Co łączy: kubek kawy zbożowej, chrupiące główki zimowej „sałaty” (trochę gorzkawej, ale smacznej z jabłkiem i sosem słodko-kwaśnym) i kwiatki – błękitne jak pogodne, letnie niebo, które stróżują przy drogach w drugiej połowie lata… Choć trudno w to uwierzyć, to różne wcielenia tej samej rośliny: Cichorium intibus, czyli cykorii podróżnika.

TEKST Maria Nitychoruk ILUSTRACJA Mateusz Wolfram

Cykoria podróżnik to chwast, ziele, roślina tak powszechna, że nie trzeba jej szukać – sama „wychodzi” nam na spotkanie. Można odnieść wrażenie, że czeka na nas na poboczach dróg, na nas – wiecznie gdzieś pędzących. Może sama podróżuje? Sugerują to jej nazwy, po polsku epitet gatunkowy „podróżnik”, ale też po niemiecku: „Wegwarte” – w tłumaczeniu „ta, co czeka przy drodze”. W ludowych podaniach różnych kultur była niegdyś dziewczyną, wypłakującą za ukochanym swe błękitne oczy.

A, ja, co ja w niej widzę? Dla mnie to uosobienie delikatnej, ale nie dającej się zatrzymać urody. Późnym rankiem na okazałej, szarawej łodydze pojawiają się delikatne lazurowe koszyczki kwiatów. Każdy płatek jest precyzyjnie wycięty, jakby wyszedł spod ręki mistrza koronkarstwa. Cudna jest konstrukcja tych płatków. Studiuję je i podziwiam, drepcząc skrajem dróg i szos po moim Podlasiu. Ten niebieski spektakl trwa tylko kilka godzin, po południu już kwiatków nie ma, stuliły się, skurczyły, wyblakły. Na nowe trzeba poczekać do kolejnego przedpołudnia. Cykorii nie da się też zamknąć w wazonie, bo po ścięciu jej czar pryska.

Wiem, że jest powszechna i nie jakoś wyjątkowo związana z Nadbużem. Ale wiem również, że w Europie zachodniej za nią tęsknią, bo musiała odejść wraz z redukcją dzikich poboczy, przydroży i ugorów. U nas jeszcze można na nią liczyć. Więc wypatruję jej od czerwca, często z okna samochodu. Jeśli pobocze się niebieszczy, to znaczy, że lato dojrzało, wchodzi w swoją drugą, sytą fazę. Oznajmia to właśnie cykoria, obok łanów żółtej nawłoci.

Cykoria podróżnik to nie tylko esteta, ale i uzdrowiciel. Wspomaga trawienie, pomaga w kamicy żółciowej, jest moczopędna, zawarta w niej inulina pomaga cukrzykom. Jej historyczne zasługi prozdrowotne zostały uznane przez współczesne ziołolecznictwo, dlatego nadal jest składnikiem mieszanek ziołowych.

W epokach przed herbatą i kawą prażono i pito powszechnie korzeń cykorii. Potem cykoria musiała ustąpić miejsca egzotycznym ziarnom i liściom. Dziś to składnik kawy „bez kawy”. To trunek raczej niszowy i niedoceniany, powrót do korzeni w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Z kolei jej jadalne liście odkryto przypadkiem w XIX-wiecznej Belgii. Zauważono, że cykoria przechowywana w ciemności wypuszcza jasne pąki o zredukowanej goryczy. Tak pędzone liście stają się jasne, kruche i mniej gorzkie. W ten sposób liście cykorii trafiły na talerze. Dziś możemy kupić je na, najczęściej fioletowych, tackach. Sprzedawcy odwracają opakowania dnem do góry, bo cykorie zielenieją i tym samym gorzknieją pod wpływem światła. Bardzo lubię ich lekką gorycz, pamiętając, że gorzkości są zdrowe, lecz niestety zapomniane przez nasze kubki smakowe.

W swojej podróży przez podlaskie bezdroża cykoria zawitała kilka lat temu również do mojego ogrodu. Wyrosła przy bramie wjazdowej, przy płocie w kącie ogrodu kwiatowego. Pewnie ptaki przyniosły jej nasiona. Jest byliną, to znaczy, że co wiosnę odradza swoje nadziemne części, trochę niestałą, trochę wędrującą. Ale pozwalam jej na to. Jest u siebie – błękitna strażniczka moich powrotów do domu. ***

Artykuł pochodzi z 39. numeru “Krainy Bugu”. Magazyn do kupienia tutaj.