Kiedy pierwsza zimowa noc tego roku dobiegała kresu i blask słońca, nieśmiało wspinającego się po grudniowym niebie, zwiastował nowy dzień, On wciąż zalegał w swoim barłogu tuż nad brzegiem leniwie płynącej rzeki.

Sam do końca nie pamiętał, jak znalazł się w tym miejscu, ale przeczucie podpowiadało mu, że zna je od dawna. To pozwoliło mu na moment poczuć się bezpiecznie, co mogłaby dodatkowo wzmocnić świadomość, że po wyjściu ze swojej nocnej jamy zaciągnie się papierosem, ale szybko obmacane kieszenie wojskowych spodni rozwiały wszelkie nadzieje. Pod spuchniętą dłonią wyczuł jedynie zgniecione pudełko zapałek, rozmoknięte od wilgoci. Wciąż czuł w głowie wczorajsze spotkanie z miejscowymi chłopakami, którzy w poszukiwaniu nocnych wrażeń wędrowali brzegiem rzeki, aby tutaj, nad jej spokojnym nurtem, wyzwolić się chociaż na chwilę z kokonu wioskowego świata – z jego regułami, zakazami i świętym obrządkiem. Podobnie jak ich ojcowie i pradziadowie przychodzili nad Bug, by powierzyć mu swoje tajemnice, a przy okazji dorosnąć, łamiąc tabu, które krępowało ich młodzieńcze marzenia.

Jedno spojrzenie

Te spotkania już go specjalnie nie wzruszały. Traktował je w sposób bardzo pragmatyczny. Oni chcieli słuchać opowieści o świecie, tym za rzeką, On znał ten świat, więc im go objaśniał. Ile było w tym prawdy, tego nawet on sam już nie wie i nie pamięta. Większość jego historii to bardziej zasłyszane w drodze przypadki innych ludzi niż jego własne przeżycia. Trzeba przyznać, że dar opowiadania miał od dziecka i zawsze potrafił umiejętnie go wykorzystać. Doskonale orientował się, czego człowiek potrzebuje, aby ukoić cierpienia duszy lub okiełznać namiętności. Wystarczyło jedno spojrzenie na rozmówcę, a już w głowie układał mu się jego profil psychologiczny. Mylił się wyjątkowo rzadko. Kiedy orientował się w swojej pomyłce, na bieżąco korygował opowieść, aby w finale w pełni zaspokoić oczekiwania słuchającego. W prosty, czasem naiwny sposób wytłumaczyć mu świat, by ten nie pytał o więcej… Potrafił naprędce stworzyć historie tak zajmujące i wiarygodne, że w końcu sam w nie wierzył. Od pewnego czasu traktował je jak dodatkowe narzędzia, których posiadanie gwarantuje robotnikowi wyższą stawkę czy przynajmniej możliwość jej negocjacji. Inną sprawą jest, że w ostatnich latach podupadł na zdrowiu i jego dotychczas niemal stalowe plecy i mosiężne bicepsy, podnoszące metr cementu naraz, stawały się coraz bardziej kruche i wiotkie. Do tego zaawansowany reumatyzm i liczne złamania z przeszłości coraz częściej dawały znać o sobie, zwłaszcza gdy zmieniały się pory roku lub pogoda. Niespieszno mu więc było do pobudki…

Mimo wszystko postanowił wstać. Czuł, że słońce musi być już dość wysoko na niebie, bo delikatne promienie zaczęły stopniowo ogrzewać jego nocną kryjówkę. Rozsunął puchowy śpiwór, który lata świetności miał dawno za sobą. Sprezentował mu go koleżka z dawnych czasów. Nie traktował tego jako gestu przyjaźni. Raczej kryło się za tym okazanie litości i wyciszenie wyrzutów sumienia z racji dawnych zażyłych relacji, które życie tak okrutnie zweryfikowało. Choć solidność prezentu widoczna była gołym okiem, nie ufał temu i zawsze dodatkowo owijał się dwoma kocami z polaru, kupionymi za piątaka w popularnym sklepie, gdzie wszystko ma jedną cenę. Szybkim ruchem narzucił na plecy kurtkę i wsunął na nogi zimne martensy. Wyszedł z jamy, zostawiając w niej cały swój barłóg, i energicznymi ruchami zaczął nacierać najpierw uda, a później ręce. Po chwili poczuł, że znowu zaczyna w nim krążyć krew, o czym świadczyła zaróżowiona skóra na sękatych dłoniach. To może być całkiem dobry dzień, pomyślał, zaskoczony tym odkryciem. Rozejrzał się dookoła i już po chwili wiedział doskonale, gdzie się znajduje. Bywał tu w przeszłości wielokrotnie, ale od ostatniego razu minęło już sporo czasu i wiele się tutaj zmieniło oprócz tego jednego, charakterystycznego punktu, którego nie mógł z niczym innym pomylić. Tuż przed nim zarysowała się wąska ścieżka wiodąca na szczyt Góry Zamkowej – to z niej rozpościera się niepodobna do innych panorama doliny Bugu. Teraz ujrzał ją w bladym świetle zimowego poranka i miał wrażenie, że otrząsa się ze snu.

Topolina

Mielnik o tej porze roku jak zawsze był kojąco senny, ale jemu ten stan najwyraźniej się nie udzielił. Potrzeba zapalenia, choćby czegokolwiek, była tak silna, że kompletnie nie miał głowy do podziwiania landszaftów, skądinąd doskonale mu znanych. W ciągu sekundy obmyślił plan, który postanowił natychmiast zrealizować. Wyciągnął z jamy duży jutowy żeglarski worek, z którym nie rozstawał się od czasu studiów i niedbale powrzucał do niego wszystko, co znajdowało się w jego nocnym legowisku. Strategia była wyjątkowo prosta, aczkolwiek wymagała nieznacznego wysiłku fizycznego, co przy jego obecnej kondycji mogłoby być dużym wyzwaniem.

Głód nikotynowy rósł w nim coraz bardziej, a wokół nie było choćby lichego niedopałka, którym mógłby zagłuszyć zew nałogu. Wówczas jego plan nabrał materialnej formy. Pamiętał doskonale, że tuż nad brzegiem rzeki znajduje się miejsce, zwane przez tutejszych Topoliną – regularnie odwiedzane zarówno przez turystów, jak i miejscowych. Był pewien, że nawet o tej porze roku znajdzie jakieś niedopałki, a jeśli będzie miał szczęście, to spotka amatora porannych spacerów z pieskami lub wędkarzy, którzy okażą mu litość. Zarzucił worek na ramię i zaczął schodzić w dół. Po kilku minutach znalazł się nad brzegiem Bugu, z którego już doskonale widział okazałe topole, wyznaczające cel jego podróży.

Droga nad rzeką z początku wydawała się dość stabilna, ale im bliżej Topoliny, tym trudniej było mu poruszać się po grząskiej łące. Gdyby w nocy faktycznie przymroziło, mógłby teraz pewnie iść jak po ujeżdżonej szutrówce, a tymczasem brnął w mazi, z każdym krokiem oblepiającej jego wysłużone buty. Był poirytowany, bo trasa niepotrzebnie się wydłużała. Gdy zbliżył się do miejsca, z którego miał już ogląd na całą Topolinę, uświadomił sobie, że teraz nie spotka tam ani piechura z psami, ani tym bardziej niepocieszonego nocnymi łowami wędkarza. Wiedział także, że nie może liczyć na żadnego miejscowego, który akurat zabłąkał się w te rejony.

Nie do końca miał pewność, jaki jest dzień tygodnia, ale po braku aktywności zarówno nad rzeką, jak i w okolicy, przypuszczał, że może to być niedziela albo jakieś święto. Po chwili jego wątpliwości zostały rozwiane. Gdzieś w dali dobiegły go monotonne dźwięki kościelnych dzwonów, wzywające mielnickich wiernych na poranną mszę. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki srebrną omegę, która wskazywała ósmą piętnaście. Gdyby to był dzień powszedni, dzwoniliby jeszcze przed świtem – pospiesznie dedukował, nie przestając myśleć o papierosach. Zniechęcony przykrym odkryciem obrał dwa punkty do sprawdzenia. Jednym z nich był stół biwakowy, drugim zaś ulokowana tuż obok niego wiata. Przy stole spotkało go pierwsze rozczarowanie. Błyskawicznie zmienił lokalizację i zaczął przeszukiwać najpierw okolice wiaty, a później samą wiatę. Niestety, tutaj także nie znalazł nic, co mogłoby zaspokoić choć na chwilę jego nikotynowe potrzeby. Postanowił usiąść na ławce pod wiatą i poczekać, aż los mu coś podsunie.

Kręgi na wodzie

Mniej więcej po kwadransie jałowego oczekiwania coś drgnęło w powietrzu. Ku swojemu zdziwieniu na drodze z Mielnika do Niemirowa ujrzał busa, który ciągnął przyczepę z kajakami. Lewy kierunkowskaz pojazdu został włączony, sygnalizując skręt do Topoliny. Gdy już miał pewność, że zmierza w jego kierunku, zaczął rozstrzygać dość ważką kwestię, dotyczącą nie tyle obecności o tej porze roku samochodu z kajakami, ale tego, kto z niego wysiądzie. I nie bardzo interesowało go, czy to amatorzy czy profesjonaliści, a może grupa eventowa, która zapłaciła za zimowy spływ Bugiem, tak jak się płaci za zimowe wejście na Mount Everest. Nie, nie to go trapiło. Tylko jedno pytanie rozpalało mu wówczas myśli: czy będą mieć fajki. Gdy bus zaparkował vis-à-vis wiaty, z której on na bieżąco śledził sytuację, okazało się, że na przyczepie nie przywiózł kajaków, lecz kanu. Rozpoznał je bezbłędnie! W latach 90. pływał podobnymi z Anglikami i Niemcami po mazurskich rzekach, zarabiając przy tym solidny grosz, a przy okazji szlifując język.

Brak nikotyny wziął górę nad nostalgią za czasami młodości, dzięki czemu szybko wrócił do pozycji czujnego obserwatora. Kierowca nie zdążył jeszcze porządnie zaciągnąć ręcznego, gdy ku jego uciesze z samochodu wyłonił się szczupły i wysoki chłopak z nieodpalonym papierosem zawieszonym między wargami. Dodatkowo jego uwagę przykuł profesjonalny aparat przytroczony pasem do bioder młodzieńca. W ślad za nim pojawił się gość w wieku co najmniej średnim, którego twarzy nie dostrzegł, bo zniknęła w czeluściach kaptura z lisią obwódką. Zaraz po wyjściu z auta oznajmił, że nigdzie nie płynie i błogosławi swoim towarzyszom, a zwłaszcza temu, który ten spływ wymyślił. W busie dostrzegł jeszcze dwie osoby, jedną z nich był na pewno kierowca. Nie czekając, aż sytuacja sama się rozwinie, postanowił od razu działać. Naturalnie za cel obrał sobie gościa z aparatem i to z nim zagaił rozmowę, którą zaczął mniej więcej od słów: — Chłopaki! A gdzie wy się wybieracie w taką pogodę?

Długo nie czekał na odpowiedź. Już po chwili dowiedział się, że jest ich czterech. Ten z aparatem to fotoreporter. Gość z lisem na głowie to artysta malarz, który lubi wyrwać się domu i popływać choćby zimą. Trzeci to redaktor. Mają plan płynąć trzy dni rzeką, a finałem ich wyprawy będzie artykuł eksploracyjny z „ładnymi” fotkami. Czwartym był kierowca, który organizuje sprzęt i transport, spuszcza na wodę i jest w dyspozycji, gdyby towarzystwo poczuło się zmęczone. Po takim zaznajomieniu było oczywiste, że za chwilę będzie mógł cieszyć się upragnionym tytoniem. Pozostawało już tylko wymyślić jakąś rzewną historię i w zasadzie można by się pożegnać z przypadkowymi kompanami, upominając się wcześniej o fajki na drogę. Postanowił tym razem nie tworzyć swojego życiorysu na nowo, ale z grubsza trzymać się historii z kanadyjkami, a fakt jego bytności w Topolinie skrzętnie przemilczeć. Niestety, tym razem intuicja go częściowo zawiodła. Bo o ile w temacie tytoniu wszystko poszło dość gładko, nawet dostał na zaś, to w kwestii szybkiego rozstania musiał się rozczarować.

Kiedy kończył opowieść o Anglikach i Niemcach, z którymi pływał po Mazurach, nieoczekiwanie pojawił się redaktor i zaczął przysłuchiwać się tej historii. Chwilę trzymał się z boku, a gdy dogasały pierwsze papierosy, zapytał, co on robi w Mielniku. Gdy okazało się, że jest tu właściwie przez przypadek, zapanowała chwilowa cisza, której towarzyszyła wymiana spojrzeń między redaktorem, fotografem a artystą. Okazało się, że panowie wypożyczyli kanu, ale nikt z nich nigdy kanu nie pływał. Dodatkowo artyście odnowiła się kontuzja barku, co nie dawało mu specjalnych szans w tej dyscyplinie. W końcu padło pytanie, czy nie rozważyłby popłynięcia z nimi. W zasadzie to z fotografem, który nie wiosłuje, bo dokumentuje trasę, zaś redaktor popłynąłby z kontuzjowanym artystą. Przez dłuższą chwilę udawał, że się zastanawia, choć decyzję już podjął, podczas gdy oni ciągle dorzucali nowe obietnice: że odwiozą, że będą fajki, że jedzenie i alkohol, i że, jak trzeba, to i mocniejsze historie się znajdą. W zasadzie nic lepszego dzisiaj nie mogło mu się przytrafić, zwłaszcza że sam do końca nie wiedział, ani po co zjawił się w Mielniku, ani jak do niego dotarł. Początkowo nawet go to zaniepokoiło, ale wielokrotnie już doświadczał podobnego uczucia w innych miejscach, więc i tym razem postanowił się tym nie przejmować. Obiecał sobie, że pomyśli o tym w nocy, ale póki co skupił się na łodziach stojących nad brzegiem rzeki. Wypalił jeszcze dwa papierosy i pociągnął solidną porcję ohydnej marketowej whisky, którą poczęstował go redaktor, zachwalając jej pierwszorzędne walory. Był pewien, że ten podobnie zna się na whisky, jak na pływaniu kanu.

Gdy kończył trzeciego papierosa, bus z przyczepą kołysał się już na gruntowej drodze, dochodzącej do trasy Mielnik–Niemirów. Czas było ruszać. Wrócił pod wiatę, aby zabrać swój ekwipunek. Gdy dochodził do Bugu, obydwa kanu były już zwodowane. Redaktor i artysta, pomimo swojego urazu, próbowali sił z pagajami, ale jedynym ich sukcesem było to, że odbili od brzegu. Później już tylko kręcili szerokie koła wokół własnej osi. Odepchnął więc sprawnie ich łódź pagajem na środek rzeki. Wreszcie czuł się w swoim żywiole. Doskonale pamiętał całe tygodnie, a nawet miesiące spędzone na mazurskich szlakach, i teraz nawet zaczął żałować, że wówczas nic z tym dalej nie zrobił. Jak zwykle wytłumaczenie było jedno: że takie były czasy, inne priorytety, w zasadzie nie ma czego żałować. Jednak w głębi duszy wiedział, że jego życie mogło potoczyć się zupełnie innym torem…

Woda miała dość przyjemną temperaturę jak na grudzień. Leniwie przelewała się między dwoma brzegami, co rusz zmieniając tempo w głównym nurcie. Bywały momenty, kiedy wystarczyło tylko delikatnie sterować łódką, a rzeka sama niosła ją dalej. Ale w jednej chwili sytuacja mogła się odwrócić i wiosłowanie przypominało walkę z niewidzialnym wrogiem. Tak czy inaczej początek spływu Bugiem panowie mieli za sobą i z perspektywy kanu obserwowali świat po obu stronach rzeki. Z pewnością nie był to jeszcze ten moment, aby dało się odczuć zmiany zachodzące w przyrodzie. Ale brak mrozu, a zwłaszcza śniegu, powodował, że przy południowym wysokim słońcu, dodatkowo nagrzewającym taflę wody, odnosiło się wrażenie, iż niebawem nadejdzie wiosna.

Pod osłoną nieba

Tego dnia mieli dopłynąć do mostu w Kózkach, jednego z kilku mostów drogowych, przecinających rzekę, a jednocześnie spinających jej dwa brzegi. Dzień był krótki, a to oznaczało, że musieli pokonać w kilka godzin prawie dwadzieścia kilometrów. Nikt nie miał pomysłu, gdzie ostatecznie zatrzymają się na noc. On nie zaprzątał sobie tym głowy, bo w przeciwieństwie do pozostałej trójki nie traktował tej wyprawy poważnie. To była zabawa, przygoda, zdanie się na ślepy los. Może zasnąć gdziekolwiek, nawet w łódce, pod osłoną nieba. Jak przygoda, to przygoda! î

Potrafił naprędce stworzyć historie tak zajmujące i wiarygodne, że w końcu sam w nie wierzył. Od pewnego czasu traktował je jak dodatkowe narzędzia, których posiadanie gwarantuje robotnikowi wyższą stawkę czy przynajmniej możliwość jej negocjacji.

Tekst: Daniel Parol
Zdjęcia: Bartek Kosiński

Artykuł pochodzi z 28. numeru Krainy Bugu

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep