Piękny jest schyłek lata nad Bugiem. Ciepły wiaterek we włosach i w liściach, dojrzewające na drzewach owoce, poranne mgły rozpuszczane przez wschodzące słońce… Słońce świecące słonecznikowo żółtym ciepłem, zdecydowanie efektowniej niż w lipcu oświecające świat, mokre od rosy łąki nad naszą pewną siebie rzeką… Tylko gdyby to nie był schyłek, to by było jeszcze lepiej, lubiłabym go bardziej.

Nie wiem, do jakich wniosków dojdę u schyłku tego felietonu. Jednak nie ulega kwestii, że muszę się wreszcie o tym trochę rozpisać. Pisanie nadaje myślom kształt i kierunek. A moje okołoschyłkowe myśli są mocno skołowane. Temat schyłku nurtuje mnie niezmiennie od lat, zawsze mniej więcej od połowy sierpnia. Gdy ciągle zielono, ale już mniej, gdy skrada się przedjesienna chandra.

Kiedyś najbardziej lubiłam sierpień, wrzesień, a nawet październik. Nie dręczyłam się schyłkiem. Teraz odkrywam, że wolę lipiec, którego już nie ma. Trochę to beznadziejne. I trochę potrwa, zanim się pogodzę ze stratą. Ale wierzę, że się pogodzę. Ile można żyć na półoddechu, w strachu, że koniec się zbliża?! Zmierzch lata, koniec życia. To niedojrzałość. Przecież koniec się zbliża od początku. Współczynnik umieralności wynosi sto procent.

Myślę, że „serca zmartwione jesienią” (z piosenki Blaszany parowiec) uwalniają się od smutku nie tylko pod wpływem rozgrzewającej zimowej herbaty, ale gdy zobaczą na horyzoncie kolejne narodziny. Przecież kiedyś znowu będzie się zaczynała wiosna i będzie można karmić zmysły i ducha jej świeżością, hałaśliwością.

A jeżeli nie narodziny, to co innego – jakieś przejście. Gdzie indziej, w inny wymiar. Może warto zdobyć się na akt odwagi i raz na zawsze uporać z tym tematem, w odniesieniu do przyrody i tak samo w odniesieniu do ludzkiego życia, by za rok nie zaczynać od początku. Tym bardziej że, jak mówią statystyki, żyjemy w czasach długowieczności i słabo by było, żeby kilkadziesiąt lat drugiej połowy życia wieść z lękiem przed śmiercią w tle.

Gdy na horyzoncie zaczyna majaczyć listopad, na rynku wydawniczym zaczynają się pojawiać okolicznościowe pozycje książkowe. Rzucam się na nie z coraz mniejszą dozą wątpliwości.

Rok temu na przykład udało mi się przeczytać Porozmawiajmy o śmierci przy kolacji izraelskiego autora Michaela Hebba. W tym roku kolejny hit już w zapowiedziach: Jak umieramy. Co powinniśmy wiedzieć o śmierci niemieckiego reportera Rolanda Schulza. Bez tajemnic, patosu i mito­logizowania procesu odchodzenia. „Mówienie o umieraniu jest trudne, ale milczenie jest bardziej bolesne od mówienia”. Gdy odnoszę to do swoich doświadczeń z odchodzenia bliskich, trudno mi się z tym nie zgodzić. Żałuję tylko, że tak późno w to uwierzyłam. Przez całe życie usiłujemy zakłamywać swoją śmiertelność. Tymczasem zaprzeczanie umieraniu jest tylko pozornie łatwiejsze. To wiedza wyzwala od strachu. Michael Hebb napisał, że „sposób, w jaki umieramy we współczesnym świecie, jest do niczego”. Pewnie dlatego, że przez całe życie unikamy tematu. Więc chyba trzeba czytać tyle, ile potrzebujemy, po to by mieć więcej wolności od niego i żyć intensywniej, nie na półoddechu, tylko pełną parą.

To jest także potrzebne, by dowiedzieć się, czego potrzebujemy od reszty życia. „Istnieją wspaniałe sposoby używania śmierci do stworzenia czegoś pięknego. Śmierć stwarza sposobność, by uczynić świat lepszym miejscem” (Greg Lungren). No tak, a następny schyłek lata będzie zdecydowanie mniej bolesny, jeśli zostanie oswojony i jeśli z uważnością i aktywnością podejdziemy do najpierwszych mgnień wiosny. Tymczasem życzmy sobie życio­dajnej listopadowej zadumy nad przemijaniem.

Tekst: Anna Maruszeczko

Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep