Spotkaliśmy go przy moście w Nowosiółkach, gdzie wyskoczyliśmy z kajaka, by rozprostować nogi. Krzna w dole obmywała betonowe filary, rwąc niezmordowanie do Bugu.
Wyglądał, jakby uciekł z PRL lat osiemdziesiątych. Tak się wtedy nosiły polskie prawdziwki od Ustrzyk po wyspę Wolin. Spodnie od garnituru zamienione na robocze i koszula, którą przez lata zakładało się w upał na uroczyste okazje, a potem już od razu do grabienia siana. Bo szkoda wyrzucić i przewiewna. Do tego prastare sandały z Otmętu, które przetrwały upadek polskiego przemysłu obuwniczego, a może i doczekają jego zmartwychwstania. No i torba, jakiej pozazdrościłby każdy stołeczny hipster: dzianinowa „zakupka” z wystrzępionymi rączkami i zatartym logo Samopomocy Chłopskiej. Ogorzały od słońca, zbierał do niej niespiesznie piołun.
Piołun? – zdumiałem się, bo dla mnie był to dotąd taki florystyczny jednorożec. Roślina z kręgów mityczno-literackich, poręczna w metaforach, ale jak wygląda, gdzie jej szukać i po co, tego nie wie nikt. („Gorzka niczym piołun i ostra jak miecz obosieczny…” – to biblijna Księga Przysłów). A tu mam nagle przed sobą poczciwca, który zrywa ten piołun metr od asfaltu, na dodatek umie go bezbłędnie wskazać w bezmiarze nadrzecznej zieloności. Ale po co to robi?
Zanim mi to wyjaśnił, skłonił się uprzejmie kierowniczce sklepu, pędzącej do pracy zakurzonym tico, choć może było to coś lepszego, głowy nie dam; dawno już przestałem zwracać uwagę na marki aut. Każdy tu powinien ją znać i szanować, bo jak jesteś znajomym kierowniczki sklepu w Nowosiółkach, to jakbyś był na „ty” z samym Borysem Szycem w Warszawie. Nawet dwie krowy, ocalałe z upadku indywidualnej hodowli niczym „otmętowskie” sandały mego rozmówcy, uniosły z respektem łby.
Auto przejechało po moście i zniknęło. Cisza znów opadła na okolicę, krowy powróciły do skubania trawy, a on wyjaśnił mi w cudownym dialekcie lubelskim, że zbiera piołun i miesza go z tytoniem, żeby „sobie czasem zapalić”. Sobie zapalić? Piołun? Po jaką cholerę? I wtedy on zrobił palcami nad głową młynek, a ja w smartfonowe okienko gugla wbiłem słowo „piołun”, żeby po chwili wiedzieć już wszystko.
Auć! Chryste! Wow! Metrykalnie facet mógłby być moim ojcem, a z zapachu, zarostu i stylizacji moim dziadkiem z mazowieckiej roli. Nigdy bym nie przypuszczał, że tacy ludzie chcą „sobie czasem zapalić”. Że szukają podniet w psychodelikach innych niż „Soplica” pigwowa w porcjach po 200 gram, ewentualnie w dobrodusznym bimberku. W tym wieku, sądziłem, dopala się już tylko Mick Jagger i jego koledzy, rzecz jasna, w sensie witalnym, a nie agonalnym. — Bimberek? Do niego też dodajemy — mężczyzna jakby czytał mi w myślach. — Zdrowotniej.
Zdrowotniej! Akurat! Piołun albo psia ruta. Z wyglądu nic specjalnego. Pierzastosieczny owłosiony liść (przepisuję z Wikipedii), trochę jak u pietruszki. Ale jakiego daje kopa! Można z tytoniem, można ze spirytusem. W XIX wieku we Francji robiono z niego słynny absynt, którym zapiło się na śmierć kilka setek poetów, malarzy, aktorów, śpiewaków, aż musiano go zakazać. Słynny jest obraz Degasa, na którym kobieta, ubrana bynajmniej nie jak na kajak, wpatruje się tęskno w pustą butelkę po absyncie. O tym spojrzeniu ten i ów w Nowosiółkach wiele mógłby powiedzieć.
Pożegnaliśmy się czule z naszym rozmówcą, wsiedliśmy w kajak, a ja zacząłem robić notatki do tego felietonu ze szczyptą piołunu. Spodziewaliście się narzekania i goryczy? Nic z tego! Mnie od samego pisania robi się słodko i błogo.
Tekst: Zbigniew Górniak
Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu
Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep