Panienki apteczne-nadbużańskie zielarki
Wianki mnożą się za Bugiem
Im dalej na Wschód, tym wianków wyplata się więcej. W podsiemiatyckich Korycinach robi się po jednym, zbiorczym, ze sporysza, grzmotnika, rozchodnika, mięty. U Marii wianków plecie się po kilka, każdy z innego zioła, na inną chorobę i okazję. Jeden z macierzanki, dobrej na sprawy kobiece, drugi z grzmotnika, skutecznego na przekwit, trzeci z nawrotnika od pęcherza. Babka Maria na Matki Boskiej Zielnej wyplecie tyle wianków, ile ołtarzy w pobliskim kościele, tak jak się u niej w rodzinie robi od zawsze. Potem wszystkie poświęci i porozwiesza w całym domu. Będą jak znalazł w razie nieszczęścia, takiego jak ćwierć wieku temu, kiedy lekarze kazali się mężowi żegnać z życiem. – Pochorował się tak ciężko, że żaden specjalista nie potrafi ł postawić diagnozy. Mówili tylko, że przyjdzie mi męża wkrótce pochować. A ja go uleczyłam naszymi sposobami. I, chwała Bogu, do dziś dzieci pożenił i wnuków doczekał. A lekarze na to wytłumaczenia nie mają i tylko kręcą głowami – uśmiecha się. I przyznaje, że kiedy choroba ją złoży, a krewna nie ma czasu, zdarza jej się samą siebie okadzać. – Bańki sama sobie stawiam, więc i z kadzeniem problemu nie mam – twierdzi. I tylko żal jej, że młodzież do miasta się wyrywa i nie ma komu przekazać tajników zielarstwa, szczególnie tego wyższego, które pozwala stosować w przeziębieniu trujące owoce czarnego bzu czy wyciągający czyraki liść włoskiego orzecha, i wiedzieć, że jak zakwitnie zioło z serduszkami, to czas sadzić ziemniaki.
Eugenia Lipska, 91-letnia drohiczynianka, która zielarstwem zajmuje się lat trzydzieści z okładem i sama sobie wyleczyła uczulenie na nogach, skuteczność remedium sprawdza wahadełkiem. Srebrnik, który zniósł uczulenie, jak wszystkie zioła też najpierw poddała wahadełkowemu testowi. – Wahadełko pokazuje, czy to dobra rzecz. Bo człowiek nie bierze ziół w ciemno, tylko wtedy, gdy organizm ich potrzebuje – mówi Eugenia Lipska. – Jak badam wahadełkiem, to od razu wiem, czego mi brakuje. Ludzie źle mówią o wahadełku, ale to nieprawda – zastrzega. Ostatnio jej organizm potrzebuje rdestu, srebrnika i liści jesionu, o których wyczytała w książce, że wzmacniają naczynia krwionośne. Ale ze swoimi kłopotami z krążeniem nie pójdzie do lekarza, bo od lat leczy się sama. – Na 91 lat to chyba nie jest źle – uśmiecha się babka Eugenia, chowając wahadełko, nieco zdziwiona zainteresowaniem ziołami, którymi w okolicy leczą od zarania dziejów.
Nie winny rzuca urok
Dla Anastazji Pawluczuk – Babci Naści, wiedza o ziołach jest tak podstawowa, że dziw ją bierze, gdy o nie pytać. Dziś Babcia, która dnie spędza przy piecu kaflowym, dolegliwości krążeniowe leczy medykamentami z apteki. Kiedyś pewnie zebrałaby w lesie walerianę, dziurawiec i melisę, a potem popijałaby napar na obniżenie ciśnienia. Dawniej jak prawdziwa panienka apteczna potrafi ła leczyć trucizną, zawartą w owocu czarnego bzu, ale dzisiaj wysyła do apteki wnuki. – Co ja mogę więcej chcieć od życia – mówi Babcia Naścia, wiecznie rozanielona, niczym szczupły prawosławny Budda. – Dzieci mam dobre, synową jak złoto,wnuki kochające i w gospodarstwie się darzy – zmienia temat z ziół na szczęście. Cieszy ją, że dziś dziecięcą krzywicę prostują w szpitalu, a nie, jak za czasów jej młodości, okładają dziecko miąższem z dyni. Że rodzina nie choruje, inwentarz dorodny, a Pan Bóg ma ją w swojej opiece. Że na stare lata nie została sama, tylko wszyscy się nią tak opiekują. A kadzenie? Wianki? Odpędzanie czarów? To przecież rzeczy normalne, tak bardzo, że aż szkoda o nich z przybyszami mówić.
I tylko Maria zdradza, że podczas burzy od złych duchów zapala gromnicę, a małe dzieci przed urokiem chroni czerwoną wstążką. I że osoby ze złym spojrzeniem niczemu niewinne, bo to wina matki, która raz odstawiwszy je od piersi, na powrót dostawiła. – I potem takie osoby mogą zauroczyć i konia, i człowieka całkiem niechcący – dodaje babka Maria. Ale i na to są zioła.


