Zażynki, rytualny początek żniw
Wiele dawnych zwyczajów ukryło się w świętach kościelnych, tak jak mity pochowały się w baśniach. Na ogół nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele z nich ma korzenie pogańskie. Są tu więc pozostałości obrzędów kulturowych Słowian, jak i praktyk magicznych. Święta kościelne i ludowe obyczaje uzupełniają się wzajemnie i na wskroś przenikają. Tak jest w przypadku zażynek, słowiańskiego obyczaju, który przetrwał do dzisiaj.
Dobry plon miał zapewnić ludziom dostatek przez cały rok, dlatego do rozpoczęcia żniw lud wiejski podchodził z wielkim nabożeństwem. Od ilości zbiorów zależała najbliższa przyszłość całej rodziny. Żniwa obwieszczał głos przepiórki, gdy ziarno było wystarczająco twarde, a słoma nabrała odpowiedniego odcienia. Na zażynki w napięciu czekała cała wieś.
Ścięcie pierwszych kłosów odbywało się zawsze w sobotę. Przed rozpoczęciem koszenia gospodarz zdejmował z głowy kapelusz i uroczyście wypowiadał słowa: „Boże dopomóż”. Po naostrzeniu kosy żegnał się i przystępował do pracy, a pierwszy zżęty snop zboża pieczołowicie przechowywano potem aż do Wigilii.
Do żniw szykowała się cała wieś. W każdej zagrodzie od samego rana słychać było klepanie kos, szybciej postępowały prace w obejściu, a zaraz po śniadaniu żniwiarze wychodzili w pole. Mężczyźni stawali na swoim polu, witali się „pochwalonym” i zdjąwszy nakrycie z głowy, zatapiali kosy w zbożu, ścinając je równiutko, z wielką precyzją, pokos za pokosem. Za nimi pochylone kobiety odbierały garście i kładły je na rżysku, knowiami w stronę południa. Kiedy słońce wchodziło coraz wyżej na niebo, kosiarze zdejmowali koszule i w słomianych kapeluszach kontynuowali swoją pracę. Ich spieczone usta chłodziła zimna woda z bańki pod polną gruszą, zaś kobiety zgrzebnymi fartuchami ocierały pot z twarzy. I tak wszyscy trwali do południa, kiedy przychodziła pora posiłku.
Po pierwszym pokosie gospodyni rozścielała na ziemi biały obrus, kładła na nim chleb, kiełbasę i gorzałkę, a żniwiarze siadali dookoła. Mimo biedy, jaka panowała na wsi, jadło na żniwa było bardzo smaczne i pożywne, często lepsze niż na święta Wielkanocy. W pozostałe dni jadano w cieniu polnych drzew, posilając się barszczem na solonej szperce, świeżo pieczonym chlebem i niekiedy machorką. Podczas posiłku wspominano, jak bywało dawniej, gdy zboże żęło się sierpem. Kto nie pracował w polu, przejmował na siebie trudy karmienia zwierząt w obejściu i przygotowanie stodoły do zwózki zboża z pola.
Po zachodzie słońca żniwiarze wracali do domu, jedli kolację i odpoczywali, aby nazajutrz skoro świt znów chwycić za kosę. Okres wzmożonej pracy trwał zwykle od drugiej połowy lipca do połowy sierpnia. A jeśli pogoda nie dopisywała, czasami nawet do września. Sen żniwiarza był zazwyczaj mocny, ale krótki. Mięśnie nie zawsze zdążyły się zregenerować po wysiłku. O plony dbano jak o największy skarb. Wymiatano więc sąsieki i kładziono wianuszki z ziół poświęconych w Boże Ciało, by plaga myszy nie zniszczyła zboża. Stodołę skrapiano zaś dookoła wodą święconą, by piorun podczas burzy omijał ją, i aby nie spłonęła wraz ze złożonym tam zbożem, które kładziono na gałęziach przywożonych z lasu.
