowane w maju) na łąkach są już młode zajączki, skowronki, czajki i bekasy. W całej Europie te łąkowe zwierzęta znikają najszybciej. Kuliki, rycyki i derkacze są już rzadkością. Po wiosennym wałowaniu ptaki i zające próby rozmnożenia się oczywiście ponowią. Ale gdy się już nieco z tym rozrodem rozkręcą, nadjadą kosiarki do pierwszego pokosu traw. Za miesiąc jeszcze raz. I potem jeszcze… I tak co roku. Jak mogą przetrwać skowronki, czajki i zajączki? Nie mogą! A na kartoniki z mlekiem dla miejskich smakoszy trafi kiedyś obrazek przedstawiający czajkę lub skowronka, a może zajączka. Tak jak na piwie pojawił się ryś, wilk i niedźwiedź. Smacznego!

Na szczęście mam nad Bugiem źródło mleka prosto od krowy, masła z domowej produkcji i jaj bez stempelków. Te jaja bez symbolu upodlenia kury są najsmaczniejsze. A na dodatek wiem, co moje kury jedzą i jak żyją.

Tekst: Andrzej Kruszewicz
Zdjęcie: adobe stock

Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu.

Wszystkie numery Krainy Bugu w wersji papierowej są dostępne w naszym sklepie: https://krainabugu.pl/sklep/