Ludzie

Tratwiarz

Kiedy tylko pojawią się pierwsze symptomy wiosny, 76-letni Marek Mencina bierze pod pachę swojego czworonożnego przyjaciela i rusza na wody Biebrzy, Bugu lub Wisły. Dlaczego ciągnie go do wody? — Bo ona istnieje — odpowiada, cytując pierwszych zdobywców Mount Everestu. – Jak człowiek od dziecka przyzwyczajony był do wody i przesiąkł tym bakcylem, to go ciągnie, jak wilka do lasu.

Materac wojskowy, poduszka, śpiwór, piżamy, koszule, dresy, płaszcz przeciwdeszczowy, gumiaki, lekkie buty, kuchenka i butla gazowa, trzy pięciolitrowe kanistry z benzyną, zapas wody pitnej na jakieś cztery-pięć dni, żarcia od cholery – puszki, boczek, słoninka, dwa aparaty fotograficzne, lornetka, saperka, sprzęt wędkarski, fotel turystyczny, pagaje, słowem: 1001 drobiazgów — Marek Mencina wylicza jednym tchem wyposażenie swojego domu na morskiej tratwie ratunkowej, tzw. dziesiątce. Dom to jedyny w swoim rodzaju, próżno szukać drugiego takiego na polskich rzekach – ośmiokątny, o powierzchni sześciu metrów kwadratowych. Kiedy tylko pojawią się pierwsze symptomy wiosny, wodniak z Lipek Nowych bierze pod pachę swojego czworonożnego przyjaciela (kiedyś Muszkę i Mukiego, dziś – Małego) i rusza na wody Biebrzy, Bugu lub Wisły.

Tratwa służy raczej do spływania niż pływania. „Raczej” – podobnie jak „prawie” – robi jednak wielką różnicę. Może i dla innych atrakcją jest spływ tratwą w dół rzeki, dla naszego bohatera to byłaby strata czasu. Atrakcją, sposobem na życie, sensem egzystencji są dla niego długie wyprawy, polegające na tym, by pozwolić swobodnie nieść się nurtowi.

— Całe życie marzyłem o tym, żeby popływać sobie tratwą, w związku z tym, jak mój koleżka przywiózł mi tutaj taki rupieć, który dostał od znajomego marynarza, rzucił go i powiedział: „Zrób z tym coś albo spal lub wyrzuć”, to zacząłem się zastanawiać, co z tym fantem zrobić.

Z fanta powstał środek lokomocji. Choć pierwsza wyprawa okazała się niewypałem, wodniak szuwarowy nie załamał się i z czasem zamienił go na nowszy model. Dzięki sukcesywnemu udoskonalaniu z „rupiecia” powstał dość wygodny przenośny dom, w którym płynie z nurtem rzeki, a ten pozwala mu oderwać się od cywilizacji i zbliżyć do natury.

— Z biegiem lat człowiek szuka wyciszenia i spokoju, po prostu głuszy. I ja ją znalazłem. Siedzę sobie na tratwie, słucham ptaszków, oglądam żuczki, myślę o niebieskich migdałach, łapię płoteczki. Moim celem nie są rekordy. Spływam powoli, obserwuję okolicę, zatrzymuję się na obiad przy brzegu, idę na spacer po łące, robię zdjęcia kwiatkom, ptakom i psom, rozmawiam z napotkanymi ludźmi. Jak pisze Marek Kamiński, każdy ma swój biegun, i to jest właśnie mój.

Podczas tych intensywnych lat, które spędził na wodzie, tylko raz miał niebezpieczną przygodę z ludźmi w roli głównej, która – na szczęście – skończyła się dobrze. Pozostałe to były kaprysy pogody, niespodziewane burze i wichury, z którymi też sobie poradził. Oby było ich jak najmniej przy realizacji kolejnych marzeń: ponownym przepłynięciu Wisły oraz smakowaniu wód Białorusi.

Dlaczego ciągnie go do wody? — Bo ona istnieje — odpowiada po prostu, cytując pierwszych zdobywców Mount Everestu. – Jak człowiek od dziecka przyzwyczajony był do wody i przesiąkł tym bakcylem, to go ciągnie jak wilka do lasu. Oby ciągnęło jak najdłużej.

Marek Mencina – 76-letni warszawianin, emerytowany prawnik, żeglarz, mąż i ojciec, właściciel dwóch psów. Studia prawnicze zaczynał trzy razy, skończył je w wieku 40 lat. Choć w zawodzie nie funkcjonował długo, praca doprowadziła go do zawału. Jak się okazało, zbawiennego w skutkach, bo w wyniku problemów zdrowotnych postanowił zwolnić tempo życia. Kupił wraz z żoną działkę w miejscowości Lipki Nowe niedaleko Węgrowa i własnoręcznie postawił na niej dom, a wokół posadził wiele drzew. Mógł spokojnie czekać na kres swoich dni, jednak obudziła się w nim natura wodniaka, bowiem nasz bohater – jak sam mówi – został poczęty nad Wisłą, urodził się nad Wisłą i mieszkał nad Wisłą. W wieku 15 lat zdobył patent żeglarski. Miłość do wody przekazał mu ojciec, który też zrobił mu pierwszy kajak (po maturze przepłynął nim Mazury) i nauczył pokory wobec żywiołu. Przez lata, kiedy pochłonęły go dom, praca i dziecko, kontakt z wodą podtrzymywał, pływając na żaglówce. Przed jedenastoma laty dostał od kolegi starą marynarską tratwę ratunkową, dzięki której spełnił swoje marzenia, bo od kiedy pamięta, zawsze chciał pływać tratwą. Od tego czasu przemierzył setki kilometrów wodami Bugu, Biebrzy i Wisły. Pasję do wody zaszczepił w wielu ludziach. Napisał folder, w którym uczy, jak ustrzec się niebezpieczeństwa na wodzie. Jego tratwa posłużyła Markowi Kamińskiemu do nakręcenia filmu „Baby on Board – z Polą przez Polskę”.

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *