Posrebrza, żeby zakraść się na drugą stronę rzeczywistości. Daje rzekom śpiewać, bo wierzy, że trzeba ich wysłuchać.
„Cienie” Jarosława Lustycha sprzed dwudziestu lat to modelowe dzieło landartowe: kamienne kompozycje na trawie pracowicie odzwierciedlają zaciemnienia i prześwity słońca w koronie. Zauważalny jest brak ingerencji w środowisko naturalne – jedyne materiały to wapień i piaskowiec ułożone na łące. W „Lodowych” użył wyłącznie lodu, tworząc spektakularne, metaforyczne kompozycje.
— Gdy zacząłem się zajmować ponad dwadzieścia lat temu sztuką na zewnątrz, to galerie definiowały sztukę – co jest sztuką, a co nie. Jej ściany wyznaczały sztuce granice, a jednocześnie ją definiowały. Otwarta przestrzeń w ten sposób nie działa, nie ma pancerza białego kubika, sztuka staje się bezbronna i jednocześnie otwarta — mówi Jarek Lustych.
Swoje prace, nawet te w naturze, nazywa site specific – specyficznymi dla danego miejsca. Nie używa pojęcia „land art”, ponieważ rezerwuje je dla określonych artystów, używających specyficznych materiałów, historycznie przypisanych tej dziedzinie. Uważa, że, bez względu na nazwę, cokolwiek tworzymy w naturalnej przestrzeni, to powinno się to samoczynnie degradować: — Wyobraźmy sobie, że ktoś powiesi w lesie masę nitek. Ptaki i inne zwierzęta się w to zaplączą, w efekcie zaszkodzi naturze. Jest trochę takich działań, z którymi mam problem. Dlatego lubię używać srebra, bo ono niczego nie zaśmieca, wszystko zostaje takie, jakie było — opowiada.

Posrebrzyciel świata
Co takiego jest w srebrze, że wydaje się szlachetniejsze od złota? Na pewno jest bardziej tajemnicze. Gdy złoto kojarzy się z przepychem, srebrna tafla odbija rzeczywistość migotliwie jak lustro. To światło nocy, o którym nie wiadomo, czy istnieje naprawdę.
„Jarek Lustych nie powołuje rzeczy do istnienia, tylko je przywołuje, potwierdza ich istnienie-srebrnienie – pisze Urszula Makowska w tekście Rzeczy srebrne. Z archiwum Jarka Lustycha. – Wybór materiału srebrnego, a nie złotego, artysta tłumaczy jego neutralnością kolorystyczną: złoty ma swój odpowiednik w barwie ciemnożółtej, a srebrny w białej (czasem szarej), czyli w bezbarwności. Dlatego błyszczenie srebra staje się czystym lśnieniem, wyabstrahowanym blaskiem”.
Dzięki srebru z próżni niewidzialności wyrwały się studzienka ściekowa, kilka płyt chodnika, odbojnik od kamienicznych drzwi czy kołatka („Metamorfozy” w St. Etienne). Słowem: nic nadzwyczajnego. Jednak te z pozoru banalne, uliczne artefakty, skradzione codzienności, stały się nagle czymś w rodzaju furtki do ukrytego wymiaru.
Cała ukryta moc srebra zalśniła w połówkach serc kołyszących na wodzie. Tak rozpoczęły się wnikliwe „Badania nad miłością” – nad tym, co realne, a co wymarzone, co widzialne, a co tylko zasugerowane. Jarek Lustych zasiedlał zbiorniki wodne, kałuże, sadzawki czy rynsztoki sercami, których znaczenia poszukiwali przechodnie.

— Na początku nie sądziłem, że te formy będą tak pływać i wchodzić ze sobą w interakcje. Przypadkowi ludzie dopisywali im historie i na przykład mruczeli pod nosem: „o, ona go podrywa”, „on się chyba w niej zakochał”, antropomorfizując te połówki serc, które odbite w wodzie tworzyły całość — opowiada.
W podobny sposób realno-wyobrażeniową całość stanowiła posrebrzana brzoza w „Axis Mundi” w 2014 r. w Roztoczańskim Parku Narodowym. „Oś świata” – podwójne drzewo zanurzone w wodzie – wyznaczała wektor między różnymi porządkami rzeczywistości.
Z kolei „Klatka” – srebrne napisy na drzewach przy zamku w Janowie Podlaskim – była, jak sam zauważa, jedną z nielicznych jego prac o charakterze krytycznym. — To praca pokazująca władzę. Zgodnie z hasłem Land Art Festiwalu odnosiła się do „domu”, do tego, jak możemy kogoś w dany obszar zaprosić, odmówić mu wstępu czy go wyrzucić — tłumaczy.
Przeciwstawne grupy pojęć („Zapraszam”, „Zabawmy”, „Zasiądźmy” oraz „Wynocha” czy „Wyjdź”) łapią widza w pułapkę myślowych konstruktów, które mogą stać się opresyjne. Srebrne napisy kończą się mniej więcej na tej samej wysokości około trzech metrów. Wystarczy stanąć w ich wnętrzu, pośród drzew, aby zrozumieć sens rozmaitych „klatek”, w które wtłaczamy siebie i innych.
Harfa eolska
Napięta struna jest zamocowana między brzegiem a dnem. Gdy woda w rzece się porusza, zaczyna drgać i delikatnie wibrować. Działa podobnie do harfy eolskiej, nawiązującej nazwą do Eola, boga wiatrów. Dźwięk, odpowiednio wzmocniony, tworzy sekwencje i układy – to śpiew rzeki. Podobno każda ma swój głos. Jak brzmi Bug?
Dzięki „Próbie głosu” można było usłyszeć, jak śpiewa. Od 2016 r. Jarek Lustych rejestruje odgłosy rzek w swoim projekcie „Latent Voice”. Zamiast tworzyć instalację, która będzie opowiadać o naturze, postanowił, że pozwoli jej przemówić.
— Obserwuję nadużywanie przyrody, to, że ktoś ją po prostu bierze i sobie używa, także w pracach artystycznych. Chciałem spojrzeć inaczej na naturę, nie kolonizować jej. Gdy starałem się w ten sposób ujawniać potencjał kompozytorski rzek, okazało się, że grają bardzo różnie: inaczej rzeki francuskie, japońskie, niemieckie czy polskie — opowiada artysta.
Jego cel to przełamanie antropocentrycznej wizji świata i uczynienie natury współautorką artystycznych działań. W miarę możliwości stara się unikać produkcji nowych obiektów albo korzysta z materiałów recyklingowych. Większość jego prac ma wspólny mianownik: jest nim zwracanie uwagi na to co niezauważalne i niesłyszalne. Sztuka ma stanowić spoiwo, które na powrót scali człowieka ze światem natury.
— Chciałbym, aby mój projekt ukazujący tajemnicę płynącej wody – nie tej z kranu, ale tej będącej w samoistnym, odwiecznym ruchu – przywrócił zainteresowanie rzekami, które tworzą krwiobieg natury. Czas, by rzeki dopuścić do głosu. Wtedy może łatwiej przyjdzie nam chronić je przed przemocą — wyjaśnia.
Do tworzenia sztuki nie potrzebuje wielkich środków czy publiczności. Przykładem mogą być akcje uliczne, gdy obdarowywał przechodniów czy kierowców ulotkami z autorskimi grafikami, a ci, nawet się im nie przyglądając, wyrzucali je do kosza. Taki mały test na naszą estetyczną ślepotę w wizualnym chaosie.
Bywa i tak, że tworzy z potrzeby serca, a jedyną widownię stanowią leśne zwierzęta. Tytuł „H5N1” nie przypadkiem pokrywa się z nazwą śmiertelnego szczepu wirusa ptasiej grypy. Ale zupełnie gdzie indziej kieruje naszą uwagę, bo na grupę poszkodowanych, o których świat zapomniał… Posrebrzone ptasie budki artysta ozdobił czerwonymi symbolami krzyża, tak że przypominają apteczki. Po prostu pewnego dnia poszedł do lasu nad Wisłą i je zamontował, symbolicznie lecząc chore ptaki i biorąc je w opiekę.
— To jedna z moich ulubionych prac — przyznaje — Takie proste działanie, wynikające z odruchu. Świetnie, jeśli ktoś cię dostrzeże, doceni, to wzmacnia ego. Ale tę pracę zrobiłem, bo chciałem ją podarować, i dała mi chyba najwięcej satysfakcji. Szkoda tylko, że po lesie i po ptakach nie ma dzisiaj ani śladu — dodaje.

Tekst: Sylwia Hejno
Artykuł pochodzi z 28. numeru Krainy Bugu.
Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep