Obawa o to, co przyniesie jutro, towarzyszy ludzkości od zawsze. Przed wiekami żyjący w jaskiniach nasi przodkowie bali się drapieżników, dla których stanowili pożywienie.
TEKST Wojciech Janicki
Wraz z upływem czasu homo sapiens wytworzył więc mechanizmy bezwarunkowej reakcji na zagrożenie i nie zastanawiał się głęboko nad tym, co zrobić, kiedy w pobliżu pojawiał się polujący lew; szybka i intuicyjna reakcja zwiększała szanse na przeżycie. To po tamtych czasach pozostał nam tzw. mózg gadzi, dzięki któremu także obecnie, kiedy to człowiek jest najgroźniejszym drapieżnikiem na planecie, nasze odruchy bezwarunkowe nadal działają, a ludzki organizm produkuje znacznie więcej hormonu stresu – kortyzolu – niż dzisiaj potrzebujemy.
Wraz z upływem czasu powody obaw i strachu stopniowo się zmieniały. Jeśli wierzyć twórczej fantazji Bolesława Prusa, starożytni Egipcjanie bali się zaćmień słońca, uważając je za przejaw gniewu bogów – dzisiaj obserwujemy zaćmienia z dużym zainteresowaniem i wcale się ich nie boimy. Pojawienie się w XIX w. pierwszych pociągów było przedmiotem niekończących się dyskusji na temat tego, jak ogromnym zagrożeniem dla człowieka jest kolej żelazna. Co ciekawe, bano się nie tylko śmierci pod kołami pociągu czy płoszącego konie hałasu nieodłącznie towarzyszącego poruszającym się pociągom – bano się także jazdy pociągiem jako takiej. Podróż pociągiem miała generować napięcia mięśniowe oraz uszkodzenia narządu wzroku, czego przyczyną miały być próby nadążenia za szybko zmieniającymi się za oknem krajobrazami. Pociąg przecież porusza się nienaturalnie szybko, żaden koń tak szybko nie biegnie! Szczególnego smaczku tym opiniom dodaje fakt, że stanowiły one treść artykułów publikowanych przez naukowców, w tym lekarzy, w istniejącym do dzisiaj i uchodzącym za jeden z najbardziej szanowanych periodyków naukowych na świecie – „The Lancet”. Przed koleją ostrzegali także dziennikarze, publicyści, pisarze, cała elita ówczesnego świata.
Niewiele później pojawił się prąd elektryczny. Jego też baliśmy się tak bardzo, że pierwsze linie energetyczne w Nowym Jorku zostały niemal w całości zdemontowane po potężnej burzy śnieżnej w 1889 r., kiedy to prace konserwacyjne doprowadziły do kilku śmiertelnych wypadków. Tenże sam Nowy Jork był w 1898 r. gospodarzem pierwszej międzynarodowej konferencji urbanistycznej, której uczestnicy prognozowali, że do 1930 r. miasto to utonie w końskim łajnie. Nawóz miał sięgnąć do wysokości drugiego piętra kamienic na Manhattanie za sprawą rosnącej liczby klientów dorożek oraz samych dorożek, a jednocześnie spadku podaży rąk do pracy chętnych do sprzątania ulic. Na początku XX w. baliśmy się nawet kanalizacji miejskiej w Warszawie, którą traktowano jako narzędzie mające podstępnie wyniszczyć polskie rolnictwo!
Na te i wiele innych podobnych obaw naszych przodków patrzymy dziś z dużym dystansem i pobłażliwością. Wiemy bowiem, że nie mieli racji. Działaniom sił nadprzyrodzonych przypisywali zjawiska fizyczne, których prawdziwych przyczyn nie rozumieli, bali się wynalazków technicznych, które radykalnie zmieniały ówczesny świat.
Czy niebawem zadziała podobny mechanizm i za kilka pokoleń nasze praprawnuki podobnie będą oceniały nasze dzisiejsze obawy? Nie sposób wyrokować, przyszłości nie zna nikt. Ale warto prognozować, warto też wyciągać wnioski z przeszłości, aby maksymalnie uprawdopodobnić własne prognozy.
Czego boimy się dzisiaj? Zależy, kogo zapytać. Niektórzy wojny atomowej i zagłady nuklearnej, bo działania niektórych dużych graczy na światowej szachownicy geopolitycznej stają się coraz bardziej agresywne. Doomsday clock, symboliczny zegar odmierzający czas do zagłady ludzkości, pokazuje dzisiaj już tylko 85 sekund do północy; tak źle nie było jeszcze nigdy. Inni boją się sztucznej inteligencji, która wymknie nam się spod kontroli i przejmie władzę nad światem. Jeszcze inni – stworzenia kasty ekstremalnie bogatych nadludzi, którzy dzięki najnowszym zdobyczom medycyny będą przedłużać swoje życie o dekady, kontrolując jednocześnie nieświadomą tego, co się dzieje, populację pracujących na nich wyrobników. Dorzućmy jeszcze przeludnienie planety, kończące się surowce mineralne czy napływ imigrantów i powodowane przezeń konflikty kulturowe. Wymieniać można by długo. Która z tych obaw jest najpowszechniejsza?
Opublikowany w 2025 r. raport przygotowany przez ekspertów do spraw zarządzania ryzykiem z grupy AXA nie pozostawia wątpliwości. Zarówno wśród biorących udział w badaniu 3,6 tys. ekspertów, pochodzących z 57 państw świata, jak i wśród 23 tys. niepowiązanych z branżą ubezpieczeniową respondentów, numerem jeden na liście najpoważniejszych zagrożeń dla współczesnego świata są zmiany klimatyczne. Dwie trzecie ekspertów oraz trzy czwarte pozostałych badanych deklaruje, że odczuwa negatywne skutki zmian klimatycznych w codziennym życiu.
Cóż, zmiany klimatyczne to bez wątpienia jeden z najgorętszych tematów współczesnej debaty publicznej. Nie jest łatwo znaleźć inną kwestię, która tak skutecznie dzieli społeczeństwo na wrogo nastawione do siebie plemiona, odsądzające się nawzajem od czci i wiary, jak stosunek do zmian klimatycznych. Może tylko różnice poglądów politycznych są w tej kategorii jeszcze o oczko wyżej.
Oś sporu zarysowuje się bardzo głęboko. Są tacy, dla których aktywność gospodarcza człowieka w sposób oczywisty i bezdyskusyjny jest przyczyną obserwowanych zmian klimatu Ziemi, które to zmiany, chociaż zachodziły także w przeszłości, nigdy nie były tak szybkie jak współcześnie. Jeśli klimat będzie nadal ocieplał się w dzisiejszym tempie, to za 60 lat w nadbużańskim Terespolu będzie tak, jak dzisiaj w okolicach miasta Krajowa na pograniczu Rumunii z Bułgarią. Na drugim biegunie są ci, którzy kwestionują sam fakt istnienia ocieplania się klimatu. Gdzieś pomiędzy nimi, aczkolwiek znacznie bliżej tej drugiej grupy, są zwolennicy tezy o braku wpływu człowieka na klimat, którego wahania są rzeczą naturalną, istniały od zawsze i zawsze istnieć będą w skomplikowanym systemie powiązań, jakim jest środowisko naszej planety.
Czy jest jakakolwiek szansa na pogodzenie zwaśnionych plemion klimatycznych? Albo przynajmniej na zbliżenie ich stanowisk do siebie? Zapewne szansa ta jest bardzo mizerna, bo przecież każdy z nas ma rację i wie, że ją ma, mylą się ci inni. Jeśli jednak istnieje choćby cień tej szansy, to warto próbować ją wykorzystać.

Jak to jest, że ostatnia zima w Polsce była tak długa, mroźna i śnieżna, a poprzednie lato nietypowo chłodne, skoro podobno klimat się ociepla? To przecież kompletnie nielogiczne, powie zwolennik koncepcji o braku zmian klimatu na Ziemi. Cóż, klimat, w odróżnieniu od pogody, nie jest stanem chwilowym. Klimat to zespół stanów pogody typowych dla danego miejsca na planecie, uśrednianych dla okresu ostatnich 30 lat; bardziej ortodoksyjny klimatolog powie nawet o 50 latach. Odchylenie w górę lub w dół w ciągu jednego roku o niczym nie świadczy i ma niewielki wpływ na średnią z wielolecia. A kiedy mówimy o klimacie Ziemi, musimy dodatkowo uśrednić dane z kilkudziesięciu tysięcy punktów pomiarowych rozrzuconych po całej powierzchni Ziemi. Może zatem być tak, że gdzieś – na przykład w Polsce – zima była wyjątkowo długa i mroźna, ale gdzie indziej nadwyżki ciepła pociągnęły wartość średnią w górę. Może być tak, że Antarktyda się ochładza, a Arktyka ociepla – pozostaje pytanie o bilans. A on, jak wynika z analiz globalnych, od kilkudziesięciu lat jest dodatni.
Można oczywiście nie wierzyć żadnym klimatologom i uważać, że globalna społeczność badaczy klimatu – meteorologów, klimatologów, fizyków i chemików – należy do globalnego spisku, którego celem jest zmanipulowanie wszystkich wokół i osiągnięcie jakichś tajnych celów. Jeśli jednak odsuniemy na bok teorie spiskowe i nie będziemy dyskutować z faktami – odczytami z termometrów – to jesteśmy o krok bliżej celu.
Oś sporu warto przesunąć jednak jeszcze nieco dalej. Nie dlatego, że prawda leży pośrodku; prawda leży tam, gdzie leży, jak pisał Władysław Bartoszewski. Warto oś sporu przesunąć w miejsce, gdzie podejmiemy dyskusję na temat tego, jak powinniśmy na obserwowane zmiany klimatyczne reagować. Czy ze zmianami klimatu warto i należy walczyć, bo zaniechanie działań na rzecz zmniejszenia emisji gazów wywołujących wzrost temperatury doprowadzi w przyszłości do tak dużych zmian środowiska, że koszty adaptacji naszych wnuków do warunków życia na Ziemi będą nieakceptowalnie wysokie? Czy może warto nasze wysiłki przekierować na zwiększenie poziomu odporności populacji ludzkiej na planecie na cieplejszy klimat, a jednocześnie na poszukiwanie rozwiązań technologicznych, dzięki którym zmniejszymy naszą zależność od spalania paliw kopalnych, tworząc i udoskonalając nowe źródła czystej i taniej energii? To wydaje się być kluczowym pytaniem, bo nie dysponujemy nieograniczonymi środkami na realizację naszych zadań i planów. Im więcej przeznaczymy na pierwszy z podanych powyżej celów, tym mniej zostanie nam na drugi, i vice versa.
Pomiędzy klimatologami toczy się jeszcze jeden spór. Jest słabo widoczny w przestrzeni publicznej, bo zwolennicy koncepcji alternatywnej do tej powszechnie przyjmowanej są nieliczni. Analizując historyczne przebiegi temperatur oraz przebiegi zmian zawartości dwutlenku węgla w atmosferze dochodzą oni do wniosku, że to nie wzrost zawartości CO2 powodował wzrost temperatury, lecz odwrotnie: jeśli temperatura na Ziemi rosła, po pewnym czasie rosło też stężenie dwutlenku węgla w powietrzu. Czy mają rację? Nie wiem. Wiem natomiast, że nie wolno zamykać im ust i przyklejać łatki denialistów klimatycznych, wariatów, którzy zaprzeczają faktom. Oni także widzą, że klimat się zmienia. I oni także poszukują prawdy. A na ścieżce do poszukiwania prawdy wolno w nauce podważać wszystko – bo tylko w ten sposób, jak chciał Tadeusz Kotarbiński, można wykryć to, czego podważyć się nie da. ***
Artykuł pochodzi z 39. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn do kupienia tutaj.
Zdjęcie tytułowe: Alexandros Michailidis / Shutterstock