W obliczu muzyki jestem cały czas dzieckiem. Tak jak wtedy próbuję ją zrozumieć, czasami się zapominam, gdzieś pogubię, bawię się, i mam wtedy wszystko w nosie.

Z Karoliną Cichą rozmawiał Igor Nazaruk
FOTO Aneta Stabińska

Igor Nazaruk: Dlaczego już jako dwunastolatka mieszkałaś sama?

Karolina Cicha: Moi rodzice się rozwiedli i mama, żeby nas utrzymać, zdecydowała wyprowadzić się z mieszkania w Białymstoku pod Choroszcz, gdzie miała gospodarstwo ogrodnicze. Moja starsza siostra wyjechała na studia do Warszawy. A ja miałam tutaj szkołę, dobrze mi szło, byłam ogarniętą dziewczyną i mama uznała, że nie przeniesie mnie do szkoły w Choroszczy, nie wyrwie mnie z mojego środowiska. Najpierw przyjeżdżała na noce, a później już nie, i ja jeździłam do niej na weekendy.

IN: Jak to wspominasz?

KC: Cudownie.

IN: Nie byłaś za mała? Nie bałaś się?

KC: Byłam bardzo odpowiedzialna i raczej się nie bałam. Był mikrokryzys przez moment, bo przestałam chodzić do szkoły na jakiś czas, ale miałam na tyle fajną pedagog, że mnie puściła dalej. Obiady w szkole, kontrola w bloku, bo mama sąsiadów podpytywała, co tam u mnie. Kupiła mi też pianino i ja na tym pianinie ciągle rzępoliłam, więc w bloku wiedzieli, że jestem. Mama była spokojna, bo słyszała od sąsiadów, że gram całymi dniami.

IN: Przeżyłaś rozstanie rodziców?

KC: Miałam siedem lat, rodzice byli ogrodnikami, dojeżdżali ciągle do Choroszczy. Mało ich pamiętam razem, bardziej dziadków. Nie załapałam się długo na rodzinne życie, więc nie przeżyłam wielkiej tragedii, kiedy się rozstali. W tym czasie babcia była dla mnie najważniejsza. Mama ciągle pracowała i ratowała budżet rodzinny, bo zostałyśmy bez grosza.

IN: Wolna chata w tym wieku, to marzenie nastolatka. Imprezowałaś?

KC: Nie, nie miałam takiej potrzeby. Zrobiłam jedną imprezkę w siódmej klasie, ale nie podobało mi się. Ja nie lubię tracić kontroli nad sytuacją. Już wtedy nie lubiłam, i tak mi zostało.

IN: Kiedy poczułaś, że muzyka to Twój język?

KC: Już wtedy, w podstawówce. Moje dojrzewanie to muzyka, traciłam poczucie czasu, kiedy coś słyszałam i wpadało mi w ucho, od razu próbowałam ze słuchu to zagrać. Moja siostra grała coś na gitarze, a ja próbowałam znaleźć do tego akordy na klawiszach, w końcu odkryłam całą harmonię, a później sama nauczyłam się grać na pianinie na dwie ręce. Muzyka była całym moim życiem.

IN: A rozstanie z siostrą jak przeżyłaś?

KC: To była wielka żałoba. Siostra była moim autorytetem, mentorką. Siedem lat starsza, była już na innym etapie życia, więc kiedy wyjechała, to bardzo to przeżyłam. To ona wprowadziła mnie w świat muzyki. Pamiętam, jak zabrała mnie na film Amadeusz Miloša Formana, byłam dzieckiem. Dała mi kasetę z Requiem Mozarta, nauczyła mnie śpiewać na dwa głosy. Zostawiła mi dużą bibliotekę, od początku zakładała, że będzie panią profesor i nią została. W pierwszej klasie liceum dostałam od niej Psychologię Zimbardo. To był podręcznik akademicki – zaczytywałam się.

IN: Byłaś „starą malutką”?

KC: Byłam, byłam. W wieku 12–13 lat byłam już dojrzałą, dorosłą dziewczyną. Trochę mi się dzieciństwo skróciło przez te rodzinne sytuacje. Ale w obliczu muzyki jestem cały czas dzieckiem. Tak jak wtedy próbuję ją zrozumieć, czasami się zapominam, gdzieś pogubię, bawię się, i mam wtedy wszystko w nosie.

IN: Jak przestaniesz się bawić muzyką, to nikt Cię nie będzie słuchał.

KC: Możesz mieć rację.

IN: A w Twoim domu była muzyka?

KC: Tato śpiewał i grał na gitarze. Pamiętam jego piosenki, manierę śpiewania, to jak układał palce na strunach, zmieniał akordy. Później, kiedy sama uczyłam się grać na gitarze, to używałam jego podziałów i chwytów. Trochę mnie zaraził muzyką.

IN: A dziadkowie?

KC: U dziadków się nie śpiewało.

IN: Ale pierwsze klawisze „Casio” na baterie dostałaś od dziadka?

KC: Tak. Zakupione na rynku w Białymstoku. Ja śpiewałam, zanim zaczęłam mówić, dziadek wiedział, że jestem muzykalna, stąd ten prezent.

IN: Jesteśmy w podobnym wieku, kiedy dorastaliśmy, to popularny był punk rock, ostre i gitarowe brzmienie. Ty poszłaś w stronę folku, world music, akustycznego grania. Skąd ten wybór?

KC: Nie słuchałam ostrej muzyki i nie miałam etapu garażowego grania z zespołem. W podstawówce występowałam w zespole Małe Kurpie. Nie było sali gimnastycznej i się chodziło do klubu „Jubilat” na próby zespołu. Tam nauczyłam się pierwszych pieśni kurpiowskich, nawet miałam jakieś solówki. Robiliśmy wesele kurpiowskie, noc św. Jana, czyli o kwiecie paproci czy jasełka. Ale to było takie cepeliowe wydanie. Koturnowe.

W liceum dostałam od foniatry diagnozę, że nie powinnam wiązać zawodu z głosem, więc nie udzielałam się w żadnych garażowych zespołach. A kultura tradycyjna, ta z trzewi, to mnie poruszyła naprawdę, też z tej antropologicznej strony. Moja cała rodzina pochodzi ze wsi, z dziada pradziada jest to rodzina związana z pracą na roli. Dopiero moja siostra, jako pierwsza, poszła na studia humanistyczne i została naukowczynią. Ja po polonistyce zostałam artystką. Ale ten wiejski stan ducha, ciężką pracę w polu, szklarni, porzeczki, pomoc mamie w gospodarstwie, to wszystko znam.

IN: Na ilu aktualnie instrumentach grasz? I który jest tak naprawdę Twój?

KC: Teraz głównie gram na akordeonie, czasami na klawiszach gram prostą linię basową, czasami na pianinie. Głównym moim instrumentem jest głos.

IN: Wspomniałaś o porzeczkach. Pamiętasz, o czym był Twój pierwszy napisany i skomponowany utwór W porzeczkach?

KC: Już od mniej więcej siódmego roku życia w wakacje dużo godzin spędzałam zbierając porzeczki. Przechodząc z krzaczka pod krzaczek mogłam wracać do tej melodii, która później została użyta na płycie Do ludożerców w piosence o przyroście naturalnym do tekstu Tadeusza Różewicza. Taka poleczka trochę. A mój tekst był o spotkaniu bociana z czaplą czy coś takiego, stosownie do wieku, w którym został napisany. W tych porzeczkach godzinami wymyślałam melodie. To był mój ratunek, bo co roku przez dwa tygodnie, dzień w dzień, od rana do wieczora zbierałam te czarne porzeczki. Do tej pory mam wstręt.

IN: Ale te porzeczki w przyszłości jeszcze Cię kiedyś uratują…

KC: Już mnie uratowały. Dziadek kupił mamie pole obsadzone porzeczkami i traf chciał, że na tym polu powstało rondo na trasie S8. Dzięki tym porzeczkom mama kupiła mi mieszkanie.

IN: Ja myślałem o innym momencie, kiedy po studiach trafiłaś na kilka miesięcy do mamy do pracy w szkółce ogrodniczej.

KC: Pole porzeczek było obok. Mama w tym czasie prowadziła szkółkę roślin ozdobnych, a ja po studiach nie mogłam znaleźć pracy, więc pisałam doktorat, a te wiosenne miesiące pracowałam u mamy w szklarni. Znałam tysiąc odmian roślin dostępnych w szkółce, opiekowałam się nimi, ale też oprowadzałam klientów i opowiadałam o każdej.

IN: Pamiętasz swój pierwszy koncert? Chyba w Supraślu?

KC: 2004 rok, klub „Alkierz”, mała sala wypełniona po brzegi. To się wydarzyło dzięki Marcie Szymskiej. Ona to wymyśliła. Powiedziała, że nauczy się grać moich wszystkich piosenek na fortepianie, a ja mam tylko śpiewać. Zmotywowała mnie tym. Kończyłam pracę u mamy w szkółce o 19:00, wracałam do domu, Marta siadała do pianina, a ja śpiewałam. Na tym koncercie wykonałyśmy moje kompozycje, a teksty były trochę z literatury, trochę moje.

IN: Jak zostałyście przyjęte?

KC: Świetnie, to był bardzo fajny koncert. Do dziś spotykam ludzi, którzy go pamiętają. A ja go traktuję jak początek mojej solowej drogi.

IN: Cofnijmy się jeszcze trochę w czasie. Co się robi na wagarach w Tykocinie?

KC: Można się szwendać po ruinach zamku. Mam takie zdjęcie z liceum, jak podczas wagarów razem z kolegą udajemy rzeźby klasztorne. Ale Tykocin odbieram jako moje rodzinne miasteczko – moi dziadkowie mieszkali pod Tykocinem, a babcia była najważniejszą osobą. Ale ja całe Podlasie poznałam w liceum na wagarach. Najpierw jeździłam pekaesem, a w czwartej klasie już miałam małego Fiata, mocno się przysłużył mojemu wagarowaniu. Bez przerwy jeździliśmy po tych wioskach na wschodzie albo na bagna w Borkach, Kopisk na północy i cała Puszcza Knyszyńska. Wtedy pierwszy raz usłyszałam o Wierszalinie, więc Grzybowszczyzna. W tym czasie wyszedł przewodnik Polska egzotyczna, świetny i inspirujący, z nim były wycieczki śladami Tatarów, Kruszyniany, Bohoniki, śladami Jaćwingów, na Cisową Górę, cała Suwalszczyzna i wiele innych miejsc. Chodziłam przez wsie, rozmawiałam z ludźmi, poznając ich stan ducha, mentalność. Później, już na studiach polonistycznych, miałam dialektologię, musiałam zrobić nagrania, jeździłam do Nowodworców – teraz to jest część Wasilkowa, ale wtedy to była mała wioseczka, gdzie starsze panie mówiły po swojemu. Nasiąkłam tym Podlasiem.

IN: A Bug? Jakie masz z tą rzeką wspomnienia?

KC: Niewiele, to dla mnie była daleka rzeka, moja jest Narew. Niedaleko Żółtek było gospodarstwo mamy, i tam jeździliśmy się kąpać w Narwi. A Bug był daleko na wschodzie, więc w mojej głowie to była taka wielka, głęboka i niedostępna rzeka.

IN: Byłaś kiedyś po drugiej stronie Bugu?

KC: Tak, w trzeciej klasie liceum na wagarach w Grodnie. Rano w pociąg i w długą na miasto, a wieczorem powrót. Tam zaliczyłam moje pierwsze pijaństwo. Byłam z chłopakiem, ale wtedy jeszcze nie byliśmy parą. Piliśmy białoruską wódkę i były problemy z powrotem, bo nie mieliśmy po jednym dolarze, tylko polskie złote. A tam do biletu na pociąg trzeba było mieć po dolarze. Musieliśmy te dwa dolary kupić na lewo od cinkciarzy przed dworcem. Później się okazało, że żeby mieć miejsce w przedziale, trzeba było wziąć karton papierosów od przemytników. W tym pociągu poznałam też panią, która jechała zapalić znicze na grobach bliskich, których podzieliła granica. Pani była Polką, a może Białorusinką, Tamtejsza, po swojemu mówiła. To były moje pierwsze podróże. Antropologiczny szok. Chyba najwięcej się wtedy o świecie dowiedziałam.

IN: A nie w Gardzienicach?

KC: Nie, ja tam po prostu robiłam spektakle. To było artystyczne doświadczenie, odklejone od świata.

IN: Ciekawe, czy ta szwendanina nie była inspiracją dla Twojej muzyki? W 2013 roku wydajesz Wieloma ­językami, gdzie śpiewasz po litewsku, białorusku, ukraińsku, rosyjsku, romsku, tatarsku i w jidysz. Który z tych języków jest Ci najbliższy?

KC: Każdy z nich traktuję jak inną melodię, inny stan ducha, więc nie mogę wybierać. Koncepcją tej płyty było połączenie tych języków, melodii, we wspólną pieśń albo mozaikę.

IN: Lubię też Twoją płytę Sad, gdzie śpiewasz o bardzo trudnych doświadczeniach, m.in. o poronieniu, o śmierci ojca. Czy są rzeczy, których nie powinno się śpiewać?

KC: Chyba nie, ale wszystko ma swój czas. Nie zaśpiewałabym tego bezpośrednio po tym, jak tego doświadczyłam. Minął spory czas, zanim ponazywałam to, co przeżywałam. Pisanie było próbą autoterapii, ale kiedy pisałam, to nikomu tego nie pokazywałam. Ujawniłam to dopiero kilka lat później na płycie Sad. Poronienie jest tematem tabu, o tym się nie mówi, a dzieje się częściej, niż nam się wydaje. To jest społecznie nienazwane, nieprzeżyte i wiąże się z ogromną traumą, żałobą, którą nie wiadomo jak przeżyć, bo dziecko się jeszcze nie urodziło, a już nie żyje. I o tym się nie mówi, bo często zdarza się, zanim jeszcze ujawnisz, że spodziewasz się dziecka. Uznałam, że może mój głos komuś pomoże przeżyć to doświadczenie. Miałam wiele rozmów z kobietami o tym, że po poronieniu pojawiło się u nich poczucie wstydu czy poczucie winy. Były z tym same, w żałobie i z poczuciem winy, jak ja kiedyś. Potrzebowałam czasu, żeby to zrozumieć. Piosenki o ojcu nigdy nie śpiewam na koncertach, jest zbyt intymna.

IN: W Twojej raczej spokojnej, akustycznej muzyce w pewnym momencie pojawił się mocniejszy, nawet transowy rytm. Skąd taka zmiana?

KC: Rytm jest potrzebny w życiu i w muzyce. Teraz robię Hildegardę… – średniowieczna muzyka, trochę jak chorał gregoriański, tylko z większą melizmatyką, przez co bardziej szaloną. Ale tam nie ma rytmu i mi się to rozpływa w jednej magmie. Czasami jeżdżę do klasztoru benedyktyńskiego, i oni tam snują te melodie w takiej rozlazłej monodii i mnie to przygnębia. Chociaż wiem, że to są jaśniste teksty, ale i tak mnie to przygnębia. Więc ja zawsze potrzebuję tego rytmu. Muzyczna przyjaźń z Patrycją Betlej dużo mi go daje. Nawet z Hildegardą: żeby nauczyć się pieśni, musiałam je pokroić i zrytmizować, dopiero wtedy to zaczęło żyć. I był taki moment, że ja rzeczywiście bardzo chciałam mocnego uderzenia i rytmu i zaczęłam grać na basie, na klawiszach gram linię basu.

IN: Chcesz kiedyś wrócić na Podlasie? Czy wywiało Cię już na stałe?

KC: Może. Nigdy nie mów nigdy. Kto wie, gdzie mnie los jeszcze wywieje? Jest plan, żeby może kupić mały fragment ziemi w Stelmachowie pod Tykocinem. To miejsce mojego sielskiego dzieciństwa i niekończących się spacerów z psem po lasach i polach. Tam zawsze wracam sercem. Tam kiedyś tęsknie śpiewałam i słuchałam, jak echo odbija od budynku mój głos – to były moje pierwsze odsłuchy, jak ten głos brzmi.

IN: I kiedy przed snem zamykasz oczy i myślisz o miejscu, w którym w końcu będziesz mogła odpocząć, to jest właśnie tam?

KC: Tak, tam. Biegam sobie z pieskiem po łące. ***

Tekst pochodzi z 40. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn w wersji papierowej do kupienia tutaj.

Prenumerata – numery 39 i 40