Ludzie

Szczęście odnalezione w pół drogi

On urodził się w Białej Podlaskiej i tam wychował, ona większość życia spędziła w stolicy. Spotkali się i osiedlili niemalże w połowie drogi, która dzieli oba miasta. Jagodne, bo o nim mowa, stało się symbolem ich szczęśliwego życia – dało im pracę, która jest jednocześnie pasją, a to prawdziwy skarb, o którym marzy każdy z nas. Żeby jednak go odnaleźć, trzeba iść za głosem serca. Oni poszli.

Natalia Kozłowska jest trenerem i instruktorem jeździectwa, zawodnikiem w ujeżdżaniu. Jej mąż Ireneusz pełni te same funkcje, z tym że w powożeniu. Ona ma tytuł halowej wicemistrzyni Polski w swojej dyscyplinie, on medale mistrzostw Polski oraz tytuł drużynowego wicemistrza świata w powożeniu zaprzęgami parokonnymi – ostatni, jaki zdobył polski zawodnik na przestrzeni dekady. Takie sukcesy to nie przypadek, lecz wynik ciężkiej pracy i pasji, z którą nasi bohaterowie się urodzili.

— Konie zawsze były w moim życiu. W dzieciństwie przez krótki okres mieszkałem na wsi i mam w głowie piękne obrazy. Ludzie, którzy zwozili złom i jeździli po wsi jednokonnymi zaprzęgami, zadbane uprzęże, zapakowane wozy – wszystko to pozostało w mojej pamięci. Pamiętam też pierwsze araby, które zobaczyłem na własne oczy w Janowie Podlaskim. Ich widok zaparł mi dech w piersiach. Miałem wtedy pięć, może siedem lat — z błyskiem w oku opowiada pan Ireneusz. Jego żona o pierwszym kontakcie z czworonożnymi pięknościami mówi z równie dużym entuzjazmem:

— U mnie też zaczęło się w okolicach piątego roku życia. Przypadkiem zabrano mnie na przejażdżkę konno, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Rodzice szybko tego żałowali, bo ta przygoda tak bardzo utkwiła mi w głowie, że nie dawałam im spokoju. Tak narodziła się miłość do koni, która po latach doprowadziła do spotkania panny z Warszawy i kawalera z Białej Podlaskiej.

On swoje, ona swoje

Jednak zanim do tego doszło, Ireneusz Kozłowski przeszedł długą drogę. Z Białej Podlaskiej trafił na siedem lat do Lublina. Po skończeniu szkoły rozpoczął staż w Stadzie Ogierów Białka nieopodal Krasnegostawu, po którym dostał prestiżową pracę w stadninie w Janowie Podlaskim – przez cztery lata był tam specjalistą ds. treningu koni. Miał pracę na etacie, stałe dochody, czuł jednak, że to nie do końca to, co chciałby robić w życiu. Na szczęście miał sprzymierzeńca w postaci przełożonego, który rozumiał sportową pasję i, co prawda, nie pomagał panu Ireneuszowi w jej rozwijaniu, ale też nie przeszkadzał. Z biegiem czasu nasz bohater zaczął reprezentować barwy janowskiej stadniny w zawodach, w swojej ukochanej dyscyplinie – powożeniu, której zasmakował już za akademickich czasów. Sam zdobywał pieniądze na starty i robił swoje, nie przejmując się nieprzychylnymi głosami współpracowników.

— W dzień pracowałem w Janowie, po godzinach prowadziłem własną działalność. Miałem konie, kupowałem je i sprzedawałem. Nie było to na wielką skalę, ale pozwalało dorobić do nędznej pensji. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że czasy się zmieniły. Nie było perspektyw na intensywne starty ani na to, żebym mógł robić to, co chciałem. Hodowla koni była bardzo ciekawa, ale mnie interesował przede wszystkim sport. Nie widziałem dalszego sensu tkwienia w tym państwowym układzie, zacząłem więc rozglądać się za jakimś prywatnym miejscem, w którym mógłbym założyć stajnię.

Długo szukać nie musiał. Do Jagodnego zawitał po siodło, bo spadkobiercy zmarłej właścicielki posiadłości wyprzedawali akurat odziedziczony dobytek. Okazało się, że sama nieruchomość też potrzebuje nowego gospodarza. Stary dom, jego wyposażenie i rozciągające się wokół widoki zrobiły na panu Ireneuszu takie wrażenie, że postanowił zostać tam na dłużej. Był rok 1997. Choć początki nie należały do najłatwiejszych – wszystko wymagało remontu i ciężkiej pracy – nie poddał się i z podupadającej posiadłości zrobił prawdziwą perełkę, w której mógł wreszcie uprawiać powożenie i uczyć tej sztuki innych zapaleńców.

„Klub jeździecki, który składa się z zawodników, koni… statusu i komitetu założycielskiego”.

Życie pani Natalii biegło w tym czasie własnym torem, związanym jednak z końmi. Jako 18-latka zrobiła uprawnienia instruktorskie, potem poszła na studia sinologiczne, podczas których pracowała w podwarszawskiej stadninie. To tam zaczęły się pierwsze starty.

— W pewnym momencie uznałam, że do moich instruktorskich umiejętności brakuje mi wiedzy ogólnej z powożenia. Chciałam nauczyć się tego u profesjonalisty, znajomy polecił mi Irka. Teraz się śmiejemy, że jestem jedyną osobą, która po kursie powożenia dostała jakiekolwiek papiery. Te papiery to akt małżeństwa — po tych słowach pani Natalia i siedzący obok niej mąż wybuchają śmiechem.

Zapisywanie wspólnej karty

W tym właśnie momencie rozpoczyna się ich wspólna droga i przygoda w Jagodnem, do którego pani Natalia przeprowadziła się w 2004 roku, powodując tym samym małą rewolucję w prowadzonym przez pana Ireneusza od siedmiu lat ośrodku. Jego działalność została podzielona na dwie części: tę od ujeżdżania, i tę od powożenia. Ona zajęła się pierwszą, on – drugą.

— Co państwo tutaj macie? — pytamy, chcąc wiedzieć, do czego przez te dziewięć lat doprowadziła ich wspólna pasja. Zapada kilkusekundowa cisza. — Klub jeździecki, który składa się z zawodników, koni… — mówi w końcu ona. — … statusu i komitetu założycielskiego — wchodzi jej w słowo on, i oboje po raz kolejny zaczynają śmiać się głośno i radośnie. My jednak wiemy, że każe im tak mówić wrodzona skromność. Jagodne to dziś bowiem ważne miejsce na branżowej mapie Polski, a jego właściciele prezentują najwyższą klasę wśród jeździeckiej braci. W barwach klubu obok małżeństwa Kozłowskich startuje kilku innych zawodników. Reprezentują je też konie, których właściciele z całego kraju zostawiają w Jagodnem, aby tu trenowały i rozwijały się pod okiem fachowców. Jest gospodarstwo agroturystyczne – swoiste zaplecze dla tych, którzy przybywają tu na naukę jazdy lub powożenia, czy też dla tych, którzy odwiedzają pozostawione tu pod wyśmienitą opieką konie. Mogą z niego korzystać także przyjeżdżający do Jagodnego ze swoimi ukochanymi zwierzętami, aby pojeździć na nich po nadbużańskich polach i lasach. Jest hodowla psów rasy Jack Russell terier, formalnie działa szkoła jeździecka.

— Organizujemy duże imprezy zaprzęgowe zarówno tu na miejscu, jak i w największych miastach Polski — dodaje właściciel ośrodka. Najbardziej znaną w tym regionie jest Media Driving Cup Jagodne, czyli Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w Powożeniu Zaprzęgami Konnymi, które 15 czerwca odbyły się po raz drugi.

Jagodne trafiło się przez przypadek, ośrodek – jak mówi pan Ireneusz – mógłby prowadzić gdzie indziej, chociażby na Dolnym Śląsku, co z biznesowego punktu widzenia byłoby bardziej opłacalne. Jest jednak tu i nie traci czasu na gdybanie, dochodząc do wniosku, że kto zechce, to go znajdzie, a wtedy zakocha się i w samym ośrodku, i w przyrodzie, która go otacza.

Wbrew temu, co śpiewał Rysiek Riedel, w życiu piękne są nie tylko chwile. Piękne są także działania, które do tych chwil przybliżają.

— Lubię Podlasie. W czasach licealnych miałem świra na punkcie roweru. Zjeździłem wszystkie łęgi nadbużańskie i okoliczne łąki. Ojciec pukał się w czoło, mówił: „Żeby ci chociaż 20 groszy za kilometr płacili”. Jeździłem po 100 km dziennie i się dziwiłem, że jest taka dzicz, bo wtedy nie było takiej nadbużańskiej mody, jaka jest dziś — wspomina z sentymentem Ireneusz Kozłowski. W pamięć zapadła mu szczególnie miejscowość Bubel-Łukowiska, którą za szczenięcych lat zjeździł i rowerem, i – później – konno. Spoglądając na rozciągającą się tam łąkę, powtarzał w myślach: „Kurcze, gdybym mógł gdzieś zbudować dom, to właśnie tu”. Akurat to marzenie się nie spełniło – dom w Bublu zbudowali znajomi, ale to tam pan Ireneusz i pani Natalia urządzili huczne weselicho, które wspólnie z gośćmi zakończyli o poranku spacerem po łące marzeń.

Dogonić marzenia

Wbrew temu, co śpiewał Rysiek Riedel, w życiu piękne są nie tylko chwile. Piękne są także działania, które do tych chwil przybliżają. W przypadku pani Natalii to intensywne treningi z koniem o wielkich predyspozycjach, które mają ją przygotować do występu na olimpiadzie. Powożenie dyscypliną olimpijską nie jest, ale ma, organizowane co cztery lata Jeździeckie Igrzyska Olimpijskie, największą imprezę, na której mogą pokazać się zawodnicy ją uprawiający. Na najbliższych igrzyskach, które odbędą się w Normandii, pan Ireneusz zamierza wystartować zaprzęgiem 4-konnym.

— To najbardziej prestiżowa i najtrudniejsza kategoria w powożeniu, królewska można powiedzieć. Właśnie się do tego przygotowuję, mamy plany startowe, które są w trakcie realizacji. W tym roku myślę o startach międzynarodowych na niższym poziomie, a w przyszłym roku poprzeczka pójdzie w górę. Start w tej dyscyplinie, tak jak pierwsze starty, organizuje sam. Ma sponsora i grupę ludzi, zwartą pod szyldem Celebro Horse Team, wyśmienite konie, na które czekał siedem lat, zaplecze logistyczne i mnóstwo determinacji, żeby i to marzenie urzeczywistnić.

Pasji pani Natalii i pana Ireneusza nie podzielali rodzice. Ci pierwsi nie wspierali mentalnie, ci drudzy mówili: „Synu, zajmij się w życiu czymś poważnym. Zastanów się, z czego ty będziesz żył”. Żadne z nich nie słuchało, a życie pokazało, że pasja okazała się sposobem na zarabianie pieniędzy, odnoszenie sukcesów, a przede wszystkim życiowe spełnienie. Dlatego właśnie państwo Kozłowscy zazdroszczą dzieciństwa swoim pociechom, które dorastają wśród nadbużańskiej przyrody i zwierząt. A różnica pokoleń? No cóż, nadal daje o osobie znać. Kiedy mama pani Natalii dziwi się, że jej wnuczka nie umie jeździć rowerem, mała Helenka odpowiada: „Ale za to umiem jeździć konno”. Tak rodzi się pasja. Tak rodzi się szczęście. Tak rodzi się spełnienie w życiu, czego Natalia i Irek Kozłowscy są żywym dowodem.

Tekst: Justyna Franczuk | Zdjęcia: Sylwia Garucka-Tarkowska

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *