Miejski szaman, kpiarz, artysta polny i łąkowy. Scenograf krajobrazu, malarz traktorem, ekscentryk zasłuchany w plemienne pieśni. Jakkolwiek go nie określimy, pewnie będzie w tym cząstka prawdy.


Jarosław Koziara to ktoś, kto już na pierwszy rzut oka się wyróżnia – podobnie wyraziste i charakterystyczne są jego prace. Tworzy dzieła landartowe, projektuje plakaty, okładki, scenografie, wprowadza szamańskie elementy w miejską tkankę. A wszystko to kipi energią i zdaje się mieć jakiś prapoczątek w sztuce czasów przedcywilizacyjnych.

Istnieje pewna anegdota o tym, jak dwadzieścia lat temu Koziara kupował w pobliżu Wisły spory kawałek ziemi. Rozciągały się tam zjawiskowe łąki, które go urzekły. Z merkantylnego punktu widzenia stanowiły nieużytki. Dla lokalnych urzędników była to rzecz niezrozumiała, bo po co komuś obszar, który nie przedstawia większej wartości? Zatem na wszelki wypadek uznali ten pomysł za podejrzany i nakazali dostarczyć pełną dokumentację przedsięwzięcia z uzasadnieniem. Koziara się nic a nic nie zraził. Z aptekarską dokładnością sporządził inwentarz kilku centymetrów kwadratowych łąki, nie pomijając żadnego źdźbła, żadnego kwiatka. I tak pieczołowicie przygotowany urzędowy dokument dostarczył, obiecując, że szczegółowe dane na temat reszty terenu będzie przysyłał w odcinkach.

Rozrabiaka i marzyciel

Artysta wywołał znaczące zamieszanie już w 1989 roku. Jego „Guernica po polsku” rozciągająca się na płocie przy Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, pierwsze graffiti w mieście, oddawała trudną, PRL-owską rzeczywistość i to tuż przed pierwszymi, częściowo wolnymi wyborami. O dziwo, dzieło przetrwało całe tygodnie, a nawet doczekało się odtworzenia po dwóch dekadach. „Guernica po polsku” to praca wyjątkowa, stanowiąca wymowny komentarz do swoich czasów. W tym społecznym street arcie pojawiła się tulona do piersi kaszanka czy papier toaletowy dyndający na szyi. Podczas gdy Picasso przedstawił teatr wojennego okrucieństwa, Koziara, jedynie nawiązując do jego obrazu, pokazał z właściwym sobie humorem szarą rzeczywistość Polski Ludowej, równie bezwzględną, co absurdalną.

Znany jest zresztą z ciętego języka. Pisze celne, kąśliwe felietony, nie zawahał się także nazwać ówczesnego dyrektora Centrum Spotkania Kultur barbarzyńcą i szkodnikiem po tym, jak ten zasłynął pogardliwą wypowiedzią o „deszambrze” i „misce klozetowej” (chodziło zapewne o „Fontannę” Marcela Duchampa), a także zdecydował o demontażu dopiero co rozpoczętej pracy lubelskiego artysty.

Nie ulega wątpliwości, że Koziara jest wielkim marzycielem. Od lat jego największą inspiracją pozostaje natura. Artysta i pszczelarz, w swoich pracach stara się wrócić do początków cywilizacji, gdy człowiek, ogrzewając się przy ognisku, stanowił nieodłączną część przyrody i ją celebrował.

Właśnie z twórczego przetwarzania przyrody powstają jego dzieła oparte na kraj­obrazie. Artysta potrafi nadać im szerokie konteksty, dzięki czemu nie tylko efektownie się prezentują, ale i dotykają istotnych spraw. Tak było chociażby ze „Swobodnym przepływem”, jedną z najsłynniejszych jego prac, która powstała na granicy polsko-ukraińskiej. Doczekała się tysięcy powieleń w internecie na całym świecie. Kosmiczny symbol ryb płynących w przeciwne strony obfitował w odniesienia: mógł być odczytany na przykład jako tęsknota za sobą dwóch kultur albo jako pewne kontinuum odwiecznych procesów, których żadna granica nie zdoła przeciąć.

Sensy prac Koziary wyczuwamy intuicyjnie, są czytelne, pojemne, odwołują się do emocji i wspólnej świadomości. W tym znaczeniu są demokratyczne, pozbawione sztucznego elitaryzmu, nie piętrzą przed widzem trudności. Czy trzeba być historykiem albo krytykiem sztuki, aby pojąć istotę „Procesji”?

Tajemniczy pochód sunie po linii horyzontu Roztoczańskiego Parku Narodowego, powoli, w takt niesłyszalnej muzyki. Ręce odcinających się od nieba ciemnych sylwetek wznoszą się ku górze, zdają się coś nieść. W radości, w pożegnaniu? Tego artysta nie rozstrzyga. Wraz z „Procesją” płynie coś na kształt trumny, jednak ta monumentalna praca jest zaskakująco lekka, a ukazana chwila, choć uroczysta, jest daleka od ponurej, ciężkiej podniosłości. Taneczny pochód nie z tej ziemi zmierza przed siebie w niewiadomym celu, być może aby trumnę pochować albo wręcz odwrotnie: właśnie została ona z ziemi wyjęta i trwa oczekiwanie na nowe życie. Drewno, symboliczne tworzywo, staje się pomostem dla życia i śmierci, które się przenikały w tej niezwykłej refleksji na temat porządku świata i miejsca człowieka.

Dzieła mówią wieloma językami

Tym, co od razu uderza w pracach Jarosława Koziary, jest to, że mają nie tylko swoje życie, ale i rytm. W rozedrganych kształtach i kolorach unaoczniają się kapryśne płomienie, pewne motywy powtarzają się, budując całość jak klastry w ulu albo – refren pieśni. I nawet jeśli do potężnych realizacji trzeba użyć traktora, to wciąż traktują o ulotności właściwej światu natury. Co więcej, pasują do niej, wchodzą w dialog z jej niuansami. Widać to na przykładzie „Totemu”, „Baby”, „Domu” czy innych prac, stworzonych na Land Art Festiwalu, którego artysta jest również współorganizatorem.

„Wieża Bubel” stoi na skraju kopalni piasku w nadbużańskim Bublu Grannie, mierząc się oko w oko z pracującą tam koparką. Lokalizacja to dość osobliwa, ale całkowicie świadoma. Konstrukcja, zwana też „choinką” czy „kapeluszem”, samym swoim byciem tam, gdzie znajdować się nie powinna, przeprowadza nieustający performans, staje się okupantem tej przestrzeni. Czy utrudnia prace prowadzone w tym miejscu? Na pewno, ale czyni to zaskakująco długo.

— Ekipa chyba się przyzwyczaiła do tego widoku — śmieje się Koziara. — Myślę, że jeśli żyje sobie w tym miejscu i nikt jej nie pozyskał na opał, to znaczy, że się przyjęła — dodaje.

Miękkie nierówności naśladują fakturę piasku, ogromna czapa pasuje swoją skalą do powstałego po wykopach rowu, nie wydając się wcale tak wielką. Z jednej strony stanowi symbol degradacji tej przestrzeni, z drugiej może kojarzyć się z czymś zupełnie innym – na przykład wznoszącym się ku górze ogniskiem.

„Gorejące drzewo” płonie na Bugu, na samym końcu Europy, pod granicą z Białorusią. Przywodzi na myśl skojarzenia biblijne. Boski znak rozświetlony nocą dzięki odnawialnej, ekologicznej energii, dla jednych stanowi przestrogę przed zbliżającą się naturalną apokalipsą, dla innych nabiera nieoczekiwanych, politycznych kontekstów w świetle ostatnich wydarzeń. Jarosław Koziara sam unika jednak bezpośrednich nawiązań.

— Teatralizuję różne dramaty, które się gdzieś rozgrywają. W moich pracach zawsze jest pewna umowność, symboliczność, dlatego wiele zależy od wrażliwości widza, od jego energii czy refleksji. „Gorejące drzewo” może być o płonącej Australii czy lasach Amazonii i tym, co się teraz dzieje na Biało­rusi. Ale to jest ciągle jedna praca. Myślę, że siłą sztuki jest jej uniwersalność, to, że może być nośnikiem wielu idei — uważa artysta.

Idee zamiast rzeczy

— Sztuki cały czas fizycznie przybywa, pojawia się problem pewnego nasycenia – co z tym wszystkim robić? Ileż można jej gromadzić? Wyprowadzenie sztuki z galerii pomaga pozbyć się tego kłopotu. Jeśli wyjdziemy na pole, do lasu, na łąkę i wejdziemy w rezonans z otoczeniem, to łatwiej jest porzucić dzieło, zrezygnować z jego nieśmiertelności — uważa Jarosław Koziara. Być może rzeczywiście nadeszła pora, by dzieła częściej stanowiły dziedzictwo duchowe niż materialne.

Tekst: Sylwia Hejno

Zdjęcie: Archiwum własne artysty

Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep