Artysta udowadnia, że egzystencjalny wymiar sztuki realizuje się nie tylko przez bezpośrednie portretowanie człowieka, ale też przez szacunek dla śladów jego obecności i pamięci. Podczas gdy tradycyjną rzeźbę tworzy się przez ujmowanie lub dodawanie materii, Pawliczuk łączy elementy i konwencje, składa materialne świadectwa istnienia, obdarowując stare, zapomniane i niepotrzebne przedmioty mocą nowej egzystencji.
TEKST Małgorzata Nikolska FOTO Bartek Kosiński, Joanna Rafalska / Galeria im. Sleńdzińskich
Rzeźba kojarzy się powszechnie z antycznym posągiem z białego marmuru lub dostojną statuą odlaną z brązu, rzadziej z drewnianą figurką frasobliwego świątka czy gipsową Maryjką z przydrożnej kapliczki. Artystyczne obiekty Wojciecha Pawliczuka mają niewiele wspólnego z klasyką i chociaż podstawowym materiałem ich realizacji jest drewno, najchętniej sięga on po tworzywa z odzysku, wykorzystując rozbiórkowe elementy budowlane, stare palety, skrzynki, fragmenty porzuconych mebli, które łączy z metalowym złomem, kamieniarskimi odpadami czy po prostu kamieniami polnymi. Ten rodzaj działalności, nazywany też upcyklingiem, nadający nową wartość zużytym, niepotrzebnym przedmiotom, nie jest zjawiskiem nowym, kiedyś był naturalnym i ekonomicznym sposobem wykorzystania dostępnych zasobów, i dopiero rozwój nadmiernego konsumpcjonizmu doprowadził do powszechnego marnotrawstwa rzeczy.

FOTO Bartek Kosiński
Sztuka z wysypiska
Artyści dość wcześnie zauważyli tkwiący w zwykłych śmieciach potencjał twórczy. Już Vincent Van Gogh z fascynacją opisywał swoją wizytę na wysypisku, z którego zabrał nawet „kilka ciekawych przedmiotów…”. Po nieoczywiste tworzywa czy odnalezione w piwnicach i na strychach przedmioty sięgali surrealiści i twórcy dadaizmu, doszukując się w nich nowych metafizycznych i symbolicznych znaczeń.
W latach sześćdziesiątych narodziła się włoska arte povera – sztuka uboga, w której artyści odrzucali tradycyjne, drogie materiały, wykorzystując w zamian dostępne i nietrwałe surowce, takie jak ziemia, węgiel, szmaty i gazety. Ze śmieci, złomu, sztucznych tworzyw i zniszczonych przedmiotów konstruowali swoje prace także Pablo Picasso, Robert Rauschenberg, a w Polsce Tadeusz Kantor i Władysław Hasior. Również obecnie wielu artystów kierujących się troską o ekologię, a zarazem manifestujących bunt przeciwko marnotrawstwu i konsumpcjonizmowi sięga po tzw. Trash Art, czyli dosłownie „sztukę śmieci”, tworząc fascynujące i estetyczne dzieła.
Prace Wojciecha Pawliczuka, znane dotychczas jedynie wąskiemu gronu odbiorców, zyskały szerszy rozgłos dzięki indywidualnej wystawie w Galerii im. Sleńdzińskich w Białymstoku. Ekspozycja, zorganizowana z inicjatywy zaprzyjaźnionego artysty Mateusza Wolframa, pozwoliła nie tylko zaprezentować te niezwykłe rzeźby masowemu odbiorcy, ale też scalić je pod bardzo trafnym, autorskim szyldem Lignumity.
Lignumity, słowotwór powstały z połączenia dwóch słów: łacińskiego lignum (drewno) z mitami, czyli opowieściami o bogach, herosach i siłach natury, doskonale określa charakter i sens twórczości tego artysty. Drewno to dla niego baza – pierwotna materia i najbardziej naturalny surowiec. Drzewa otaczały go niemal od kołyski. Urodził się w Hajnówce, nazywanej bramą do Puszczy Białowieskiej, gdzie rytm życia mieszkańców od pokoleń wyznaczały las, łowiectwo i obróbka drewna. Tradycję tworzenia i szacunku do solidnego rzemiosła miał we krwi: w rodzinie ojca wyrabiano ozdoby z rogu i metalu, a dziadek był kowalem. Wakacje spędzane u dziadków w Dubiczach Cerkiewnych wyryły w jego dziecięcej wrażliwości niezatarte wspomnienia. Mgły gęstniejące w olsach, dalekie ujadanie psów, potęga jeleniego rykowiska – cała ta unikatowa atmosfera karmiła wyobraźnię, łącząc niepokój z fascynacją. Świat puszczańskich demonów i duchów z opowieści płynnie mieszał się z dziecięcą kreacją: rysowaniem, budowaniem z drewnianych klocków i lepieniem pierwszych figurek z plasteliny, aby z czasem przerodzić się w dojrzałą twórczość i prawdziwą sztukę.
W świecie magii i groteski
Pierwszym etapem edukacji plastycznej było Liceum Sztuk Plastycznych w Supraślu, w którym oprócz umiejętności artystycznych, zdobył także znajomość snycerki i obróbki metalu, a jego pracą dyplomową był wykonany w szkolnej kuźni żyrandol. Przy wyborze dalszego kierunku kształcenia kierował się bardziej rozsądkiem i praktycznym podejściem, dlatego też naturalnym wyborem była architektura wnętrz i wzornictwo przemysłowe na poznańskiej ASP. W Poznaniu trafił pod skrzydła profesora Jarosława Maszewskiego, charyzmatycznego pedagoga, inicjatora i twórcy barwnych korowodów i parateatralnych widowisk plenerowych, realizowanych w miejskiej przestrzeni miasta. Wraz z kilkoma kolegami założył grupę Asocjacja Kółka Graniastego, realizującą widowiska uliczne i performance, tworzącą scenografię, kostiumy i obiekty przestrzenne. Zamiast planowanego projektowania przedmiotów codziennego użytku Wojciech Pawliczuk wkracza w feeryczny świat teatru ulicznego, pełny barokowego przesytu, magii, ruchu, groteski i zaskakujących efektów wizualnych.
Podczas pobytu w Poznaniu współtworzył spektakularne gigantyczne konstrukcje na potrzeby plenerowych widowisk, takie jak nadnaturalnej wielkości aluminiowe pegazy, prezentowane podczas poznańskiego Jarmarku Świętojańskiego oraz Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Malta. W tym czasie nauczył się też sięgać po nieoczywiste, a zarazem tanie i łatwo dostępne materiały: uszkodzone palety, blachy offsetowe czy wygniatane kalki techniczne, które wykorzystywał w projektach scenograficznych, np. do spektaklu baletowego Anioły w reżyserii Ewy Wycichowskiej czy też do kultowej Balladyny w reżyserii Doroty Latour.
Po kilkunastu latach wszechstronnej działalności artystycznej rozstał się z Poznaniem i zamieszkał na peryferiach Łodzi. W katalogu wystawy „Lignumity” Mateusz Wolfram tak opisuje jego łódzką pracownię: Mieszkając w dużej metropolii, swoje podwórko zamienił w leśną osadę, poprzecinaną płotkami z gałęzi i chrustu, wolną od betonowej nawierzchni, pełną krzewów i drzew, gdzie natknąć się można na sterty korzeni, pni i gałęzi będących tworzywem pawliczukowych rzeźb.
Oprócz naturalnych surowców, na swojej posesji artysta zgromadził też niewiarygodne zasoby potencjalnych tworzyw i materiałów, wyrzuconych i porzuconych przez dawnych właścicieli lub zdobytych przy rozbiórce starych, łódzkich kamienic, tych wszystkich przysłowiowych „przyda się”, których forma, funkcja czy historia w ewidentny sposób zaszczepiła jego wyobraźnię.
To realne instrumentarium łączy się ze światem fantazji, opartym na celtyckiej i słowiańskiej mitologii, opowieściach o legendarnych przodkach, przyjaznych bóstwach, duchach i demonach, świętych źródłach, gajach, duszach zaklętych w zwierzęta i drzewa. Pasjonuje go sztuka prymitywna, zarówno prehistoryczna, jak i plemienna, kamienne mongolskie bałbały, nuragijskie giganty, afrykańskie i indiańskie totemy i maski, czyli to, co jest połączeniem prostej formy z siłą wyrazu, realnego przedstawienia i magicznego kontekstu.
W twórczości Pawliczuka dużą rolę odgrywa spontaniczna kreatywność i chociaż czasem konkretną realizację poprzedzają rysunkowe szkice, w efekcie twórczego procesu osiąga on niezamierzone wcześniej rezultaty.
Coś w przestrzeni
Sam nie do końca czuje się rzeźbiarzem, o sobie mówi „po prostu robię coś w przestrzeni…”, w otaczającym świecie z dziecięcą fascynacją dostrzega nieoczywiste formy, w naturze poszukuje antropomorfizmu, ludzkiego śladu i podobieństwa. Rzeźba może zacząć się od znalezionego polnego kamienia, pnia mirabelki z niemal realistyczną małą główką, karcza z gęstymi korzeniami, które od razu kojarzą się z plątaniną włosów, fragmentów metalowego złomu z otworami jak puste oczodoły. Przystępując do pracy stara się zbytnio nie ingerować w naturę zastanego obiektu, zmieniać czy poprawiać, a tylko zabezpieczyć przed rozpadem i korozją, uwydatnić treść lub skierować uwagę na nowe znaczenie.
Pomimo formalnej spójności, jego twórczość cechuje znaczna różnorodność, obok skrajnie prostych form powstałych z jednego kawałka drewna spotykamy złożone kompilacje skonstruowane z drewna, fragmentów starych mebli, metalowego złomu, a nawet czaszek i rogów. Czasem używa żywic i szpachli, żeby wygładzić lub scalić powierzchnię, często też polichromuje, zaznacza kolorem istotne fragmenty, a nawet maluje małe obrazki, miniatury własnej malarskiej twórczości, które umieszcza na figurach jak szyld, a może też personifikację nieśmiertelnej duszy.
Stojące nieruchome, pełne powagi i statyczne rzeźby, niby strażnicy wielkich tajemnic od razu kojarzą się z ceremonią i rytuałem, plemiennymi totemami i kultowymi posągami pogańskich bogów. Inne wyraźnie nawiązują do teatralnych doświadczeń artysty, osadzone na drewnianych platformach, oparte o metalowe rusztowania i zaopatrzone w kółeczka, często mają skrzydła, pióropusze, a nawet zaprzężone drewniane rumaki. Ich zamierzona pompatyczność kieruje myśli w stronę ludycznych korowodów, konduktów, parad i procesji, odwiecznego celebrowania i świętowania cudu życia.
Niezwykle wymowne są też te pozornie proste figury o korpusach zbitych z klocków i deseczek lub scalonych lub ponitowanych i zespawanych jak metalowy patchwork – Leśny Duch, Многобачатий (wielooki, wiele widzący) czy Иржавы (zardzewiały, pokryty rdzą), z twarzami i głowami o sile wyrazu równej afrykańskim maskom i szlachetności godnej klasycznego marmuru czy brązu. Pisane cyrylicą nazwy mające brzmienie białoruskie czy ukraińskie, to próba odtworzenia imion dawnych słowiańskich bóstw i demonów, a zarazem nawiązanie do kulturowej przeszłości miejsca pochodzenia artysty.
Jeszcze innym rodzajem twórczości Wojciecha Pawliczuka są asamblaże, które łączą cechy płaskorzeźby i malarstwa. Te naścienne kompozycje to półplastyczne harmonijne mozaiki złożone z kawałków starego, miejscami spróchniałego drewna ze śladami po gwoździach i starej malaturze, kolorowych klocków, rzeźbionych detali domowych sprzętów. Szczególny klimat tworzą fragmenty skrzynek i opakowań z obcojęzycznymi napisami, budzącymi nostalgię za dalekimi podróżami i nieznanymi krajami.
Asamblaże są pewnego rodzaju ukłonem w stronę twórczości Władysława Hasiora, duchowego przewodnika artysty. W przeciwieństwie do Hasiora, Pawliczuk rezygnuje z efemeryczności swoich obiektów, nie stosuje sztucznych tworzyw ani kruchych, biodegradowalnych materiałów, podświadomie dążąc do nadania swoim obiektom fizycznej trwałości, będącej gwarancją zachowania ukrytej w nich duchowości i znaczeń.

FOTO Bartek Kosiński
Alchemik codzienności
Wojciech Pawliczuk jest także utalentowanym rysownikiem i malarzem, duże wrażenie robią jego Portrety wewnętrzne, cykl aluzyjnych, kolorowych głów, a także spontaniczne i komunikatywne rysunki pełniące doraźne funkcje roboczych szkiców. Twórczość wypełnia życie artysty, jest jego sensem, treścią i codziennością, poza rzeźbą ma także wyjątkową pasję muzyczną – gra na dudach, jest mistrzem dudziarzem, znawcą i kolekcjonerem.
Sztukę Wojciecha Pawliczuka nazwać można „humanizmem rzeczy porzuconych”. Jak alchemik przekształca zwykłe rzeczy w coś transcendentnego i wyjątkowego. Poprzez nadanie nowego życia temu, co odrzucone, jego rzeźby stają się poruszającym zapisem ludzkich spraw, pamięci i nadziei na ocalenie. ***



FOTO Joanna Rafalska / Galeria im. Sleńdzińskich
Tekst pochodzi z 40. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn w wersji papierowej do kupienia tutaj.