Ludzie

Polska leży nad Bugiem

Proszę popatrzyć wokół, jak tu jest ładnie — tak na pytanie „Jak to się stało, że Francuz i Polka znaleźli się w Borsukach nad Bugiem, czy na świecie nie ma ciekawszych miejsc?” odpowiedziała Joanna Philippe, rodowita warszawianka, która kilka lat temu porzuciła wielkomiejską dżunglę i osiedliła się na wschodzie Polski. — Wszędzie szukałem, gdzie jest ta wymarzona Polska, i znalazłem ją. Prawdziwa Polska jest tutaj — wtóruje jej mąż François Philippe, Francuz rodem z Szampanii, który w kraju nad Wisłą, a w zasadzie nad Bugiem, mieszka od szesnastu lat.

Państwo Philippe swoją nadbużańską przygodę rozpoczęli kilkanaście lat temu, kiedy los rzucił ich do Siedlec. Tam pracowali, tam żyli. W weekendy, chcąc ukraść dla siebie kilka chwil z pędzącego czasu, wsiadali w samochód i jechali nad Bug.

— Braliśmy butelkę dobrze schłodzonego szampana, dwa kieliszki, kocyk i miło spędzaliśmy czas. Robiliśmy kilkugodzinny piknik albo zostawaliśmy tu na cały weekend — mówi pani Joanna. Te ulotne i beztroskie chwile tak wbiły się w ich pamięć, że kiedy pojawiła się okazja, aby kupić kawałek ziemi, nie wahali się ani chwili:

— Stanęliśmy na tej łące, dokładnie tu, gdzie teraz jest nasz dom, popatrzyliśmy przed siebie i właściwie w ciągu dziesięciu minut podjęliśmy decyzję o jej kupnie — dodaje. Wkrótce okazało się, że to co najtrudniejsze dopiero przed nimi. Następnego dnia przyszła szara rzeczywistość, czyli wcielenie planu w życie. W tym przypadku los niespodziewanie rzucił kłodę pod nogi, bowiem z powodów zawodowych małżeństwo przeniosło się do Rabki-Zdroju. Może wielu z nas odczytałoby to jako znak, żeby jednak sprzedać ziemię i zapomnieć o wizji sielskiego życia nad Bugiem. Nie leżało to jednak w naturze polsko-francuskiego duetu, który zakasał rękawy i wziął się do pracy. Nadzór budowy domu na jednym końcu Polski, kiedy na co dzień przebywa się na drugim, łatwy nie był, ale efekt końcowy okazał się bezcenny i wynagrodził wszystkie trudy zdalnie kierowanej budowy.

Ten pomysł nie zrodził się od tak, lecz był schowany w jednym z pudeł, które małżeństwo zabrało ze sobą podczas przeprowadzki.

Dom państwa Philippe robi wrażenie już przy pierwszym spojrzeniu. Jest drewniany, ma piękne zdobienia.

— Nasz dom jest zbudowany według wzoru prawdziwego dworu — podkreśla z dumą jego właściciel. Inspiracją do jego stworzenia była wizyta w skansenie w Suchej koło Siedlec, którego właścicielem i twórcą jest profesor Marek Kwiatkowski, wieloletni dyrektor Łazienek Królewskich. To tam nasi bohaterowie zobaczyli klasycystyczny dwór z 1825 r. z Rudzienka koło Kołbieli, który spodobał im się tak bardzo, że postanowili na jego wzór stworzyć swoją enklawę. Udało się im to i od pięciu lat ich marzenia są rzeczywistością, choć początki łatwe nie były nie tylko ze względu na budowę domu przez telefon.

— Jak się człowiek wprowadza w całkiem nowe miejsce, nic nie wie, nie jest łatwo. Przyjechaliśmy tu w styczniu, prosto z gór. Było zimno, wszędzie leżało błoto, dzień był krótki, można było oszaleć. Doprowadzenie wszystkiego do porządku wymagało dużo pracy. Dodatkowo mieliśmy bardzo małe dzieci, więc trudno było wszystko pogodzić — mówi Joanna Philippe. Oboje z mężem przebrnęli i przez to, a kilka miesięcy później otworzyli tu swój biznes: sklep winiarski z francuskimi trunkami. Ten pomysł nie zrodził się od tak, lecz był schowany w jednym z pudeł, które małżeństwo zabrało ze sobą podczas przeprowadzki. A ponieważ założyli sobie, że wszystkie pudła rozpakują od razu, tego jednego nie mogli odłożyć na strych. Pierwszą dostawę wina z Francji zorganizowali w sierpniu 2008 roku. Wszystko udało się dzięki pomocy urzędników z pobliskich Łosic i Siedlec, którzy nie okazali się tacy straszni, jak się ich maluje. Wręcz przeciwnie:

— To byli fajni ludzie, którzy nie rzucali kłód pod nogi, tylko starali się pomóc. A dla nich to też był nowy temat, bo w regionie nie było żadnego importera wina — mówi François Philippe.

Jak nowych sąsiadów, nieco egzotycznych jak na tutejsze warunki, przyjęła miejscowa ludność? Jak to w życiu bywa, czyli różnie.

— Od początku opinie były bardzo ciekawe. Ponieważ tutaj na działce stoi krzyż i on – jak nam powiedziano – wyznaczał granicę wsi od XIX wieku, kiedy pojawiła się wielka sterta drewna, dowiedzieliśmy się od znajomych, że będą budować kościół. Natomiast jak już tutaj mieszkaliśmy, zaczepiła nas starsza pani i powiedziała: „Ojej, a ja myślałam, że będzie tutaj ośrodek rehabilitacji”. Także – jak widać – ludzie mieli bardzo różne pomysły, a później jakoś się powoli przyzwyczaili, że to już nie jest pusta łąka i coś się tu dzieje — opowiada pani Joanna. Jej mąż podkreśla natomiast, że z obecnymi sąsiadami ma o wiele lepsze stosunki niż te, jakie miał z tymi z miasta.

— Tutaj sąsiad nie jest wrogiem, ale jedyną osobą, która może pomagać — podkreśla.

Dziś małżeństwo Philippe jest taką samą częścią borsuckiego krajobrazu jak małżeństwo Kowalskich czy Nowaków, choć może ich życie nie do końca jest równoważne, bowiem nasi bohaterowie przywieźli na wschód nieco wielkomiejskich przyzwyczajeń. Trudno bowiem wyobrazić sobie Kowalskich uprawiających rano nordic walking, co w przypadku państwa Philippe nie dziwi.

Mnie nie interesuje mieszkanie w kraju, który jest podobny do Zachodu.

— Do niedawna mieliśmy taki nawyk, że rano, jak tylko udało się nam wsadzić dzieci do szkolnego autobusu, braliśmy kije i szliśmy na szybkie poranne marsze po okolicznych wiejskich dróżkach. To było bardzo fajne, dużo tlenu, poranek rozpoczynaliśmy energetycznie, a najfajniejsze było myślenie, że właśnie teraz w Warszawie nasi znajomi stoją w korkach i dostają szału, a my oddychamy świeżym powietrzem i robimy coś dobrego dla siebie — opowiada z uśmiechem pani Joanna. — Zbieraliśmy też grzyby, raz nawet udało mi się znaleźć smardza, który we Francji uznawany jest za najbardziej szlachetny grzyb — dodaje z nie mniejszym uśmiechem jej mąż, od lat zachwycony Polską i Polakami. François Philippe mieszkał w wielu polskich miastach, ale prawdziwe szczęście i prawdziwą Polskę odnalazł w Borsukach.

— Wolę mieszkać tutaj, to absolutnie nie jest przymus, tu odnajduję to, czego tak naprawdę szukałem w Polsce. Nie mam polskich korzeni, języka polskiego nauczyłem się we Francji. Dla mojego pokolenia Polacy byli bohaterami, zmienili wszystko w Europie. Po raz pierwszy byłem w Polsce w 1994 roku w Poznaniu. Później przyszła propozycja pracy i po prostu zostałem. Mnie nie interesuje mieszkanie w kraju, który jest podobny do Zachodu. Polska się zmienia, jest coraz bliżej Europy Zachodniej, a gdybym miał wybór między tym samym, to wybrałbym Francję. Tutaj jest inaczej, więc dlatego wybrałem to miejsce, bo reszta kraju jest już za bardzo podobna do Zachodu — mówi jednym tchem „nasz” Francuz.

Ktoś kiedyś powiedział, że jedynymi osobami, które stoją na drodze do spełnienia naszych marzeń, jesteśmy my sami. Przykład Joanny i François zdaje się potwierdzać tę mądrą myśl: im się naprawdę chciało, choć po drodze mieli wiele powodów, żeby zrezygnować. Można rzucić dotychczasowe ułożone życie i zacząć nowe, gdziekolwiek się chce. Można spełnić w tym życiu marzenia o domu z klimatem, na którego tarasie będziemy popijać kawę w letni poranek, mając na sobie jedynie szlafrok. Można przy tym spełniać się zawodowo, będąc szefem dla samego siebie i robiąc to, na czym się znamy i co kochamy, dokładnie tak jak nasi bohaterowie, którzy w maleńkich Borsukach sprzedają wino z wielkiej Francji, organizują degustacje oraz uczą Polaków kultury picia tego szlachetnego trunku. Bez zadęcia, bez fałszu, a jedynie z ludzką życzliwością i uśmiechem na twarzy. Czyż nie o to tak naprawdę chodzi w życiu?

Rozmawiali: Katarzyna Karczewska i Daniel Parol | Zdjęcia: Bartek Kosiński | Tekst: Justyna Franczuk

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *