Ludzie

Włoszka z Podlasia

Kiedy słucha się historii Teresy Warsztockiej-Donde i jej włoskiego męża Daniele, trudno oprzeć się wrażeniu, że to opowieść jak z bajki. Zanim się ta historia wypełniła, było dzieciństwo w nadbużańskim Skrzeszewie, pachnące mlekiem od krowy i poziomkami z brzozowego zagajnika, była troskliwa, błogosławiąca dłoń rodziców, którzy powiedzieli, jak żyć, by ludzie przez nas nie płakali, było spojrzenie Matki Boskiej Szkaplerznej z tutejszego kościoła – orędowniczki pytających o drogę. Było Podlasie.

W lipcu jest tu wyjątkowo cicho i spokojnie. Słońce wspina się leniwie po niebie, zanim znieruchomieje w gorączce południa, nagrzewając kamienie, które za kilka chwil przytuli chłodna noc. A potem z wolna osuwa się po lesie na łąkę i na pole, rozpinając między konarami sosen różową woalkę zmierzchu. Kiedy spływa do Bugu rozgrzaną czerwoną lawą, nikt już tego nie widzi. To jego jedyna intymna chwila w ciągu dnia…

Dzieciństwo w kolorze chabrów

— Żyto prawie że gotowe do żniw — mówi ze znawstwem pani Teresa, ujmując w dłoń pojedyncze kłosy, poprzetykane modrymi nitkami chabrów. W dzieciństwie dla niej i jej trojga rodzeństwa nie było wakacji, tylko ciężka praca w polu. I to niemal przez cały rok. Kiedy przyjeżdża z dalekiej Cremony do Skrzeszewa, od razu bierze się do roboty. Wskakuje w gumowce i biegnie do ogródka mamy, bo przydałoby się opleć warzywa, albo idzie na łąkę pomóc w zwózce siana. Jesienią obowiązkowe wykopki. Kocha też podlaską kuchnię z jej zapachami i krzątaniną. To tu na przyjazd Reni, jak ją nazywają najbliżsi, dochodzi w piekarniku drożdżowe ciasto, rumieni się boczek, ślinka cieknie na widok domowej szyneczki…

Kiedy jest w wielkim świecie, pomiędzy Włochami, Francją a Szwajcarią, albo nawet na Antypodach, zapachy z dzieciństwa powracają do niej cichymi akordami wspomnień. I wtedy zaczyna tęsknić.

— To, jak potoczyło się moje życie i kim jestem, zawdzięczam mojej wsi, rodzicom i głębokiej wierze — przyznaje pani Teresa Warsztocka-Donde, filigranowa blondynka o jasnym spojrzeniu, na wsi nazywana „Włoszką”. — Pamiętam, kiedy po każdym żniwnym popołudniu mama nas myła i biegłyśmy z siostrą do kościoła. To był nasz rytm codzienności. Rano modlitwa i msza, a wieczorem różaniec. Anioł Pański odmawiało się na polu, klęcząc obok pasących się krów. Rodzice, mama Marta i tata Józef, wychowali nas w szacunku do pracy, ludzi i Boga. W szkole nazywano nas dziećmi kułaka. Tato, jeszcze jak był kawalerem, trafił za to na trzy lata do karnego batalionu pracy, ale na szczęście ziemi mu nie skonfiskowano. Wychowywał nas w duchu antykomunizmu. Już w dzieciństwie wiedzieliśmy, czym był Katyń. Mój stryj uciekł z transportu na Syberię, więc od kiedy pamiętam, te historie były zawsze żywe w naszej rodzinie — wspomina pani Teresa. — Kiedy mój mąż po raz pierwszy przyjechał do skrzeszewskiego domu, ukląkł przed moją mamą, pocałował ją w rękę, dziękując, że tak dobrze wychowała córkę.

Była oczkiem w głowie rodziców. Wesoła, inteligentna, pracowita, takie żywe srebro – jak mówił o niej ksiądz proboszcz z miejscowej parafii pod wezwaniem św. Stanisława. Z doskonałą pamięcią do języków (biegle włada pięcioma). Z głową pełną pomysłów i marzeń, z których, jak się wkrótce okazało, utkała swój los.

— Jako dziecko zawsze prosiłam mojego anioła, by cała moja rodzina znalazła się w niebie — opowiada pani Teresa — i o to, by każde z nas miało tabliczkę czekolady tylko dla siebie… — śmieje się. — Ale miałam też inne, osobiste, marzenia – o własnej rodzinie, o dobrej pracy, o szczęściu po prostu. I przyszło do mnie niespodzianie, trochę ukradkiem. I mnie zaskoczyło.

Pod włoskim niebem

Przyszłego męża poznała przypadkiem (nie ma przypadków – podkreśla) w Wiedniu, dokąd wyjechała po skończeniu elitarnego Studium Medycznego w Warszawie.

— Opuściłam Polskę pół roku przed wprowadzeniem stanu wojennego — wspomina. — Zresztą już wcześniej zamierzałam wyemigrować z kraju, w którym nie widziałam dla siebie przyszłości. Kiedy pewnego dnia wybrałam się do sklepu po gwoździe i farbę, bo właśnie remontowałam mieszkanie, zaczepił mnie przystojny brunet. Nie zwróciłam wówczas na niego uwagi, bo byłam ostrożna w tych sprawach. W dodatku mówił tylko po włosku. Na drugi dzień musiałam kupić jakieś dodatki w tym samym sklepie i znów pojawił się on. Wręczył mi wówczas zaproszenie na swoją wystawę odbywającą się w Wiedniu i od tamtej chwili los nas ze sobą połączył… — uśmiecha się na wspomnienie tamtego spotkania. Już po kilku miesiącach płynnie mówiła po włosku, obywając się bez słownika. Dla Daniele to był szok. Drugim szokiem była zielona sukienka w kolorze tęczówek jej oczu, w której przyszła na jego wiedeński wernisaż. Sama ją uszyła. „Tyle talentów w jednej, kruchej Słowiance, tyle mojego szczęścia?” — pomyślał wówczas nieśmiało. Wkrótce powierzył jej prowadzenie swoich interesów, co – jak się okazało – dla obojga było strzałem w dziesiątkę. Ich wesele odbyło się w 1994 roku w Skrzeszewie. Było po podlasku, wesoło i z przytupem.

— We Włoszech znalazłam pracę i miłość. To był dar od samego Boga — przyznaje pani Teresa po 20 latach szczęśliwego małżeństwa.

Kim był ten, który na pierwszej randce przytulił do siebie jej płaszcz, tak jak by chciał zatrzymać jej zapach na zawsze? Co takiego zrobił, że świat w pewnym momencie oszalał na jego punkcie?

Daniele Ermes Donde pochodzi z uznanej rodziny kolekcjonerów dzieł sztuki w Cremonie. W 1984 roku, chcąc sprzedać kilka obrazów z kolekcji ojca, przekonał się, że miał do czynienia z doskonałymi falsyfikatami, a nie wartymi tysiące dolarów oryginałami. Postanowił dotrzeć do fałszerzy nie po to, by wsadzić ich do więzienia, a po to, by pod ich fachowym okiem nauczyć się sztuki kopiowania i uczynić zeń legalny interes. W ten sposób powstała spółka Donde Muzeum, skupiająca najlepszych włoskich (i nie tylko) artystów, którzy legalnie kopiują dzieła wielkich mistrzów – od Tycjana, Rembrandta, Velasqueza, Rubensa po van Gogha, Sisleya, Moneta, Renoira, Degasa, Chagalla, Picassa czy Klimta, używając techniki, w jakiej powstawały oryginalne obrazy. Każda z tych kopii opatrywana jest certyfikatem, potwierdzonym przez Muzeum w Mediolanie. Ceny kopii są znacznie niższe od oryginału, znajdują zatem nabywców nie tylko wśród światowej finansjery. Mottem Daniele Donde jest bowiem przesłanie: „Sztuka dla każdego”.

— Uszczęśliwiam ludzi, oferując im doskonałe dzieło sztuki, którego nie kupiliby jako oryginału — mówi artysta. — Mam też wielu klientów, którzy autentyki trzymają w sejfie, a ich kopie – cieszące oko na co dzień – umieszczają na ścianach. Jeśli organizuję wystawę w mniejszym mieście, dostosowuję ceny do możliwości miejscowych koneserów — podkreśla Donde.

— To był ogromny sukces — wspomina początki wspólnej kariery pani Teresa. — Ludzie bili się o te certyfikaty, zdarzały się ich kradzieże. Bardzo wiele obrazów sprzedawałam wówczas na telefon, bo zapotrzebowanie było tak duże. Byliśmy rozchwytywani przez media na całym świecie. Ten sukces przytłoczył mojego męża. Musieliśmy sobie z tym poradzić, by nie popaść w pychę i samozadowolenie. Myślę, że ogromną rolę w zachowaniu równowagi i pokory miała moja wiara, za co mąż do dzisiaj jest mi bardzo wdzięczny — znowu ten jasny uśmiech…

Pomysł sprzedaży kopii doskonale wpisał się w potrzeby rynku. Artysta organizuje wystawy od Zurychu, Mediolanu, Paryża, Monte Carlo, po Nowy Jork i Tokio. W 2005 roku kopie dziesięciu najsławniejszych obrazów świata były pokazywane w Warszawie. Daniele Donde już za życia wpisał się złotymi zgłoskami do historii sztuki. Uznawany za prekursora tzw. faux art, czyli sztuki kopiowania, w 1995 r. otrzymał tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Pro-Deo we Włoszech, w 1999 r. – nagrodę Instytutu Ekonomicznego Księstwa Lichtenstein za promowanie faux art.

— Bardzo ważne jest otwarcie się na człowieka — tłumaczy pani Teresa źródło wspólnego sukcesu. — Po jednej z pierwszych wystaw sprzedałam klientowi dziesięć obrazów i zauważyłam, że mam doskonały kontakt z ludźmi. Na pewno pomogły mi w tym studia psychologiczne i gra w teatrze studenckim, która, choć była tylko epizodem i wspaniałą przygodą, zaowocowała umiejętnościami pracy z ludźmi, odczytywaniem ich oczekiwań i emocji. Nigdy nie podejrzewałam siebie o takie zdolności biznesowe. Z dnia na dzień stałam się obywatelką wielkiego świata, poznawałam persony z pierwszych stron gazet, aktorów, koronowane głowy, polityków i celebrytów, którzy do dzisiaj są naszymi stałymi klientami. Sophia Loren, Frank Sinatra, Alain Delon, Roger Moore, Michael i La Toya Jackson, Lady D, Al Fayed, Arnold Schwarzenegger, Wojciech Fibak, Jan Kulczyk — to tylko niektóre nazwiska z bogatej listy klientów polsko-włoskiego małżeństwa. W skrzeszewskim domu pani Teresy znajduję wiele fotografii, uwieczniających te niezwykłe spotkania.

Ale Daniele Donde to nie tylko faux art. — Rynek nasycił się znakomitymi kopiami, trzeba było wymyślić coś innego — opowiada małżonka włoskiego artysty. Równolegle z kopiowaniem Daniele Donde z powodzeniem tworzy dzieła inspirowane pop artem – wyraźnie pobrzmiewają w niej echa Andy’ego Warhola, którego artysta osobiście poznał. Charakterystyczne obrazy, wykorzystujące ikony popkultury, ubogacone przez Włocha wyrafinowanym zdobnictwem, cieszą oko wielu możnych tego świata i doskonale się sprzedają w autorskich galeriach artysty, które znajdują się m.in. w rodzinnej Cremonie oraz szwajcarskim Lugano, gdzie mieści się centrum biznesowe Donde. Hitem ostatnich miesięcy są „muzyczne rzeźby”, tzw. Stradivari Rock.

— Ten rodzaj sztuki mąż wybrał nieprzypadkowo, wszak urodził się w tym samym mieście, w którym na świat przyszedł Stradivarius — opowiada Teresa Warsztocka-Donde. Powleczone płatkami złota, ozdobione kryształkami Swarovskiego, stanowią oryginalne dzieła, gdzie rzeźba, malarstwo i muzyka tworzą niepowtarzalną, oddziałującą na wszystkie zmysły całość.

Powrót do domu

Zna tylko kilka polskich słów, ale kiedy przyjeżdża do „Siesiewa”, jak z włoska nazywa rodzinną wieś żony, pekaesem albo busem z Warszawy (bo tak lubi), czuje się jak u siebie. „Mamuniu, jajka” — krzyczy od progu do teściowej, a ona już wie, że dziś będzie musiała opróżnić pół kurnika… Nie pogardzi też bigosem czy pierogami. Daniele kocha tę wieś, jakże odległą od szumnego anturażu Cremony, Paryża czy Genewy, gdzie żyje na zupełnie innych obrotach. Tu odnajduje spokój i dystans do siebie i do reszty świata. Słyszy ciszę i bicie własnego serca. Chodzi nad Bug w nieodległym Drohiczynie i za każdym razem opowiada rzece o swojej miłości.

Kiedy wróciłam z pielgrzymki, całował moje stopy. Codziennie, budząc się, dziękuję Bogu za nas oboje i za to, że jestem szczęśliwa.

— To może dziwne, ale ja wciąż dostaję od męża romantyczne esemesy — przyznaje nie bez wzruszenia pani Teresa. — Kiedy wróciłam z pielgrzymki do Częstochowy, na lotnisku całował moje stopy. Codziennie, budząc się, dziękuję Bogu za nas oboje i za to, że jestem szczęśliwa.

W Skrzeszewie chcą się wspólnie zestarzeć, choć – póki co – świat się o nich wciąż upomina.

— Gdy stąd wyjeżdżam, myślę, kiedy będę tu znowu — mówi pani Teresa. — Tęsknię za moją rodziną, za widokiem z okna, skąd patrzę na moje bociany, za kapliczką w ogrodzie, gdzie codziennie zapalam świeczkę dla Matki Boskiej, za mgłą nad Bugiem i za uśmiechem dobrych ludzi, których wciąż spotykam na mojej drodze.

Tekst: Monika Mikołajczuk | Zdjęcia: Sylwia Garucka-Tarkowska

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *