Metal, drewno, skóra, słoma żytnia, korzeń sosny – to surowce naturalne, które wyznaczają cykle życia Józefa Matczuka z Dołhobrodów nad Bugiem. Wszystkie dynamicznie się przeplatają, uzupełniają, zmieniają jak na planie filmowym. Każdy przedmiot z nich wykonany zachwyca formą i artystycznym pietyzmem, każdy ma swoją historię…

Kiedy był małym chłopcem, przypatrywał się ciekawie, jak jego dziadek, stolarz Paweł Matczuk, piłuje, hebluje, szlifuje i toczy… Znany w okolicy wytwórca kołowrotków, czyli tzw. kółek, po wojnie, kiedy zapotrzebowanie na nie wyraźnie zmalało, robił wszystko, na co otrzymał zamówienie: krzesła, stoły, ławy i szafy, które do dzisiaj stoją w niejednym nadbużańskim domu. Z tego patrzenia na dziadkową robotę Józef nauczył się technik obróbki drewna, ale wtedy jeszcze zafascynował go… metal. W młodości bardziej ciągnęło go do mechaniki. W niedalekim Świdniku skończył szkołę ze specjalizacją frezer-szlifierz i tam w latach 70. XX w. pracował w Polskich Zakładach Lotniczych przy obrabiarkach, na maszynie numerycznej – prototypie dzisiejszego komputera, gdzie powstawała główna konsola do helikoptera. W PZL Świdnik osiągnął najwyższą IX grupę zaszeregowania jako najlepszy fachowiec, i wtedy pojawiła się… skóra. Po 10 latach znalazł się bliżej rodzinnych Dołho­brodów, ponieważ pod Włodawą w Orchówku potrzebowano fachowców do garbarni „Polesie” – przepracował tu kolejnych pięć lat. Później zatrudnił się w spółdzielni rolniczej, już w Dołhobrodach, jako mechanik magazynier i jednocześnie pracownik CPN. Naprawiał także radzieckie traktory o nazwie „Władimirec”.

Plecionkarz ze stolarskim zacięciem

Kiedy zmarł dziadek, a ojciec podupadł na zdrowiu, pan Józef postanowił zająć się gospodarstwem rolnym. Dodatkowo przyszła mu w sukurs moda lat 70. i 80. XX w. na boazerie, i wtedy zaczął się w nich specjalizować. Wykonywał także drewniane klatki schodowe oraz – podobnie jak dziadek – meble użytkowe. Osiem lat temu przepisał gospodarstwo na córkę i przeszedł na emeryturę, ale nie zrezygnował ze swojej pasji. Wręcz przeciwnie, odkrył w sobie nowe pokłady kreatywności – zainteresował się wyplataniem ze słomy oraz korzenia sosny. — Żeby się za bardzo nie nudzić na tej emeryturze i może jaki grosz dorobić — wyjaśnia. Samo zdobycie korzeni sosny wymaga znajomości leśnej topografii i dużej cierpliwości. Później korzeń trzeba okorować. Te pędy, które nie zostaną użyte na bieżąco, można zakopać w piasku, chroniąc je przed wyschnięciem. Wyplatanie koszyka zaczyna się od wykonania szkieletu z wierzbowych gałązek, który potem musi wyschnąć. Następnie trzeba wypełnić szkielet, przeplatając długie pędy korzeni, posługując się techniką żeberkowo-krzyżową. Taki „zwykły” koszyk z korzenia jest lżejszy o połowę od wiklinowego, a dodatkowo mocno pachnie lasem.

Wszystko robi sam – od wyboru materiału po efekt końcowy w postaci oryginalnego przedmiotu. Nieopodal domu ma 10-arowy zagonek, gdzie sieje żyto, którego nie podsypuje żadnym nawozem. Jak twierdzi dołhobrodzki artysta, tylko słoma żytnia nadaje się do wyplatania. Dwa-trzy tygodnie przed właściwymi żniwami ścina zboże (żeby nie połamać kłosów, robi to nożycami), by nie było w pełni dojrzałe, bo wtedy mogłoby się kruszyć. Niekiedy tnie jeszcze wcześniej, kiedy łodygi są zielonkawe, zdarza się bowiem, że ktoś zamówi koszyk w takim właśnie kolorze. Najpiękniejszy według niego jest złocisty odcień słomy, ale zależy to od pogody, proporcji dni słonecznych i deszczowych. Później żyto musi wyschnąć, i pozbawione kłosów czeka w stodole na wyplatanie.

Nic się nie zmarnuje

Przed wyplataniem pan Józef bierze snopek słomy i wkłada do worka, żeby mniej naśmiecić w domu. Na początku musi jeszcze pozrzucać z łodyg tzw. koszulki, których może być dwie-trzy lub cztery, po to żeby się nie „kosmaciło”. Na pozbyciu się tych koszulek ze snopka schodzi cały wieczór, i dopiero potem można zająć się właściwym „szyciem”. Do wyplatania słomy stosuje się najczęściej technikę spiralną, polegającą na dokolnym dokładaniu wiązek przeplecionych przez plastikową krótką rurkę o średnicy ok. 1 cm, by wszystkie pasma były jednakowej średnicy, i łączeniu ich przy pomocy dartki lub sznurka.

W Dołhobrodach plecionkarze stosowali do różnych wyrobów drewniane spody – dopiero do nich dokładano słomiane ścianki. Z zamiłowania do drewna pan Józef wszystkie swoje wyroby wyposaża w drewniane dna, ale żeby połączyć drewno ze słomą, trzeba najpierw przewiercić dziurki – to dla Józefa Matczuka prosta sprawa, bo wiertarką posługuje się od ponad 50 lat. Dziurki nawierca na wyczucie, a potem przewleka przez nie grubą igłę ze sznurkiem i dokłada dokolnie ściankę ze słomianych pasm, zaciskając kolejne pętle w odległości ok. 1 cm.

Do szycia nie używa dartych taśm wierzbowych lub leszczynowych, jakie najczęściej stosują plecionkarze, tylko bieliźnianego sznurka z łódzkiej fabryki, który albo pozostawia dla kontrastu w kolorze białym, albo farbuje farbą malarską na kolor beżowy lub brązowy, które według niego dobrze się komponują ze słomą. I tak powstają różnorodne formy: okrągłe i prostokątne szkatułki, z pokrywkami lub bez, otwarte lub zamykane, kosze, koszyki, koszyczki – jedne mogą być na święconkę, inne służą do sypania kwiatów przez dziewczynki na Boże Ciało; są i osłonki na kwiaty, miseczki, tacki, pojemniki, wazoniki… Do tych tradycyjnych form pan Józef dołożył jeszcze coś od siebie, żeby było i ładnie, i inaczej. Niektóre pojemniki dostają drewniane pokrywki – najczęściej podobnie jak dna z dębiny – z ozdobnymi guzami albo uchwytami, które są… uchwytami kuchennymi.

Te akcesoria galanteryjne przydają się nie tylko jako uchwyty do drewnianych pokrywek słomianych pojemników, ale także do drewnianych skrzyń i szkatułek, które artysta wykonuje od dwóch lat. Stało się to za sprawą zdolnego stolarza-rzeźbiarza z Rosji, pracującego przy cerkwi w Międzylesiu, wykonującego różne ornamenty frezarką sterowaną komputerowo. To, co zostanie niewykorzystane przez Artioma, na przykład małe rozetki czy inne rzeźbione elementy, pan Józef wkomponowuje w swoje skrzynie. — Każdy ścinek drewna może się do czegoś przydać — tłumaczy. Szkatułki powstają najczęściej z drewna dębowego, ale też gruszy, olchy, dębu i egzotycznego ciężkiego malibu, które dostał z norweskiej stolarni. Cieszy się, że drewno do niego „wróciło” w takim kreatywnym wydaniu.

Piękno rodzi się z chaosu

Te wszystkie profesje przyszły, jak mówi pan Józef, same z siebie. — Żeby mieć zajęcie, żeby nie myśleć, że coś boli, bo praca to bardzo dobry środek przeciwbólowy — przyznaje dołho­brodzki artysta. Chociaż jest mozolna i wymaga poświęcenia, czerpie z niej dużo radości. Wszystkie jego wyroby podobają się także cierpliwej, pogodnej i gościnnej żonie Danucie, która znosi ten chwilowy nieporządek – bo zanim powstanie doskonała forma, musi być chwila chaosu, nieładu, a może tylko zwyczajnego bałaganu.

Wyroby pana Józefa zachwycają oryginalnością – każdy jest nie tylko trochę inny, ale bardzo inny – to nie seryjna produkcja, a zindywidualizowane, artystyczne rzemiosło. Ze zbytem nie ma problemów. — Od Bugu po Madryt kupują — śmieje się. — I z Anglii, i Ameryki brali na prezenty — dorzuca.

Do tej pory wystawiał swój kram na Jarmarku w Holi, Festynie Sapieżyńskim w Kodniu, na dożynkach, gminnych, powiatowych, na festynach: w Dołho­brodach, w Hannie i we Włodawie. Niedaleko przebiega ścieżka rowerowa od Sobiboru do Sławatycz, dlatego podczas wakacji wstępuje do niego dużo przejezdnych rowerzystów. Zawsze ich chętnie przyjmuje, częstuje dobrym jedzeniem i dobrym słowem, dzieli się opowieściami, jak to drzewiej bywało… Pan Józef nigdy nie ustaje w swoich pomysłach, a teraz zapragnął jeszcze rzeźbić – jako pierwszy na dobry początek powstaje nadbużański anioł. To dobry znak…

Tekst: Małgorzata Jaszczołt 

Zdjęcia: Jacek Dryglewski

Artykuł pochodzi z 28. numeru Krainy Bugu

Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep