Agnieszka Jackowiak i Maciej Filipczuk, kulturoznawczyni i muzyk, przekuli obserwacje z zagranicznych wojaży w biznes na rodzimym rynku. Świat pokazał im, że strój tradycyjny nie musi być związany tylko z ruchem folklorystycznym, może zaś być towarzyszem codzienności każdego z nas. „Wyjęli” więc z niego nakrycie głowy i „przenieśli” je do współczesności. I czują wzruszenie, kiedy wypatrzą w tłumie osobę w czapce marki Nomad Service, którą stworzyli.

Podróże kształcą, i to wiadomo nie od dziś. W Państwa przypadku okazały się one czymś więcej…

Agnieszka Jackowiak: Można powiedzieć, że pozwoliły nam stworzyć biznes poza­zawodowy, bo tak nazywamy Nomad Service. Na początku lat dwu­tysięcznych wydawało nam się, że Polska nie jest interesującym obszarem inspiracji, i ciekawych zjawisk związanych z kulturą tradycyjną, którą fascynowaliśmy się zawodowo i hobbystycznie, powinniśmy poszukiwać w odległych zakątkach. Byliśmy więc w Rumunii, na Ukrainie, Węgrzech i Bałkanach, w różnych krajach dawnego Związku Radzieckiego. Przyszedł w końcu moment, w którym i w Polsce zaczęto inaczej patrzeć na te zagadnienia – rękodzieło i muzyka tradycyjna zaczęły nabierać nowych wartości. Odkryliśmy wtedy, jak wiele nauczyły nas podróże i że zdobyte podczas nich doświadczenie możemy przełożyć na rodzime warunki. Podczas tych wypraw zawsze najbardziej ciekawiły nas stroje ludowe i podejście do nich w poszczególnych krajach, postanowiliśmy zatem podążyć tym tropem.

Dlaczego postawiliście Państwo na nakrycia głowy, a nie np. spódnice czy bluzki?

Maciej Filipczuk: Mnie zawsze interesował fenomen negatywnego postrzegania przez Polaków stroju ludowego – jako czegoś obciachowego, związanego tylko z zespołem pieśni i tańca, folklorem, często na użytek polityczny. Nasze doświadczenia wyjazdowe uzmysłowiły nam, że wcale tak nie musi być. Chciałem pokazać ludziom, że to może być element, który dopełnia czy wzbogaca manifestację tożsamości, odrębności, ale jest jednocześnie estetycznie ciekawy, piękny, fajny i oryginalny. I absolutnie nie jest archaizmem ani kwiatkiem do kożucha. Takie właśnie są nakrycia głowy.

Mieliście Państwo wiedzę i pomysł, pozostało więc tylko działać. Proszę opowiedzieć o pierwszej czapce – przygotowaniach do jej stworzenia i samym procesie produkcji.

MF: Zaczęło się od lubelsko-rzeszowskiej gamerki, czapki z pomponami, która jest spektakularna, rzuca się w oczy. Podczas poszukiwań lokalnych nakryć głowy okazało się, że to z nią właśnie związane są największe znaczenie i symbolika. Moja działka polegała na wyszukaniu wzoru i zebraniu wszelkich informacji etnograficznych na jej temat. Potem pałeczkę przejęła Agnieszka.

AJ: Największym wyzwaniem było rozszyfrowanie technologii, w jakiej wykonana była gamerka. Trzeba pamiętać, że jedyne źródła wiedzy o czapkach tradycyjnych to grafiki, zapiski u Kolberga, atlasy strojów ludowych. Ich autorzy nie znali się na tworzywach, surowcach i technice, zapisywali jedynie to, co słyszeli, więc przełożenie tego na praktykę było ciężkie, ale i fascynujące. Najpierw robiłam czapki z papieru, potem z tańszych tkanin, dopiero później przymierzyłam się do materiałów szlachetniejszych, które pozwoliły uzyskać oryginalny fason. To była taka praca wynalazcy – musiałam „odkopać” to, co było znane przez stulecia (śmiech).

Gdzie Państwo pokazaliście tę pierwszą gamerkę?

MF: Na mojej głowie (śmiech). Pojechałem w niej na festiwal do Kazimierza, gdzie występowałem jako muzyk, chodziłem po rynku i wzbudzałem ogólne zainteresowanie. Panował wtedy niemiłosierny upał, więc ludzie tym bardziej zwracali na mnie uwagę, nie mogąc pojąć, dlaczego chodzę w grubej, wełnianej czapce (śmiech). Prawda jest taka, że kultura tradycyjna rządziła się innymi prawami i taka tkanina stanowiła idealną ochronę przed słońcem. Używam tej gamerki do dziś.

Taka jest m.in. moja rola w tym biznesie – jako muzyk sam noszę nasze czapki, więc ludzie widzą, że dobrze się w nich czuję, że to nic nadzwyczajnego, żaden wybieg modowy czy abstrakcja, tylko niezwykle użyteczny przedmiot. Wielu moich kolegów, ale też odbiorców mojej muzyki, to zauważa, i wieść w ten sposób się roznosi. Można powiedzieć, że jestem influencerem (śmiech).

Rozumiem, że potem marketing szeptany zrobił swoje…

AJ: Na pewno pozwolił nam nie skończyć na tej jednej gamerce i szyć dalej. Potem ta czapka pojawiła się na lubelskim Jarmarku Jagiellońskim, gdzie mieliśmy swoje stanowisko. To było bardzo miłe, bo nasze wyroby zostały dosłownie znalezione przez organizatorów tej imprezy jako wartościowe przejawy kultury tradycyjnej. Od tego czasu gościmy na jarmarku rokrocznie.

Przez kilka lat działaliśmy w zasadzie od wydarzenia do wydarzenia. One motywowały nas do tego, żeby jakąś partię czapek przygotować, bo wiedzieliśmy, że naszym atutem jest bezpośredni kontakt z klientem. Nie strona internetowa, tylko to, że ktoś może na miejscu towar zobaczyć, dotknąć, przymierzyć i porozmawiać o nim. Często klienci mówią: „A tak, pamiętam, moja babcia/mój dziadek…”. To jest też składowa tej marki. Praca nad historią, znajomością regionu, nad tożsamością. W jakiś sposób pomagamy ludziom przywrócić ich tożsamość.

Gamerki, magierki, rogatywki, maciejówki. Która z tych czapek okazała się największym wyzwaniem?

AJ: Pod względem technologicznym zdecydowanie krakowska magierka. To czapka robiona na drutach, później filcowana. Jej schemat pomogła nam opracować znajoma poznanianka. Powstały niezliczone ilości tych czapek, zanim osiągnęliśmy odpowiedni rezultat. Wszystko dlatego, że w czapce, oprócz waloru estetycznego, kluczowy jest rozmiar. To najtrudniejszy element do dopasowania.

Magierkę można było zobaczyć w „Weselu” wystawianym w Teatrze Narodowym w Warszawie. Czy to była najważniejsza realizacja?

AJ: Każda realizacja jest dla nas ważna. To zamówienie było bardzo prestiżowe, natomiast wykonawczo niczym nie różniło się od innych przedsięwzięć. Mamy zresztą na koncie kilka podobnych zleceń: chociażby rogatywkę dla Teatru Polskiego w Poznaniu, magierkę według ryciny żup wielickich Wilhelma Hondiusa, maciejówki dla członków Stowarzyszenia Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach i gamerki dla muzyków z orkiestry Jarmarku Jagiellońskiego.

Ponieważ nasze czapki są unikatowe, znamy swoich odbiorców i często śledzimy losy wykonanych dla nich rzeczy. Myślę, że żywot czapki w teatrze jest krótszy niż jej użyteczność w przypadku pana młodego, który zamawia u nas model na swój ślub. Ta pierwsza po „odegraniu” spektakli ląduje w rekwizytorni, pozostawiając po sobie kilka fajnych zdjęć, druga zaś jest często przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Ile czasu robi się czapkę?

AJ: Na samo wykonanie rezerwujemy sobie dwa dni. Nie liczymy do tego wcześniejszego przygotowania – odnalezienia informacji etnograficznych o danym wzorze, stworzenia prototypu, jeśli jest wymagany. Bardzo duża część prac wykonywana jest ręcznie, co wymaga sporo czasu, uwagi i precyzji. To przekłada się na cenę – powiedzmy, że wysoką.

Czyli jaką, bo to dość płynna granica?

AJ: Od stu do trzystu złotych za czapki typowe, jeżeli zaś zamówienie jest indywidualne, to ceny są trochę wyższe. Składają się na nie: odpowiednio dobrany surowiec naturalny – przędza wełniana albo sukno dobrej jakości, samodzielne farbowanie włókna, dzięki któremu jestem w stanie uzyskać ciekawsze kolory niż fabryczne, użycie karakułów – wiem, że w dzisiejszych czasach nie jest to mile widziane, ale kiedyś tak po prostu było, oraz praca indywidualna nad każdą czapką, nie szyjemy bowiem stu egzemplarzy w jednym rozmiarze.

Wspomnijmy jeszcze o coolgamerkach, najbliższych współczesności czapkach z Państwa asortymentu.

AJ: To czapka zrobiona na wykroju gamerki biłgorajskiej, ale z dzianiny dresowej, która jest bardzo współczesna i nowoczesna. Wygląda właściwie jak czapka ze sklepu, oprócz tego że ma dodatkowo ręcznie stemplowane elementy dekoracyjne. Wiążę się z nią zabawne spotkanie podczas Jarmarku Jagiellońskiego. Pierwszego dnia tej imprezy do naszego stoiska podszedł chłopak w dresach, ze złotym łańcuchem na szyi, i spytał, pokazując na coolgamerkę, co to jest. Powiedziałam, że czapka. On na to: „A to fajne jest, właściwie mógłbym ją nosić zamiast czapki z daszkiem”. I odszedł. Wrócił następnego dnia i oznajmił, że dogadał się z ziomkami z osiedla i prosi trzy sztuki. Przy czym każda była inna, co właśnie jest walorem naszej pracy rękodzielniczej. Tego typu czapki są łatwiejsze w wykonaniu, a przez to tańsze.

Czy idąc ulicą, spotkaliście kiedyś Państwo kogoś w „swojej” czapce?

MF: Ja miałem kiedyś zabawną sytuację w Chełmie, w którym odwiedzałem rodziców. Tata odwiózł mnie na dworzec PKP, na głowie miałem wtedy swoją gamerkę. Wszedłem na peron i zobaczyłem siedzącą tyłem do mnie na ławce osobę, która miała na głowie zielone pompony. Uśmiechnąłem się do siebie i pomyślałam: „Znam człowieka czy to po prostu ktoś, kto zamówił czapkę przez internet?”. Podszedłem, zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że była to osoba z bliskiego mi grona, chociaż nie znaliśmy się osobiście. Podróż spędziliśmy jednak razem na długiej i fantastycznej rozmowie.

Jakie to uczucie, kiedy nagle widzi się kogoś z zrobionej przez siebie czapce?

MF: Nie wiem, jak to nazwać, bo to są tak naprawdę drobiazgi. Nie produkujemy na wielką skalę, nie mamy dużej sprzedaży, ale może właśnie tym bardziej dojrzenie tego gdzieś w przestrzeni miasta powoduje, że ma się od razu takie ciepłe uczucia, że to jest swój człowiek.

Czego życzyć Państwu na przyszłość?

MF: Wolności w wyborach i w miarę komfortowego statusu, żeby czasami być podróżnikiem, a potem przez pół roku nie robić nic, tylko odkrywać dziesięć nowych wzorów czapek. 

Tekst: Justyna Franczuk

Zdjęcia: Tomasz Bosiacki

Artykuł pochodzi z 28. numeru Krainy Bugu

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep