Tymczasem w lesie awantura była już na całego. Tu i tam rozlegało się kwilenie, szczebiotanie, trelowanie, ćwierkotanie, ćwierkanie, świergotanie, jazgotanie, gruchanie, klekotanie… Ptaki pozdzierały gardła i powydzierały sobie piórka. Zmęczyły się. Usiadły na gałęziach i milczą. A ich piosenki leżą pod drzewem. Nuty rozsypane, słowa poplątane.
Głowa
Była sobie raz głowa, która miała wielkie marzenie: chciała wyruszyć w podróż dookoła świata. Ale że miała dużo spraw na głowie, to wciąż siedziała w domu.
— Zrobię porządki — postanowiła. — Pozbędę się tego, co jest mi niepotrzebne.
Otworzyła okno i patrzy, co by tu wyrzucić.
— Śmieci się wyrzuca, to przecież oczywiste. — I siup, pamięć o tym, żeby wyrzucać śmieci wylądowała na zewnątrz.
— Mnie nie rusz! — krzyknęła pamięć o myciu uszu.
— Jak będę o wszystkim pamiętać, to pęknę — odpowiedziała głowa i bęc, zamachnęła się pamięcią o myciu uszu i pamięć wyleciała przez otwarte okno.
— Bez nas będziesz bardzo samotna — ostrzegły ją zapamiętane bajki.
— Nie jestem już dzieckiem — przypomniała im głowa i jednym ruchem pozbyła się wszystkich. Nawet tej o wilku, chociaż od przypominania jej sobie czasem, pamiętała, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
Zamknęła okno i poszła spać. A że porządki bardzo ją zmęczyły, spała trzy dni i trzy noce. A jak wstała, to przeciągnęła się, ziewnęła i pomyślała, że dobrze będzie coś zjeść. Idzie do kuchni, patrzy, a drzwi są zamknięte. Naciska klamkę raz, drugi, trzeci. Nic z tego, nie może wejść.
— Chyba zapomniałam, jak się wchodzi do środka — zamyśliła się głowa. — Może tak? — cofnęła się, rozpędziła i z całych sił uderzyła w drzwi. A one dalej nic.
Usiadła głowa pod drzwiami. Rozciera guza i próbuje sobie przypomnieć, co tu robi.
Wtem drzwi się otworzyły i wysypało się na nią to, co wyrzuciła przez okno.
— Co ja mam na głowie? — zapytała głowa. Ale uszy, których zapomniała umyć niczego nie usłyszały.
Głowa próbowała ruszyć głową. Najpierw w prawo, później w lewo. Nic z tego. Tym razem było tego wszystkiego naprawdę za dużo.
Leży więc tak do dziś. I czuje się doskonale, bo całkiem zapomniała, że chciała wyruszyć w podróż dookoła świata.
Koniczyna
Na łące rosła koniczyna. Miała liście-trójliście i kwiaty przytulone jeden do drugiego, bo nie lubiły samotności. Z daleka wyglądały jak biało-różowe kule, które, jak inni, szukają liścia-czteroliścia.
— Znaleźć taki liść to wielkie szczęście — mówili wszyscy i przeszukiwali łąkę.
— A co to jest szczęście? — pytały kwiaty. Poszukiwacze zatrzymywali się wtedy i mówili:
— No… Szczęście to szczęście. Kto go nie znajdzie, ten jest nieszczęśliwy.
— I ono jest tu, w naszych liściach? — dopytywały główki koniczyny.
— Tylko w czteroliściach. Reszta się nie liczy — odpowiadali ci, którzy szukali. Szukali całymi dniami, a szczęścia jak nie było na łące, tak nie było.
Kwiatom koniczyny było dobrze ze swoimi liśćmi-trójliśćmi, więc nie zamierzały szukać innych. Rosły, przytulały się do nich i do siebie, a że było to bardzo miłe, często się uśmiechały.
— Jesteśmy takie nieszczęśliwe — śmiały się radośnie i rozchylały płatki. Krople rosy przyjemnie je chłodziły, a promienie słoneczne łaskotały. Motyle i pszczoły przyfruwały do nich, bo też lubiły dobrą zabawę.
— Ależ tu wesoło — szeptały zwabione śmiechem ważki i wołały koleżanki.
Pewnego dnia przyszła wielka burza. Wichura połamała drzewa w pobliskim lesie, a wiatr przytargał jeden z konarów w miejsce, w którym rosła koniczyna. Gałąź przygniotła i kwiaty, i liście.
— Szczęścia to już raczej tu nie znajdziemy — pokiwali głowami ci, którzy go szukali i poszli na inną łąkę.
Koniczyna zasnęła. A jak wstała, gałęzi już na niej nie było, bo wiatr zabrał ją w inne strony. Patrzy, a liście ma pogniecione, kwiaty stłamszone. Już miała się zmartwić, kiedy przypomniała sobie, jak było przed burzą.
— Przecież wciąż jesteśmy razem — uśmiechnęły się kwiaty i pomogły wyprostować się liściom-trójliściom.
Dym
Szurnęło, trzasnęło, syknęło, zaszeleściło i pojawił się ogień.
— Dzień dobry, już jestem — przywitał się grzecznie.
Nadleciał wiatr, a razem z nim kilka suchych liści. Ogień wychylił się w ich stronę. Skuliły się, westchnęły i zniknęły.
— Ojej — zdziwił się. Przestraszyły się mnie? — I przysunął się do gałęzi, która leżała pod drzewem. A gałąź w krzyk. — Nie wiem, co mówisz — powiedział ogień. — Mów wyraźniej.
Ale po chwili nie miał już z kim rozmawiać, bo gałąź też zniknęła.
— Hmmm — zamyślił się ogień. — Czy to znaczy, że nigdy się z nikim nie zaprzyjaźnię?
Ruszył przed siebie. Szedł i szedł, a gdzie się pojawił, tam natychmiast robiło się pusto.
— Chciałbym się z kimś zaprzyjaźnić — zawołał ogień. — Proszę, zostańcie!
Prosił jednak na próżno. Znikały łany zbóż, drzewa w lesie, siano na łące. Ogień szedł i martwił się coraz bardziej.
— Jeszcze trochę, a zostanę na świecie całkiem sam.
W końcu doszedł do ściany.
— Mogę się z tobą zaprzyjaźnić? — dotknął jej. A ściana nic, tylko patrzy na niego z góry. — To znaczy, że mogę? — Ogień nie znał się na przyjaźni. Zaczął się przytulać. Aż tu nagle ściana jak nie huknie! Popękała i tynk posypał się na ogień.
— Ojej, nie musisz mnie bić! Jak nie chcesz, to nie — odwrócił się ogień i wtedy zobaczył, że cały czas szedł za nim dym. — Zaprzyjaźnię się z tobą, dobrze? — zaproponował.
Dym nie miał nic przeciwko temu, więc od tej pory wędrowali już razem. Nie nudziło im się, bo dym opowiadał o tym, jak to było, kiedy był liściem, drzewem i sianem na łące. A ogień syczał i szeleścił z radości, że nareszcie ma przyjaciela.
Krzesło
Stoi krzesło przy stole i mówi:
— Zasiedziałem się. Życie płynie, a ja stoję. Wychodzę. Idziesz ze mną?
A stół na to, że tu jest ich miejsce, gdzie im będzie lepiej, tu dywan, tam bruk, huk i poniewierka.
— Tu zupa — dodał stół, bo właśnie stanął na nim talerz. — A tam?
Ale krzesło nie lubiło ogórkowej, więc poszło. Idzie i idzie, nagle patrzy, a tu przy drodze stoi drugie krzesło.
— Co ty tu robisz? — pyta i już chce się dosiąść, ale widzi, że to drugie jakieś takie nie bardzo. Tu pękło, tam zardzewiało, a na środku dziura. A z niej wystaje liść.
— Stoję i nie wiem — mówi to popsute i w płacz.
Pierwsze krzesło nie wiedziało, że krzesła potrafią płakać. Przygląda się ciekawie, a tamtemu łzy lecą przez dziurę i lecą. Po chwili obok liścia pojawił się kwiat. Rozejrzał się, uśmiechnął i przywitał grzecznie.
— A mówili — mówi kwiat, — żebym nosił głowę wysoko, bo inaczej łodyga mi się złamie. A tu proszę, mam się o co oprzeć. — I oparł głowę o brzeg dziury w siedzeniu krzesła.
— Krzesła nie są do tego — oburzyło się pierwsze krzesło.
— A do czego? — pyta je to drugie, bo zapomniało. Wyszło z domu żeby zobaczyć, gdzie mu będzie lepiej, ale nie zabrało parasola, zmokło już pierwszego dnia, drugiego zaczęło rdzewieć, trzeciego potknęło się, przewróciło i połamało, a czwartego na budowie spadła na nie cegła.
— A co ty robiłeś na budowie — pyta je pierwsze krzesło. — Krzesła nie budują, czekają, aż dom będzie gotowy. Nie pamiętasz?
Drugie nie pamiętało, bo pamięć miało w oparciu, a oparcie odpadło.
— To nic, że nie masz oparcia — zaczął pocieszać krzesło kwiat. — Teraz ty jesteś oparciem. — I przytuliło się do niego mocniej. Krzesłu spodobało się to, i żyli razem długo i szczęśliwie.
A pierwsze wróciło do stołu, bo przypomniało sobie, że lubi pomidorową.

Piosenka
Szedł krasnoludek przez las i śpiewał.
— Tak się nie śpiewa! — świsnął kos i zaśpiewał po swojemu.
Wróbel na sośnie zaczął się śmiać.
— To ma być śpiewanie? Śpiewanie to ćwierkanie! — i zaćwierkał dla poparcia swoich słów.
— Nie mogę tego słuchać! — wrzasnął słowik, odchrząknął i wykonał parę treli.
— Trele morele — zaczęła przedrzeźniać słowika papuga i zaśpiewała swoją piosenkę.
— Papugi nie śpiewają! Nie śpiewają! nie śpiewają! — krzyczały ptaki. A zaraz potem przypomniały sobie, że papugi nawet nie mieszkają w lesie.
— Wynoś się stąd natychmiast — zaczęły szturchać papugę, dziobać, popychać, szarpać za piórka i szamotać. Ale papuga ani myślała uciekać. Śpiewała z całych sił.
Krasnoludek zmarszczył czoło.
— Przepraszam, że się wtrącam, ale po co te awantury? — zapytał grzecznie. — Przecież każdy ma swoją piosenkę. — Ledwie to powiedział, jak posypały się na niego żołędzie, liście i igliwie. Na szczęście zdążył uskoczyć przed szyszką, bo mogłaby mu uszkodzić kapelusik. — Nic tu po mnie — otrzepał się krasnoludek i ruszył w drogę. Za lasem otworzył usta, zrobił głęboki wdech i… i wydech. Wdech i… wydech. — Co jest? — zdenerwował się. — Gdzie jest moja piosenka?
Wrócił krasnoludek tam, gdzie ją zgubił. Tymczasem w lesie awantura była już na całego. Tu i tam rozlegało się kwilenie, szczebiotanie, trelowanie, ćwierkotanie, ćwierkanie, świergotanie, jazgotanie, gruchanie, klekotanie… Ptaki pozdzierały gardła i powydzierały sobie piórka. Zmęczyły się. Usiadły na gałęziach i milczą. A ich piosenki leżą pod drzewem. Nuty rozsypane, słowa poplątane. Pochylił się krasnoludek, słucha… A w mchu szmery, szepty, szelesty, mruczenie, wibrowanie, wzdychanie… Dźwięki próbują sobie przypomnieć, jak brzmiały, kiedy były jeszcze poukładane w ptasie piosenki. Wytężają się, napinają… i nic a nic nie pamiętają. Rozejrzał się krasnoludek, ale jego piosenka poszła widocznie śpiewać gdzie indziej, bo tu jej już nie było. Zabrał więc rozsypane dźwięki i ułożył sobie z nich nową. Krasnoludkową. I żaden ptak nie mógł mu nic powiedzieć, bo nie miał głosu.
Słońce
Pewnego dnia słońce obudziło się, ale nie wstało z łóżka, bo nie pamiętało, co ma robić dalej.
— Weź się do pracy — wołały z dołu drzewa.
— Czekamy na ciebie — denerwowały się kłosy zboża.
— Gdzie jesteś? — dopytywały jeże, sroki i gąsienice, bo wszyscy potrzebowali słonecznych promieni.
Słońce marszczyło czoło.
— Coś miałem robić, ale nie pamiętam co. Może… Wiem! Miałem się pobawić! — I podskoczyło w łóżku raz i drugi. — Nie, to chyba nie to. Może… Ależ tak! Miałem zjeść śniadanie. — Ale nie było głodne, bo słońce nie je śniadania. Ani obiadu. Po prostu, niczego nie je, bo nie musi. — A może… Oczywiście! — zawołało. — Miałem iść do kolegi. — Ale nie poszło, bo nie miało kolegów. — No to nie wiem — wzruszyło promieniami.
Tymczasem na ziemi zapanował chaos. Nie wiadomo było, czy jest dzień czy noc. Kwiaty rozchylały płatki, ale pszczoły spały. To i pąki kuliły się do drzemki. A jak pszczoły się wysypiały, to nie mogły zebrać pyłku. Nie miały co robić, więc żądliły na prawo i lewo. Zdezorientowane niedźwiedzie nie wiedziały, czy mają polować czy śpiewać kołysanki dzieciom. Spod ziemi wyszedł kret, który wychodził nocą, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Patrzy, a tu biegnie sarna, która zawsze biegała tędy w dzień. Nie zdążył uciec, więc nadepnęła mu na odcisk. Kret się zdenerwował, wrócił pod ziemię i zjadł wszystkie korzenie, jakie były w okolicy. Kwiaty powiędły, zboże uschło, a ryjówki przestraszyły się i uciekły, chociaż do tej pory przyjaźniły się z kretami. Zaczął padać deszcz i pewnie zatopiłby wszystko, gdyby słońcu nie znudziło się siedzenie w łóżku. Wstało, patrzy i mówi:
— Co się tu dzieje?
I wzięło się do roboty. Osuszyło kałuże, obudziło kwiaty, połaskotało ziemię, żeby urosły nowe rośliny. Pracowało cały dzień, a wieczorem poszło spać. Rano wstało, patrzy, a pamięć wróciła!
— Każdy potrzebuje chwili odpoczynku, prawda? — powiedziała. Ale więcej już nie wyjeżdżała, bo popsuty świat wcale jej się nie podobał.
Lustro
Było sobie raz lustro. Lśniło i patrzyło, ale nie bardzo lubiło tę robotę.
— Inni to mają ciekawe życie, a ja? — wzdychało. — Całymi dniami przeglądają się we mnie sukienki, krawaty, kapelusze. Zaglądają szale, stają na wprost mundury, garnitury i balowe suknie. „Prawda, jak ładnie wyglądam?”, dopytują. „Pięknie”, odpowiadam. I pytam: „A ja?”. Ale ich już nie ma. A może rzucić to wszystko i też wyjść za drzwi?
Myślało tak we wtorek, myślało w środę, a w czwartek postanowiło:
— Pójdę.
Zeskoczyło ze ściany, otworzyło drzwi, patrzy, a tam nikogo nie ma.
— No, to teraz ja będę najpiękniejsze — powiedziało i już miało przekroczyć próg, kiedy się zatrzymało. — Ale kto to zobaczy?
Myślało i myślało, aż wymyśliło.
— Mogę być najpiękniejsze tam, to przecież mogę i u siebie.
I wróciło na swoje miejsce. Lśni, patrzy, a tu idzie czapka z daszkiem.
— Prawda, jaka jestem ładna? — pyta. A lustro nic. — Halo, tutaj jestem? — zaczyna się denerwować czapka. A lustro nic. — Hej, ty, lustro, nie widzisz mnie? — A lustro na to:
— Widzę, ale co mnie to obchodzi.
Czapce z wrażenia aż przekrzywił się daszek.
— Nie wymądrzaj się, tylko patrz i mów. Taką masz pracę — przypomniała lustru.
— Nie jestem już w pracy. Jestem najpiękniejsze — lustro nie zamierzało pamiętać tego, czego nie chciało.
Zbiegły się szale, sukienki, garnitury, na koniec przyszedł mundur generalski.
— Hmm, hmm — odchrząknął. — Jeśli nie będziesz na nas patrzeć, zapomnimy, do czego służymy.
A wtedy sukienka rozpłakała się, bo wyobraziła sobie, że zamiast iść na lody, będzie na przykład musiała grać w piłkę nożną.
Wszyscy spojrzeli na lustro. Ale tym razem nie po to, żeby się w nim przejrzeć.
Tekst: Grażyna Lutosławska
Zdjęcie: Artur Tabor
Artykuł pochodzi z 27. numeru Krainy Bugu
Wszystkie wydania w wersji papierowej dostępne są w naszym sklepie: www.krainabugu.pl/sklep