Manufaktura Gręzów na Mazowszu narodziła się z pasji do szycia ręcznego, którą Marcin Popek odkrył w sobie trzy lata temu, kiedy zaczął uczyć się tego fachu od zera. Szybko odkrył, że ma do tego smykałkę. Wymarzył sobie robienie pięknych i praktycznych rzeczy z naturalnych skór, bo uważał, że w nich kryje się esencja natury. Dziś biznes nabiera rozpędu, a jego twórca widzi przyszłość w kolorowych barwach i nie boi się o tym mówić.
Na początku rozmów z bohaterami rubryki „Biznes” zazwyczaj pytamy o tę pierwszą iskrę, która spowodowała, że są oni dzisiaj na danym etapie życia. Jak to było w Pana przypadku?
Trzy lata temu w klubie sportowym, który prowadzę do spółki z bratem, pojawiła się potrzeba zakupu pokrowców na różnego typu sprzęty. Trudno było je dostać, stwierdziłem więc, że po prostu uszyję je sam. Tak też zrobiłem. Zanim się to jednak stało, nauczyłem się najpierw szyć na maszynie.
Czyli że podjął Pan decyzję, a potem zdobył umiejętności potrzebne do wcielenia jej w życie?
Dokładnie tak. Najpierw poszedłem do mojego dziadka, który jest kuśnierzem, i spytałem, od czego powinienem zacząć. To on udzielił mi pierwszych wskazówek. Sporo też czytałem i podpatrywałem w internecie. Tym sposobem, metodą prób i błędów, spod mojej ręki zaczęły wychodzić pokrowce. Szybko zorientowałem się, że zostaje mi mnóstwo ścinków, które żal było wyrzucać. Postanowiłem je wykorzystać, szyjąc etui na klucze i inne drobiazgi, które służyły jako nagrody dla dzieci za osiągnięcia sportowe.
Zdolny z Pana człowiek, i do tego pomysłowy…
Niektórzy śmieją się, że talent do szycia mam w genach po wspomnianym już dziadku i babci, która była krawcową. Może coś w tym jest (śmiech).
Kiedy ta niezwykła przygoda poszerzyła się o skóry?
Mniej więcej po roku stwierdziłem, że to, co robię, mi nie wystarcza, a w głowie zaświtała myśl, żeby zająć się szyciem ręcznym ze skóry. Żartowałem nawet, że zamiast iść do przodu, zaczynam się cofać, bo znów musiałem uczyć się od początku. Miałem jednocześnie poczucie, że to będzie coś wartościowego, i że ten biznes musi być rzemiosłem. Irytował mnie masowy zalew wątpliwej jakości rzeczy z Chin, który powodował zanik rękodzieła.
Pierwsze próby mojego ręcznego szycia ze skór kończyły się porażkami. Nie miałem od kogo się uczyć. Wiedza dziadka już nie wystarczała. Tego typu działalności w naszym kraju jest niewiele, nie miałem więc kim się inspirować, choć na szczęście udało mi się nawiązać kontakt z kilkoma osobami, które robią podobne rzeczy. Ostatecznie z pomocą znów przyszedł internet i rzemieślnicy ze Stanów Zjednoczonych, na których się wzorowałem. Jak myślę o początkach, to z jednej strony były one fascynujące, z drugiej zaś lekko frustrujące – była to nieustająca metoda prób i błędów.


Co sprawiało Panu najwięcej trudności?
Trudno jest wskazać jedną rzecz. Wszystko zależy od tego, jakie ma się skóry, przy użyciu jakich narzędzi się pracuje. Nie da się też jeden do jednego odwzorować tego, co ktoś pokazuje w internecie, do wielu rzeczy dochodziłem więc sam mozolną pracą.
Zatrzymajmy się na chwilę przy samym materiale – skóra skórze nierówna?
Zdecydowanie tak. Od początku założyłem, że będę korzystał ze skór garbowanych roślinnie, czyli w procesie w stu procentach naturalnym. Większość dostępnych na rynku galanterii i obuwia jest robiona ze skór chromowanych, czyli garbowanych chemicznie. Dla przykładu trwa to około 12 godzin, podczas gdy garbowanie roślinne zajmuje od 2 do 4 tygodni. Różnica jest więc znacząca.
Niewiele jest w Polsce garbarni z naturalnym procesem garbowania skór. Dużo jest ich we Włoszech czy w Maroku, mają skóry bardzo wysokiej jakości, ale ja uparłem się, żeby promować to, co polskie. Dlatego też w materiały zaopatruję się na Podhalu. Skóry te są stosunkowo drogie, ale bardzo wdzięczne w obróbce. I – co najważniejsze – pozwalają mi tworzyć produkty, które będą służyć ich nabywcom przez długie lata.
Po jakim czasie wyszedł spod Pana ręki produkt, z którego był Pan zadowolony?
To, co na początku powstawało, rozdawałem znajomym. Miałem świadomość, że pewne rzeczy muszę udoskonalić, zmienić, co też robiłem. Mniej więcej po roku byłem zadowolony z efektów swojej pracy, wtedy też otworzyłem sklep on-line. Sprzedawałem w nim głównie holdery na karty, w których mieściły się dowód osobisty, prawo jazdy, karta płatnicza. Warto podkreślić, że moim założeniem od początku było tworzenie produktów minimalistycznych, poręcznych, które będą mieściły się w kieszeni, ale jednocześnie nie będą jej wypychały. Chciałem się tym samym przeciwstawić panującemu w naszym kraju trendowi noszenia wszystkiego – pieniędzy, kart, dziesiątek wizytówek i karteczek – w portfelach. Sam mu uległem, z tym że tak obfity portfel nie mieścił mi się w kieszeni, musiałem więc nosić go w plecaku lub w ręku, co bardzo mnie irytowało.
Czy klienci podzielali Pana zdanie?
Tak, aczkolwiek wiadomo, jak to jest na początku – sam musiałem się o to postarać. Kilka miesięcy po otwarciu sklepu nawiązałem współpracę z butikiem w Zakopanem, w którym sprzedawane są wyroby z lokalnych manufaktur. Mam tam gablotkę ze swoimi produktami, dzięki czemu mogę pokazywać je w fajny sposób i do tego pod swoją marką, czyli jako Manufaktura Gręzów. To też dobra metoda na promowanie ich nie tylko wśród Polaków, lecz także wśród obcokrajowców, których w stolicy Podhala nie brakuje.

Jak wygląda proces tworzenia holderów czy portfeli?
Wszystko zaczyna się od głowy, bo tam powstaje pomysł. Czasem realizuję go szybko, czasem „chodzę” z nim przez jakiś czas. Kiedy „dojrzeje”, rozrysowuję go na papierze, robię szablon, który później przenoszę na skórę. Wycinam go ręcznie, poddaję obróbce i zabezpieczeniu, po czym wszystko sklejam i zszywam. Potem jest faza testów, które przeprowadzam sam. Szybko wyczuwam, czy coś działa, czy wymaga poprawki. Prototypów staram się nie pokazywać na zewnątrz. Robię to dopiero, kiedy mam pewność, że produkt jest taki, jaki być powinien.
Ile to mniej więcej trwa?
Jeżeli jestem pewny pomysłu, to jego szkicowanie zajmuje mi kilka godzin, kilka kolejnych wykonanie prototypu. Oczywiście zależy, z czym mam do czynienia, bo oprócz wspomnianych już holderów robię też portfele, bransoletki, breloczki, podkładki pod szklanki i pod myszy komputerowe. Skóra to materiał na tyle wszechstronny, że można go wykorzystać w różny sposób. Jeden projekt potrafi siedzieć mi w głowie kilka dni, naszkicuję go i wydaje mi się, że jest dobry, a po tygodniu stwierdzam, że jednak trzeba go dopracować, i wracam do punktu wyjścia. Proces ten jest momentami skomplikowany (śmiech).
Jak to u artysty, proces tworzenia podobno czasem boli. Trzy lata temu zaczynał Pan sam, a jak to wygląda dzisiaj?
Wspiera mnie żona, ale tak naprawdę sam jestem odpowiedzialny za wszystko: projektowanie, produkcję, marketing, sprzedaż. Ma to i wady, i zalety. Czasem bywam zmęczony, bo w zasadzie cały czas jestem w pracy, nawet w nocy zdarza mi się obmyślać nowe rozwiązania. Z drugiej strony wiem, że wszystko jest robione tak, jak sam sobie wymyślę. Mam pewność, że moja działalność utożsamia się z miejscem, w którym mieszkam. Piękne otoczenie, przyroda Gręzowa idealnie wiążą się z tym, co robię. Naturalne produkty tworzone są blisko natury – na tym mi zależy.
Czy wyroby spod znaku Manufaktury Gręzów można określić mianem ekskluzywnych?
Myślę, że tak. To kwestia materiału, czyli skóry naturalnej, ale też produkcji. Dla przykładu mechaniczne uszycie portfela może trwać kilkanaście minut, ręczne – dwie godziny. Chociażby z tych względów te produkty nie mogą być tanie, bo by się to zupełnie nie opłacało.
O jakim przedziale cenowym mówimy?
Portfele i holdery zaczynają się od 70, a kończą na 300 złotych. W tej górnej cenie tworzę małe organizery, bardzo przydatne w podróży, w których pomieszczą się paszport, notes, karty, banknoty, długopis.

Na koniec nie mogę nie zapytać o plany na przyszłość. Jak one wyglądają?
Niedawno rozpocząłem współpracę z marką Bewood, która zajmuje się produkcją drewnianych akcesoriów, tj. bransoletek, etui do telefonu. Na razie robię skórzane rzeczy do ich sklepów, ale jednocześnie wspólnie pracujemy nad nowymi produktami, które będą połączeniem skóry i drewna. Daje mi to dużo energii do działania. Otwieram się też na współpracę z klientami biznesowymi. Chcę tworzyć produkty z ich logo. Nie tylko te, które mam w standardowej ofercie – jestem otwarty na modyfikacje czy zupełnie nowe rozwiązania.
Pewnych działań nie zrealizowałem ze względu na sytuację epidemiologiczną, ale nie ubolewam nad tym. Bardzo produktywnie wykorzystałem ten czas, trudny dla mnie, bo praktycznie z dnia na dzień zostałem bez pracy. Klub musieliśmy zamknąć, nie mogłem pracować też jako kaskader filmowy, czym trudnię się od wielu lat. Ten okres pozwolił mi jednak na rozwijanie działalności Manufaktury Gręzów. Zrobiłem dużo nowych projektów, przeprowadziłem sporo rozmów i mam plan na ten i na przyszły rok. Wierzę, że przyjdzie moment, kiedy moja strategia zacznie się sprawdzać i wszystko ruszy do przodu. Gdybym patrzył dziś na to wszystko z biznesowego punktu widzenia, na pewno bym odpuścił. Spoglądam jednak szerzej, inwestuję i wierzę, że idę w dobrym kierunku.
Co powiedziałby Pan tym, którzy siedzą w domach, mają pomysł na biznes, ale boją się zrobić krok do przodu?
Moim zdaniem podstawą jest pasja. Jeżeli ktoś chce zacząć coś robić z pasją, to powinien spróbować, nie patrząc na cenę, jaką przyjdzie mu za to zapłacić, mając jednocześnie na uwadze, że własna działalność to nie praca na osiem godzin, tylko zajęcie na całą dobę. Jeżeli zaś ktoś patrzy na biznes przez pryzmat pieniędzy, to od razu powinien odpuścić. One wcześniej czy później przyjdą, ale nie można od początku się na nie nastawiać.
Tekst: Justyna Franczuk
Zdjęcia: Sylwia Garucka-Tarkowska
Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu
Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep