„Przecież już jak się coś sobie wyobraża, to się myśli o czymś najpiękniejszym”.
(Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza)
Ponadstuletni dom w Złotorii, gm. Zaręby Kościelne nad Bugiem, otulony fioletową mgiełką lawendowego ogrodu, wita gości napisem na stropowej belce: „Tu mieszka szczęście”. Jego właścicielka, Anna Gawlik, szukała tego szczęścia po całym świecie, a odnalazła je w wiejskiej zagrodzie prababci, która przychodzi do niej we śnie i, całując ją w czoło, szepce w zachwycie: „Aniu, jak tu pięknie”.
Pomysł na Sielski Dom i Ogród pojawił się dziesięć lat temu, kiedy właścicielka siedliska wróciła z Wielkiej Brytanii, gdzie próbowała ułożyć swoje życie od początku. Absolwentka ogrodnictwa na SGGW, po studiach nie mogła znaleźć dobrej pracy w zawodzie, uczyła więc dzieci z rodzinnych stron języka angielskiego. Ale belferka nie była jej pisana. — Wyjechałam na Wyspy w momencie otwierania się unijnych granic, chciałam doświadczyć czegoś nowego. Miałam za sobą nieudane małżeństwo… W Sheffield, gdzie mieszkałam, na tamtejszym uniwersytecie znajdował się wydział architektury krajobrazu. Pomyślałam: dlaczego nie spróbować? I to była chyba najlepsza decyzja w moim życiu — przyznaje po latach. — Spotkałam tam fantastycznych ludzi, spędziłam niezliczone godziny w bibliotekach, studiując książki z dziedziny projektowania ogrodów, bywałam w przepięknych ukwieconych rezydencjach i uroczych wiejskich ogródkach, z których słynie Anglia, czerpiąc pomysły na własne siedlisko. No i poznałam swojego męża — uśmiecha się i dodaje: — Skończyłam te studia z wyróżnieniem. Po długich dyskusjach co do naszej przyszłości, postanowiliśmy wrócić na nadbużańską wieś, by rozpocząć nowy rozdział wspólnej wędrówki…
Dom jak z bajki
Drewniana chata w Złotorii, ta sama, do której jako mała dziewczynka wpadała wieczorem na pajdę chleba z miodem, po śmierci dziadków mocno podupadła. — To była w zasadzie ruina — wspomina pani Anna. — Tata chciał rozebrać dom albo sprzedać go wraz z całym gospodarstwem, ale moja siostra ostro zaprotestowała, za co jestem jej bardzo wdzięczna. W ten sposób chata wróciła do mnie, a ja zabrałam się za jej żmudne ratowanie — wzdycha na wspomnienie tamtego czasu. — Na początku było bardzo trudno. Mąż pracował na etacie, więc musiałam sobie radzić sama. Ale nie boję się ciężkiej pracy, bo od małego, żyjąc na wsi, byłam do niej przyzwyczajona. Sianokosy, żniwa, wykopki, karmienie gospodarskich zwierząt to była moja codzienność — tłumaczy. — Podczas remontu domu nabawiłam się nawet cieśni nadgarstka! To była niewyobrażalna harówka, ale ile radości sprawiało mi odkrywanie oryginalnych bali ukrytych pod pilśnią, skrzypiącej starością podłogi, pamiętającej kroki moich pradziadków, czerwonej cegły w kuchni, która przez długie godziny trzyma przyjemne ciepło. Nie zapomnę tego dnia, kiedy pierwszy raz rozpaliliśmy z mężem w kaflowym piecu. To był znak, że dom odżył, że nasz trud nie poszedł na marne — podkreśla Anna Gawlik.
Wszystkie meble, stanowiące wystrój Sielskiego Domu, trafiły do właścicielki siedliska głównie z targów staroci. Część z nich przynieśli znajomi i sąsiedzi – wiedząc o pasji gospodyni i jej wyczuciu piękna, byli przekonani, że stary mebel odzyska w jej rękach drugie życie. Tak jak szafa czy kredens, stojące w obszernym salonie – przeznaczone na podpałkę, w ostatniej chwili wyrwane spod siekiery, dziś są ozdobą tego domu, urzekając formą, kolorystyką i ornamentami. Jednym z nielicznych oryginalnych sprzętów jest posażna skrzynia babci, pomalowana w kwiaty przez uzdolnioną wnuczkę. Lekcje rysunku na angielskiej uczelni nie poszły na marne. Z rogu pokoju patrzy na nas pogodnie madonna w błękitnym płaszczu, z bukiecikiem zasuszonej lawendy u drobnych stóp. — Pamiętam tę figurkę z dzieciństwa, była w naszej rodzinie od zawsze. Modliło się do niej o zdrowie i dobre plony kilka pokoleń domowników — wyjaśnia gospodyni, po czym prowadzi nas do kolejnych, naznaczonych ciekawą przeszłością, pomieszczeń.
„Szkoła powiatowa w Zarębach Kościelnych, punkt Filialny w Złotorii” – czytam na muśniętym rdzą szyldzie z lat 50., umieszczonym nad wejściem do jednego z nich. — Tak, tak, tu w czasach PRL-u mieściła się szkoła — wyjaśnia nasza przewodniczka. — Udało mi się ocalić kilka oryginalnych ławek, które odgrzebałam na strychu, a spod stodoły wykopałam szkolną tablicę. Cenną pamiątką po tamtych czasach jest też drewniana miarka do mierzenia uczniów. Na targu staroci kupiłam niedawno przedwojenną cenzurkę absolwenta, możliwe że z podobnej do tej szkoły — wylicza. — Dzieci, odwiedzające to miejsce, są ciekawe historii. Pytają, dziwią się i cieszą, że mogą doświadczyć czegoś nowego, co dotychczas znały jedynie z opowieści dziadków czy pradziadków — zaznacza pani Anna. — A potem prowadzę je do ogrodu… — szepcze tajemniczo.
Ogród marzeń
Na całej połaci lawenda… – chciałoby się zaśpiewać, trawestując słynny utwór Jeremiego Przybory. Zapach lawendy wnika w każdy zakątek ogrodu. Wydaje się, że pachnie nią ziemia i niebo… — Ten ogród utkałam z marzeń — wyznaje pani Anna. Ubrana w zwiewną białą sukienkę i ażurowy kapelusz, przenicowany babim latem, przypomina Anię z Zielonego Wzgórza – jak się okazuje, jej ulubioną postać z dziecięcych lektur…
— Kiedyś było tu tylko pole, gdzie pasły się krowy. Moja mama próbowała sadzić różne rośliny, ale na próżno – zwierzętom bardzo smakowały — śmieje się, zanurzając dłonie w kiściach róż, po czym prowadzi nas w lawendowy gąszcz, nad którym unosi się chmara motyli i pszczół. — Będąc w Anglii napatrzyłam się na lawendowe ogrody i pomyślałam, że spróbuję stworzyć podobny przy moim domu. Tym bardziej że ziemia jest tutaj bardzo słaba, a lawenda nie jest pod tym względem wymagająca. A poza tym uwielbiam kolor niebieski i różne jego odcienie — dodaje, zrywając gotowy do ścięcia kwiat ulubionej rośliny. — Na początek posadziliśmy około tysiąca dwustu krzaków lawendy różnych gatunków i zamierzamy sukcesywnie powiększać uprawę — zapewnia.
— Oprócz pola lawendy mamy tutaj wiele tematycznych ogrodów: warzywny, ziołowy, różany, preriowy, ogród traw ozdobnych i hortensji oraz ogród wiejski. Jest także wysepka z wikliną, którą wykorzystujemy w naszym gospodarstwie. Uwielbiam trawy ozdobne, bo wprowadzają do ogrodu klimat eteryczności i romantyzmu. Dzięki nim pejzaż wciąż się zmienia. Poruszane wiatrem, ze świetlistymi refleksami poranka czy wieczoru, tworzą niezwykłe obrazy, które utrwalam na zdjęciach. Biegnę do ogrodu zaraz po obudzeniu, o każdej porze roku, by podziwiać ten spektakl… Jestem uzależniona od kolorów i zapachów — przyznaje pani Anna. — Po ciężkim dniu pracy odnajduję tu spokój i radość życia, bo przecież po to tworzymy nasze ogrody… „Otwarcie drzwi i wyjście do ogrodu jest najbardziej ekscytującym wydarzeniem każdego dnia” – jak mawiała Marion Cran, pionierka ogrodnictwa w Wielkiej Brytanii.
Dla duszy i ciała
Pani Anna nigdy nie sądziła, że jej Sielski Dom i Ogród będzie się cieszył tak dużą popularnością. Z myślą o turystach w ubiegłym roku rozpoczęła organizowanie cyklicznych warsztatów, podczas których opowiada, jak funkcjonuje ogród w zgodzie z przyrodą. Ich uczestnicy poznają także historię i tradycję ludzi z regionu oraz własnoręcznie wykonują lawendowe dekoracje do swoich domów. — Po zwiedzeniu ogrodu zapraszam wszystkich do naszej stodoły, gdzie przygotowujemy lawendowe cudeńka: saszetki z suszoną lawendą, wianki, kosmetyki, jak np. larendogrę, czyli naturalny kosmetyk na bazie lawendy i kilku innych ziół oraz octu jabłkowego według średniowiecznego przepisu na tonik królowej węgierskiej. Nadal wzbudza emocje, gdyż stosowany na skórę działa odmładzająco, o czym przekonałam się – nomen omen – na własnej skórze. Wspólnie robimy także poduszki wypełnione suszem z lawendy, które pomagają się odstresować i dzięki cudownemu zapachowi poprawiają jakość snu. Trzymam je w każdym miejscu odpoczynku. Dostępne są także, oprócz innego rękodzieła mojego autorstwa, w naszym sklepiku. Chętni mogą uszyć taką poduszkę na babcinej mechanicznej maszynie na indywidualnych warsztatach — zachęca nasza bohaterka.
— Czy pani wiedziała, że w XII wieku na północy Anglii praczki nazywano lavenders, z powodu perfumowania lawendą wypranej pościeli? — pyta. — Albo że lawenda była jedną z ulubionych roślin leczniczych, którą zalecała na spokój ducha i lepszą pracę mózgu św. Hildegarda z Bingen…? — Z jej opowieści dowiaduję się też, że olejek lawendowy został naukowo uznany za silny środek antyseptyczny, dlatego stosowano go dla zabicia m.in. bakterii tyfusowych czy paciorkowców. Palone wiązki suszonej lawendy okadzały chorego i przynosiły mu ulgę w cierpieniach. Nie brakuje też symbolicznego działania tej rośliny w folklorze ludowym. Według przekazów, jeśli panna użyła kwiatu lawendy w połączeniu z rozmarynem, długo zachowywała cnotę… Takich historii można słuchać bez końca.
— Miejscowi na początku mówili, że jestem wariatka, że mój pomysł nie wypali — przyznaje Anna Gawlik. — Ale ja z całych sił uwierzyłam w swoje umiejętności i wciąż umysł mam zajęty planami na przyszłość — dodaje. Mąż, pochodzący z Wrocławia, też nie wyobraża sobie teraz mieszkania gdzie indziej. W wolnych chwilach wsiada na rower i jedzie do pobliskiego Broku, a potem wzdłuż Bugu, dziesiątki kilometrów, aż zastanie go zmierzch… Rzeka ma wtedy kolor lawendy, jak w ogrodzie jego żony, a na sierpniowym niebie zakwitają pierwsze gwiazdy w jej wymarzonym kolorze.
Tekst: Monika Mikołajczuk
Zdjęcia: Bartek Kosiński
Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu.
Wszystkie wydania dostępne są w naszym sklepie internetowym www.krainabugu.pl/sklep