Zanim rozpoczęto nad Bugiem budowę zapory elektronicznej w 2024 r., wojsko rozłożyło wzdłuż brzegu zwoje drutu żyletkowego. Tysiące zwierząt zginęło w męczarniach. Pojedynczy ludzie ponoć też. Ale pewnego razu Stanisław Baj zobaczył rodzinę łosi – klępę z młodym – jak kluczyła pomiędzy zwojami.
TEKST/FOTO: Michał Książek
I wtedy rzeka zadała mu pytanie: Co byś zrobił, gdybyś zobaczył, że wodę chce przepłynąć matka z dziećmi? Co ty byś zrobił?
— Ja tam nie ciąłem! — zaperza się sympatyczny wąsacz ze wsi Bubel Stary, kiedy pytam o wyrąb drzew nad Bugiem. Wziął mnie za urzędnika na tropie nielegalnej wycinki. Wyjaśniam, że chodzi o barierę wideo, pod budowę której drzewa na białoruskim odcinku naszej granicy wycięła Straż Graniczna. — Aaaa, to tak. Przyjechali i wycięli, rok temu będzie. — A dużo tu wycięli? — dopytuję o pierwszy odcinek z Gnojna do Bubla, jakieś 4 km. — Cztery samochody przyjechały, cztery wyjechały — odpowiada, nie wnikając, czy to dużo czy mało.
W 2024 r. Straż Graniczna ogoliła brzeg Bugu na długości 172 km i szerokości 20 m. W rzeczywistości ingerencja jest dużo głębsza niż 20 m. Zamiast sielanki pojawił się widok jak w obozie koncentracyjnym: 1900 słupów, prawie 5000 kamer, 400 km kabli, rozmaite czujniki i kilka uroczych kontenerów. Zniszczono wiekowe pomniki przyrody, skarpy widokowe, okrajki dwóch rezerwatów, dwóch obszarów NATURA 2000 i parku krajobrazowego. Bez konsultacji z przyrodnikami, samorządem czy z hydrologami. Choć pod nadzorem Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Zdaniem wielu niepotrzebnie i nadmiarowo, narażając rzekę na katastrofę ekologiczną, a brzegi na erozję. Operacja objęła 22 proc. brzegu z jego 772 km długości. Nie na jakiejś autokratycznej Białorusi, w której łatwo o megalomańskie decyzje, a w Polsce.
Dzwonię do Komendy Głównej, żeby zapytać: dlaczego? Pani rzecznik mjr Sobieska-Tekień odsyła do Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej. Odbiera por. Wojciech Kopeć: celem było uszczelnienie granicy w warunkach narastającej migracji. Ale ponoć był już system kamer dziennych i na podczerwień, za 800 mln? Owszem, był, ale miał przerwy, które musiały łatać patrole piesze. Teraz mamy w pełni szczelny system. Czy wycinka będzie dalej kontynuowana? Nie wiem, proszę dzwonić do Komendy Głównej. Dzwonię do komendy: proszę napisać maila.
Zapora za 350 mln zaczęła działać 21 lipca 2025 r. Straż Graniczna deklaruje, że do końca roku uniemożliwiono przekroczenie granicy 1293 osobom. W 2024 r. takich prób było 530. W 2023 – 169. W tym roku – 26. Czy dla takich liczb warto niszczyć dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze kraju, na które wcześniej wydawaliśmy miliony?
Operacja „Goła rzeka” – jak nazwał ją ktoś złośliwy – była możliwa dzięki ustawie z 1990 r. o ochronie granicy państwowej oraz przyjętej jeszcze za PiS (przy sprzeciwie Koalicji Obywatelskiej) specustawie z października 2021 r. o budowie zabezpieczenia granicy państwowej. Ustawa mówi, że w takich przedsięwzięciach nie stosuje się prawa ochrony środowiska, nie wymaga się nawet pozwolenia na budowę czy projektu budowlanego.
Ludzie przy Nadbużance
Ten z karabinkiem Grot wymierzonym we mnie patrzy, jakbym mu nielegalnie przekroczył granicę w czasie jego służby. Drugi strażnik jest łagodniejszy. Ja nadciągam ze wschodu, od strony zniszczonego rezerwatu Dębowy Łęg, oni od samochodu zaparkowanego na wysokim wale, przy którym widziałem ich już od godziny. Mówię co i jak, idę czerwonym szlakiem z Janowa, dalej autem na Włodawę, artykuł piszę, bobra nagrałem, no i co myślą o tej wycince.
— Kamizelka waży dwadzieścia kilo. Grot cztery kilo, a jak mamy te kamery, to nie muszę, jak kiedyś, po krzakach biegać z ciężarem, tylko wszystko widać na monitorze. Dalej: pływanie po Bugu jest niebezpieczne, jak motorówka trafi na kłodę, to można utonąć! Rozumie pan teraz różnicę? — pyta pewny swojej racji. Kiwam skwapliwe, że rozumiem, że nie chce się im chodzić. — Ale to nie tylko to — dodaje ten podejrzliwy, jakby mi czytał w myślach. — Kiedyś kilka godzin potrzebowaliśmy, żeby zlokalizować kogoś, kto nielegalnie przekroczył granicę, dziś wystarcza kilka minut! Tylko w 2025 powstrzymaliśmy ponad tysiąc prób! A ilu złapano? No, wszystkich!
Piotr Chilkiewicz jest menedżerem hotelu w Janowie Podlaskim, stanowiącym zaplecze dla gości sławnej stadniny. Spotykamy się w lobby hotelu-zamku. Nieco rozczarowany brakiem kolacji dla reportera, zadaję pytanie o zaporę i krajobraz. — Nie posyłamy tam naszych gości — odpowiada z rozmysłem, cechującym poważnych menedżerów. — Polecamy im odcinek Bugu od Gnojna na zachód, gdzie nie ma już granicy i gdzie nie było wycinki, no i nie ma tej zapory. Rozmawiamy o tym, że to w Gnojnie robiono sławne zdjęcia do ekranizacji Nad Niemnem. Rzeka Bug jest gotowym scenariuszem filmowym. Sory – była.
Dla hotelu większym ciosem okazała się pandemia i jej zakazy. Potem powołanie spec-zony nad Bugiem. Do hotelu jechało się wówczas przez podwójne rogatki, na których sprawdzano gościom potwierdzenie rezerwacji. Kto sobie nie wydrukował, czekał do czasu wyjaśnienia. Teraz jest dużo lepiej, ale trzeba powiedzieć jasno, że branży turystycznej nie sprzyjają wszelkie kontrowersyjne decyzje. Jak np. odwołanie legendarnego hodowcy i dyrektora stadniny Marka Treli sprzed ośmiu lat. Ale krajobraz też ma znaczenie. — Nie rozumiem, czemu przebudowa nawet podrzędnych dróg musi się równać wycince drzew — komentuje Chilkiewicz.
Anita i Judyta pracują w sklepie w Kodniu, 40 km dalej drogą 816, zwaną Nadbużanką. — A nie wiem — mówi pierwsza — mąż coś mówił, że cięli. Ja tam dalej nie chodzę, bo tam pies jakiś lata. Tu w Kalwarii chodzę, tu wszystkich zapraszamy i nie widziałam. Edyta, ty widziałaś? — krzyczy do koleżanki. — No, coś tam cięli. Mówią, że dużo. — A dawno była pani nad Bugiem? — Może i pięć–dziesięć lat. Czasu nie ma… — wyznaje zmęczonym głosem.
Wędkarz spod Kodnia prosi o anonimowość: — Nigdy jeszcze nie wycięto wszystkich drzew nad Bugiem, odkąd istnieje rzeka, od sraeolitu! Nikomu to nie strzeliło do głowy! A konsekwencje? To dzika rzeka, może podebrać skarpę, zmienić bieg. Nawet głupi zimorodek wie, że brzeg bez korzeni mu się osypie na łeb i buduje norkę, gdzie skarpa jest stabilna. To, co zrobili, to barbarzyństwo. — A nie boisz się uchodźców, zielonych ludzików? — pytam. — Ale oni w pontonach próbują przepływać ten Bug! Przecież to widać z daleka! Wielu z nich wciągają wiry!
Rozmowy nad Bugiem wiją się jak Nadbużanka i wciągają jak Bug. Staje się jasnym, że niektórzy z rozmówców w ogóle nie widzieli tych słupów i kamer. Rzadko kto wspomina o poczuciu zagrożenia. Wsie często oddzielone są od rzeki rozległymi łąkami, rzadko kto na nich bywa, bo nie zbiera się już siana. Jeden z mieszkańców Terespola przyznał, że nie był nad rzeką 15 lat! Bug ważny jest dla strażników, wędkarzy, turystów, artystów i firm kajakowych. A jeszcze dla agroturystyk i przyrodników. Czyli, w sumie, dla dość sporej części społeczeństwa.
Żywa granica
W ekologii istnieje pojęcie shifting baseline syndrom. Każde nowe pokolenie za normę przyjmuje stan środowiska znany z młodości, choć może być już wtedy zdegradowany. Myślę, że w estetyce też funkcjonuje syndrom SBS. Jeśli ktoś nie zna brzegu Bugu sprzed wycinki, w wielu miejscach nie dostrzeże degrengolady. Ot, szereg słupów. A płynąca przez łąki woda zawsze się spodoba. Doktor Jarosław Krogulec, ornitolog i mieszkaniec Nadbuża, jest jednak tą zmianą zdruzgotany.
— To miejsce wyjątkowe w skali Europy i doceniane w świecie — mówi, kiedy spotykamy się w Jabłecznej. Bug to duża naturalna rzeka o szerokim tarasie zalewowym, co dziś jest już rzadkością, bo wszędzie zbudowaliśmy wały. Zalewane łąki ważne są dla ptaków siewkowych. Podobnie jak piaszczyste łachy na rzece, na których żyją sieweczki, rybitwy rzeczne czy brodźce. Dlatego zgodnie z postanowieniem ONZ mamy tu trójstronny Rezerwat Biosfery UNESCO. Sięga aż do Kodnia. Obszar Bugu objęty jest też konwencją berneńską, systemem Natura 2000. Te wszystkie formy uznania dla rzeki to nie przypadek!
Białorusini przeprowadzili system drutów i zabezpieczeń kilometr od swojego brzegu, nie niszcząc samej linii brzegowej. Uznali, że dzika rzeka niosąca drzewa i wiry to pierwsza naturalna przeszkoda. Między rzeką a drutami powstała w ten sposób druga naturalna bariera, pas dzikiego lasu, trudny do sforsowania, ale pełen rzadkich gatunków. Bieliki, gągoły, dzięcioły białogrzbiete, zielonosiwe czy średnie. My taki las właśnie wycięliśmy i ponoć chcemy dalej wycinać, na granicy z Ukrainą.
Doktor Krogulec przestrzega jeszcze: granica państwa biegnie środkiem nurtu rzeki. Rzeka może go zmienić, jeśli brzeg pozbawiony jest drzew i krzewów, bo to one stanowią najlepszą osłonę przed erozją wodną. Z biegiem lat może okazać się, że nagi brzeg wpuszcza Bug w głąb kraju, a nurt odcina kolejne wyspy na korzyść Białorusi. Coś podobnego, choć w ówczesnych granicach Polski, stało się 100 lat temu z monastyrem w Jabłecznej: leżał po wschodniej stronie Bugu, ale rzeka zmieniła bieg i dziś jest po zachodniej. Podobnie odciął niegdyś część wsi Mościska.
Z doktorem Krogulcem wędrujemy przez łąki pod monastyrem w Jabłecznej. Rok temu rzeka wdarła się na chwilę w stare koryto i otoczyła monastyr. Jakby chciała odwołać manewr sprzed wieku. Tym razem byłoby to z korzyścią terytorialną dla Łukaszenki, i to bez wojny. Trwa Wielki Post, trudno o komentarz z klasztoru, ale na łąkach spotykamy samotnego mnicha na modlitwie. Musimy mu ją przerwać.
— Tak, rok temu woda opłynęła monastyr starym korytem — mówi wielki mnich czarny jak kruk. Ale nurt został na szczęście w głównym korycie. Namiestnik monastyru pisał w tej sprawie do Wód Polskich albo gminy, brzeg został tymczasowo umocniony. Bo rzeka może nas odciąć i zamiast Polski będzie tu Białoruś.
Myślę, że bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której Łukaszenka stwierdzi, że nurt płynie starorzeczem, więc monastyr należy już do Białorusi. Putin lubi takie pozorne niejednoznaczności.
Umocnienie przeprowadzono jesienią 2025 r., dowiem się później w Nadzorze Wodnym we Włodawie. Zazwyczaj Bug od starorzecza dzielił tam przesmyk szerokości trzech metrów, wskutek podmywania przez wysoką wodę ten „mostek” zmalał do metra szerokości. I choć nie można tego powiązać jednoznacznie z wycinką z 2024 r., to wiedzą powszechną jest, że korzenie drzew i krzewów, wraz z zalegającym przy brzegach martwym drewnem, chronią brzegi rzek przed podmyciem. W ramach umocnienia wrażliwego miejsca wbijano drewniane pale, co jest przecież niczym innym niż substytutem rosnących drzew. Sypano też pasy faszyny, co znowu imituje krzewy nadbrzeżne i ich korzenie. Kładziono także siatkę wzmacniającą, co działa jak zadarnienie terenu przez trawy i roślinność zielną. Czy nie lepiej zadbać o naturalne umocnienie brzegów? Tym „mostkiem”, co to zmalał do metra szerokości, jeździła Straż Graniczna, kiedy miał jeszcze trzy metry.
Sporadyczne karczowanie brzegu Bugu i jego rozjeżdżanie trwa od dawna, nie tylko przez wojsko i Straż Graniczną. Jednak nigdy nie wydarzyło się jednocześnie, i to na długości ponad 170 km! Nikt na ten problem nie zwraca uwagi.

Włodawa. Sugry. Stanisław Baj
Stanisław Baj pamięta drogę z Włodawy do Kodnia, kiedy była piaszczystym traktem. Do lat 80. władza nie układała na niej asfaltu, żeby ludziom trudniej było dojechać do bazyliki św. Anny. Z rodzinnych Dołhobród to 30 kilometrów. Niby niedaleko, ale konie musiały choć raz popasać.
70 lat temu w czasie popasu mały Staszek nie mógł znaleźć równego miejsca, żeby puścić w ruch drewniane autko, odpustowy prezent. Zdatną okazała się dopiero koleina po szerokich kołach ojcowego wozu. Niespodziewanie koń szarpnął, zaprzęg drgnął i wielkie koło zmiażdżyło zabawkę. Płakał długo.
Ale z tamtego miejsca zapamięta coś, co dla dziecka jest nie mniej ważne niż zniszczona zabawka. Kiedyś dorośli urządzili popas z dala od drogi, w lesie na skarpie, Staszek zobaczył z niej wielką rzekę, wypływającą spod słońca w stronę Kodnia. Żeby całą zobaczyć, musiał przekręcić głową od prawa do lewa. Ojciec powiedział: Bug. Ta sama rzeka, co płynie przez łąki za domem? Chłopiec nie mógł uwierzyć, bo ta za domem była jakaś krótsza, jakby mniejsza.
A ta wierzba już wtedy tam rosła. Zaokrąglała się nad rzeką jak ciemna chmura, przedłużając cypel w rzekę i w jakiś sposób zwiększając połać kraju. Jakby Polska miała tu jakąś wypustkę. Pamięta dokładnie drzewo, ale też cypel, jakby od zawsze. Tak jak wielu ludzi później, choć nigdy tam nie byli. A to dzięki jego obrazom. Sugry, bo tak nazywało się te kilka chałup po potomkach Tatarów na skarpie i widok na meandry, malował przez lata.

Włodawa. Edyta
Z Bubla do Włodawy, przez Janów, Terespol, Kodeń, Jabłeczną i Dołhobrody jest 100 km. We Włodawie rzeka płynie skrajem miasta, jest jego częścią, ludzie wydają się tu bardziej z nią związani. Turystyka stanowi ważną część dochodu Włodawy. Miasto słynie z Festiwalu Trzech Kultur, oferuje bogatą bazę noclegową. Bug widać na licznych folderach reklamowych. Wszędzie znajdziesz tam krajobraz rzeki, jako główną wartość promocyjną. Na żadnym z nich nie widać słupów, kamer ani Straży Granicznej.
Edyta Gałan nie chodzi już nad Bug. — Nie ma tam czego szukać — ucina, a ja czuję, że nie ma co dopytywać. Jest rozpoznawalną w kraju pejzażystką, maluje głównie drzewa. Lideruje też Inicjatywie Między Drzewami, znanej z wielu akcji na rzecz drzew. Kiedy rozmawiamy o wycince w jej domu, sunia Fuki ujada donośnie zza drzwi. Zapraszamy więc Fuki do rozmowy.
— Zanim Bug we Włodawie ogoliła SG, zrobił to prywatny przedsiębiorca — opowiada Edyta. W 2023 r. sprytny prawnik wydzierżawił pola nad Bugiem i wyciął drzewa od Włodawy po Wołczyn, w pasie o długości 7 km i szerokości do 100 m. Wcześniej robił to dla Straży Granicznej, więc było mu łatwiej działać. Ludzie myśleli, że to i tym razem. Jej organizacja robiła, co mogła, żeby powstrzymać wyrąb krajobrazu, ale policja nie potrafiła nawet zabezpieczyć ściętych drzew – znikały z miejsca przestępstwa.
— Zarobił miliony — usłyszę później od pracownika gminy, kiedy staram się o opinię wójta w tej sprawie. Niestety, wójta nie ma. Samo wynajęcie sprzętu do zrębkowania musiało kosztować go milion, maszyny sprowadzono aż z Katowic. Prawnik-dzierżawca awanturował się w gminie, kiedy podważano powód wycinki: przywrócenie gruntu do działalności rolnej. Straszył też lokalną prasę. Oczywiście, że gmina zgłosiła sprawę na policję i do sądu, nawet do ministerstwa i Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Minęły dwa lata, sprawa jest w toku.
Edytę udaje się namówić na spacer nad rzekę. Chcę, żeby pokazała mi miejsce, gdzie zrobiła zdjęcie – pierwowzór obrazu z dwiema wierzbami. Najpierw trzeba zadzwonić na Straż Graniczną. Nie mamy ze sobą obrazu, ale mamy zjawiskowe foto, które dowodzi, jak było tu wcześniej. Ustawiamy się, szukamy współrzędnych, malarka jakby mościła się w krajobrazie. W końcu staje u progu kawałka pustki między nią a brzegiem i mówi: tutaj.
Zapada cisza, którą trzeba jakoś opisać, i kiedy tak brakuje mi słów, zza krzaka dobiega głośne: — Wypierdalaj stąd, ch…! — Od strony Włodawy nadbiega rosły dziadek z siekierą i każe nam obojgu się wynosić, bo to jego łąka. Siekierowy wydaje się odpowiednim strażnikiem tego krajobrazu obdartego ze skóry, zwieńczeniem procesu niszczenia. Długo znoszę potok przekleństw, aż po kilku minutach odpowiadam mu czymś podobnym i agresor się uspokaja. Może tak trzeba z nimi rozmawiać?
Marcin jest wędkarzem, spotykamy się na stacji paliw dzięki Edycie. Jak to wpływa na ryby? Wiele gatunków żywi się owadami spadającymi z koron drzew i krzewów. Tam, pod wierzbami, gromadziły się też drapieżniki – szczupak, okoń. Odsłonięty brzeg to ciepła woda, a więc wycinka podniesie temperaturę. To zmieni jej skład chemiczny i biologiczny. Przecież miejscami pas krzewów i drzew powstrzymywał spływające z pól nawozy, fosforany, azotany, zmieniające skład chemiczny wody. W wielu miejscach ten bufor zniknął. Ciepła woda i spływ nawozów może doprowadzić do poważnych zmian w czasie niżówki. Czy będzie druga Odra?
— Nie wiem — mówi inny wędkarz, proszący o anonimowość. Ale wibrujące w wodzie gałęzie drzew natleniały rzekę, nie można ich wszystkich usuwać. A pod drzewami zanurzonymi tworzyły się doły w dnie, chłodzące rzekę, ważne dla wielu gatunków. Stąd tyle wirów na Bugu. Tego nas pozbawili. Czy potrzebnie? Nie wie, ale przecież nie było tu takiej fali uchodźców jak na Podlasiu. Choć rzeka niosła martwe ciała.


Stanisław Baj 2. Lata 90.
Od lat 90. Baj przyjeżdża na Sugry regularnie, sam i ze studentami. Z czasem już jako profesor ASP, nagradzany twórca. A wraz z nimi tysiące spojrzeń z całego kraju i wschodniej Europy. Ikonicznym staje się cypel lądu sięgający w głąb rzeki. Znawcy obrazów Baja wiedzą, że rośnie tam ta ogromna wierzba. Drzewo rzeki. Co się pochyli, to ukorzeni. Co się złamie, to odrośnie.
Latem zza wierzby wyłaniali się wędrujący rzeką ludzie. Byli jak ten kajakarz, który zatrzymał się na plaży i milczał przez kilka godzin. W końcu sam zagadał. Przyjechał się tu leczyć. Mówił, że ten krajobraz leczy. Po latach wymagającej pracy w firmie. Że nigdzie tak nie zdrowieje. Takich ludzi profesor Baj spotykał setki. Sam był jednym z nich.
Kilka lat wcześniej kolega z Kuzawki pod Hanną namówił go na spływ o świcie. Baj urodził się nad Bugiem, znał go od 50 lat, ale nigdy nie doświadczył czegoś takiego jak owego ranka. Zamiast słońca nad rzekę wyjrzało gęste mokre światło o konsystencji dymu. Drzewa wyglądały jak monstrancje. Po raz pierwszy zobaczył Sugry, skarpę rzeki, z perspektywy wody. Wszyscy powinni zobaczyć, jak ta krawędź Polski tam wygląda.
Malował ją 30 lat z jednego miejsca. W zapamiętaniu, czasem nie bacząc na zimno, na burzę, na zmierzch. Kiedyś urzekły go manewry chmur na niebie tuż przed burzą. Tak naprawdę też dziewczyna, która akurat wylądowała na plaży, ale tak czy siak został do ostatniego momentu. To pozwoliło zobaczyć to, czego nie widzimy na burzowym niebie, bo uciekamy przed nim do domów. Natomiast malowanie do zmierzchu skutkowało czymś innym – dopiero następnego ranka mógł zobaczyć, co powstało pod pędzlem.
Innym razem malował obraz zimą. Nagle jakiś grzmot rozległ się nad Bugiem. Burza? Wojna? Bug. Pękła kra i lód zaczął gromadzić się w zakolu u podnóża skarpy. Widok spływał w dół rzeki jak nadmiar farby na płótnie. Patrzył długo jak przyszła woda, niosąc ławice wyrwanych drzew. Uchwycił budzenie się Bugu. A kilka lat później rzeka zadała mu to ważne pytanie.

Inaczej. Zielona Tarcza Wschód
Coś się musiało wydarzyć na granicy. Przez wieś Kuzawka na kolorowych „bombach” mknie zielone auto Straży Granicznej. Może pojechać za nimi i być świadkiem zdarzenia? – myślę, kiedy auto efektownie zatrzymuje się przy mnie. Pani plutonowa patrzy, jakbym jej nielegalnie przekroczył granicę.
To do mnie państwo tak pędzicie? Do Pana. Te nowe kamery tak szybko działają? Nie, ktoś z wioski zadzwonił. Ale ja zgłaszałem, że będę tu spacerował. Tak, ale sprawdzimy na wszelki wypadek. Dynamiczna plutonowa w towarzystwie statecznego kaprala zabiera się ostro do pracy. Zupełnie jak w mojej książce Droga 816. Tam też często byłem sprawdzany, nikt jakoś nie wierzył, że Bug może się po prostu podobać.
Dowód osobisty, cel podróży, nocleg. Artykuł? Dla jakiej gazety? Miejsce pracy? Jakie książki? O Rosji?! Jaki tytuł? Jakuck? To pan był w Rosji? W Rosji był. Kiedy? I jeszcze: przebieg auta, kolor samochodu, numery.
W Kuzawce Bug malowniczym zakolem podpływa pod skarpę, wierzchem której biegnie droga 816. Proszę o pozwolenie fotografowania wielkich pniaków u podnóża skarpy. Można robić zdjęcia, ale bez ujęcia białoruskiej strony. Nie pozwala na to zarządzenie wojewody. Ale na stronie wojewody są takie zdjęcia. Nie można, i koniec. Plutonowa schodzi więc ze mną na dół, rozsiewając zapach perfum. Fotografuję karcze pod nadzorem pary kamer i pary oczu z ostrym makijażem. No i trzeciej pary oczu z pobliskiej chałupki. Zadziałały nie kamery, za 365 mln, a człowiek w oknie. Na zdjęciu pniaki po wielkich wierzbach usuniętych znad wody wyglądają jeszcze bardziej bez sensu.


— Czy naprawdę ingerencja w brzeg musiała być aż tak rozległa? — pytam dr. hab. Michała Żmihorskiego z PAN, jednego z pomysłodawców i rzeczników Zielonej Tarczy Wschód. Idea tej tarczy opiera się na maksymalnym wykorzystaniu ukształtowania terenu i przyrody w obronie kraju. Jako sztandarowy przykład tej wizji podaje zatonięcie amerykańskiego Herculesa w 2025 r. w bagnie na Litwie. W wypadku na mokradle zginęło wówczas 4 żołnierzy.
— Pierwszą barierą obronną kraju jest tam sam Bug, niebezpieczna rzeka z wirami — odpowiada naukowiec. Sprawdzam szybko, że tylko w kwietniu 2025 r. z Bugu wyłowiono ciała co najmniej pięciu osób. Kolejne doniesienia o zwłokach pojawiały się w maju, czerwcu oraz lipcu. Sami strażnicy przyznają, że Bug to ich sojusznik.
— Poza tym wydaje się, że możemy rozmieścić kamery w taki sposób, by nie trzeba było wycinać nadrzecznego lasu — kontynuuje. — Mamy też inne sensory, takie jak drony z termowizją albo detektory ruchu włączające alarm. W automatyzacji takiego monitoringu coraz bardziej pomaga sztuczna inteligencja.
— Sam przebieg koryta rzeki daje kilkusetmetrową widoczność. Słupy z kamerami czy sensorami można stawiać przy samej rzece i wykorzystywać jej krzywiznę, bez rąbania rezerwatów, na które przez lata przeznaczaliśmy przecież środki i które mogą być dodatkową osłoną naszej granicy — przekonuje naukowiec. I dodaje: — To nie jest wybór między ochroną przyrody a bezpieczeństwem militarnym. To raczej ochrona przyrody w służbie obrony granicy.
Żmihorski dowodzi, że skoro za wąskim zazwyczaj nadbrzeżnym pasem drzew nierzadko mamy puste pola, to tam przecież można – bez milionowych kosztów i konfliktów społecznych – ustawić barierę elektroniczną… Jaka różnica, gdzie zatrzymamy imigranta: na brzegu rzeki czy na skraju lasu i pola?
I jeszcze jedno: wycinka drzew i krzewów, szczególnie wierzb, będzie powodować ich intensywne odrastanie. Wie to każdy ogrodnik. Rozprzestrzeniać się też będą, jak zazwyczaj w miejscach wycinek, nawłoć kanadyjska wraz z innymi gatunkami inwazyjnymi, z którymi już mamy problem nad Bugiem. Powstanie nadbrzeżny gąszcz, wygodne miejsce ukrycia. Zatem bez ustawicznego koszenia i tak się pewnie nie obędzie. A firmy wykaszające często używają też chemii. Jaki to ma sens, nad dziką naturalną rzeką? Przecież wszyscy widzieliśmy, jak umierała Odra.
Tyle, ile trzeba
— Czy nie szkoda krajobrazu, który był wizytówką Polski? Nie dało się pogodzić ochrony z obroną? — telefonuję, już po powrocie, do Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej.
— Wycięto tyle, ile trzeba było! — zapewnia nas por. Wojciech Kopeć, który chyba nie poznał czy też nie docenia założeń Zielonej Tarczy Wschód. — Albo przyroda, albo bezpieczeństwo — dodaje, jakby te dwie wartości się wykluczały.
Nasza wschodnia granica to granica wojny. Nie zrobiono niczego poza tym, co konieczne. I to pod nadzorem Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Przecież, na przykład, kiedy buduje się linię energetyczną, pod nią też wycinamy drzewa, prawda? A teraz, dzięki kamerom i kablom transmisyjnym, Straż Graniczna ma obraz całej granicy na ekranie. Mysz się nie przeciśnie. Pięć tysięcy kamer, 400 kilometrów kabli transmisyjnych. I jedno centrum dowodzenia.
— Kamery nie działają na ruch, przekazują obraz. Ktoś siedzi i patrzy w monitor — wyjaśnia mi działanie systemu, kiedy dopytuję o szczegóły. — To ile osób musi siedzieć, skoro kamer jest aż pięć tysięcy? — dopytuję. Tego nie mogą powiedzieć. Jedynie to, że człowiek jest tu istotnym elementem.
Kamery kamerami, ale ktoś, kto wybiera się nad Bug, zawsze powinien dzwonić do najbliższej placówki Straży Granicznej, poinformować o swojej obecności. Wtedy patrol nie musi się fatygować. Ale, myślę sobie, ten, co chce przekroczyć Bug, też może taki telefon zorganizować.
To nieprawda, jak niesie nadbużańska plotka, że kamery nie działają. Działają ponoć wszystkie. Nieprawda, że serwis aż z Izraela. Serwis jest miejscowy. I reaguje natychmiast, jeśli są usterki. Patrole piesze są i będą niezbędne. Zdarza się, że zwierzę wygląda jak człowiek. Albo i człowiek może udawać zwierzę.


Baj. Sugry po
Jakby ktoś obdarł żywą rzekę ze skóry. Nie wiem, jak to nazwać. Brzeg wygląda jak obóz koncentracyjny. Stoję zdziwiony, zaskoczony. Bug wije się na dole, jak z bólu. Stanisław Baj stoi obok, na tym samym miejscu od 30 lat. Ale sławnego obrazu już nie ma. Bug mi się myli z Bajem w notatkach.
Płynie. Trzecia godzina rozmowy, a mój rozmówca wciąż wyciera oczy. Niezauważalnie dzieje się coś ważnego. Czy społeczeństwo, które nie chroni wartości niematerialnych, ma przyszłość? Czy te wartości mają jakichś rzeczników? Co się dzieje, kiedy nie potrafimy rozpoznać ważnych dla nas symboli i realnych zagrożeń? Czy nie stać nas na rzetelne analizy takiej zapory, żeby zadbać o interesy wszystkich?
Jednak dużo prawdy w tym, że piękno jest też mądre i dobre, jak chcieli Grecy i chrześcijanie. Ten widok sam przecież próbował się obronić. Ba, bronił się przez wiele lat. Nawet sami wykonawcy zapory żałowali krajobrazu, o czym pisała Regina Skibińska i Wojciech Kość w pierwszym reportażu z dewastacji.
A ja przypominam sobie, że według fenomenologii ciało człowieka nie kończy się w jego granicach, że sięgamy dalej niż nasze kończyny i jesteśmy czymś więcej niż te kilkadziesiąt kilogramów tkanek. Jesteśmy w pewnej relacji całości ze światem, który powstaje w kontakcie z człowiekiem. Maurice Merlau Ponty twierdził, że tłumaczą nam to bóle fantomowe. Po utraconej kończynie, ale i osobie, dolinie, rzece, kraju.
Kiedy tak sobie gadamy, profesor Baj pokazuje mi w telefonie pierwszy obraz namalowany po wycince drzew. Prawa strona, gdzie rosła ikoniczna wierzba, zieje odcięta czarną smugą. Panuje tam jakaś ciemność i bezkształt. ***
Do dnia zamknięcia numeru redakcja nie otrzymała odpowiedzi ani stanowiska Straży Granicznej w sprawie kwestii poruszanych w reportażu.
Tekst pochodzi z 39. numeru Krainy Bugu.