To jednak było zaskoczenie zobaczyć na brzegu kościół, jakby żywcem przeniesiony z Kotliny Kłodzkiej albo Jeleniogórskiej. A raczej – cegła po cegle… Bo jest w krainie Bugu jak? Przede wszystkim drzewnie i rzewnie. Grubo ciosane bele lub starannie przytarte dechy. Słomiane warkocze jako termoizolacja. Ornamenty wykrojone misternie w deszczułkach, a następnie pociągnięte kontrastującą farbą i przybite nad drzwiami, do ganka, do szczytu dachu. Kolorki, sztachetki, świątki. Wschodu tchnienie.

A tu płyniesz sobie Krzną, która dzikimi zawijasami skrada się od lewej do Bugu, i na wysokości Malowej Góry dostrzegasz gotyk. Wypalony w czerwonej cegle, na granitowym cokole, wszystko jak należy. Solidny, smukły, surowy i trwały na wieki wieków, amen. Trochę jak z innej cywilizacji. Nie, żebym miał coś przeciwko, bynajmniej. Gotyk uwzniośla religijną zadumę, czyni ją bardziej skrzydlatą i bardziej względem siebie wymagającą. Tyle a tyle „ojczenaszów”, tyle a tyle zdrowasiek, wszystko wyliczone jak w zegarku dla średniowiecznych sportowców. Tymczasem drewniane budownictwo sakralne, z całym swym sielskim otoczeniem, czyni z wierzącego rozmemłaną, szczęśliwą krowę. Polegujesz sobie na trawie, przeżuwasz słomkę (czasem z żubrówki) i kontemplujesz niezobowiązująco boskie stworzenie, wszystkie te rzeczy widzialne i niewidzialne, ale nieodmiennie piękne.

Zatem zdumienie, obudzona ciekawość i gorączkowe robienie wiosłem celem dobicia do brzegu. Za chwil kilka okaże się, że to nie zagubione zagony krzyżackie postawiły na brzegu ­Krzny tę imponującą budowlę, lecz Józef Pius Dziekoński, pierwszy dziekan wydziału architektury Politechniki Warszawskiej, którego neogotyckie kościoły ozdobiły na początku XX wieku kilkadziesiąt miejscowości w Polsce, w tym kilka na Podlasiu. W środku ołtarz drewniany i kopia „Przemienienia Pańskiego” Rafaela, ufundowane przez posła Lubomira Dymszę do spółki z żoną Ludmiłą z Kierbedziów. Tak, z „tych Kierbedziów”. Kierbedziów herbu Ślepowron. Tych od mostu nad Wisłą w Warszawie i biblioteki na Koszykowej, którą podarowali rodakom niedługo przed odzyskaniem niepodległości. Sam kościół też sfinansowany z darowizn okolicznego ziemiaństwa. Ten kupił dzwony, ów ambonę, inny zamówił organy.

Miały gest w tamtych czasach polskie elity, złego słowa nie można powiedzieć. Pokażcie mi dziś jakiegoś milionera, który wybudował bezinteresownie bibliotekę, kościół, szkołę, dom starców. Współczesny bogacz funduje co najwyżej fundację, co kosztuje go kilkadziesiąt kliknięć w klawiaturę. Potem fundacją opiekuje się jego żona (na ogół trzecia i trzy razy młodsza) i „pozyskuje na nią środki” – z grantów europejskich, z tak zwanych projektów, z dotacji wyżebranych od ministrów na kolacjach u Sowy lub innego Kruka, za które rachunki i tak wrzuca się „w koszta”. Taka to jest dzisiaj tandeciarska hojność elit.

A sam ołtarz Dymszów – palce lizać. Też gotycki w formie, tyle że z drewna. Chryste, czy ktoś potrafiłby dziś wyrzeźbić takie cudo dla Ciebie? Na pewno nie żaden współczesny artysta, bo oni specjalizują się w instalacjach ze śmieci i butelek po coli. Może któryś z polskich meblarzy, bo ci w drewnie potrafią zrobić wszystko, o czym mało kto u nas wie, chociaż na świecie – bardzo już wielu. Zaś Lubomir Dymsza nie miał nic wspólnego ze słynnym aktorem, Adolfem Dymszą, choć metrykalnie mógłby być jego ojcem. Był za to przyjacielem Henryka Sienkiewicza i synem powstańca styczniowego, a to zobowiązuje.

I co, warto czasem przybić do brzegu kajakiem?

Tekst: Zbigniew Górniak

Artykuł pochodzi z 28. numeru Krainy Bugu

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep