Reportaże

Liwiec jeszcze płynie

Cztery wiosła, dwa kajaki, a w nich śpiwory owinięte w grube foliowe worki. Do tego konserwy, chińskie zupki, chleb i oczywiście nieodzowna przy takich wyprawach odpowiednia ilość rozgrzewających płynów. Przemierzając królestwo bobra, płyniemy pod mostami i kładkami, mijając zamki, dwory i przydrożne kapliczki. Z kominów niskich drewnianych domów wydobywa się siwy dym, a w oknach pojawiają się dzieci, z niedowierzaniem patrzące na rzekę, po której płyną dwa kajaki. Tylko w grudniu lub styczniu takie zjawisko mogłoby wywołać większe zdziwienie.

W listopadzie to se co najwyżej w ciepłej wannie można popływać, a nie kajakiem – skwitował pan Mietek, który w swoim życiu widział wiele, ale pukał się jednoznacznie w czoło, gdy dwa kajaki lądowały na dachu samochodu. Pomysł na pływanie w listopadzie jest jednym z tych, na które zwykli ludzie reagują identycznie jak pan Mietek. Wszak rozsądni ludzie siedzą w ciepłych domach, z rozleniwieniem spoglądając na przelatujące w telewizji obrazki. Takie pomysły rodzą się w ciągu sekundy i najczęściej w kolejnej umierają. Czasem jednak zdarzy się, iż z pozoru absurdalna myśl przeradza się w konkretne działanie.

Listopadowa noc

Alarmujący budzik wskazuje godzinę trzecią. Za oknem ciemna i głucha noc. Termometr wyświetla stopnie Celsjusza poprzedzone znakiem minus. Nie jest to dobry prognostyk rozpoczynającej się właśnie wyprawy. Z niechęcią biorę nocny prysznic, szoruję zęby i szybko wstawiam wodę na mocną czarną kawę.

Na miejscu wszyscy jesteśmy punktualnie. Solidarnie przeklinamy godzinę, w której ów pomysł zaświtał nam w głowie. Gasimy papierosy, pociągając pierwsze łyki z piersiówki wypełnionej pierwszorzędną wiśniówką na pestce. Przed nami 90 km do miejsca, w którym zaplanowaliśmy start naszej wyprawy. Docieramy tam po niespełna 1,5 godz. Jest ciągle ciemno i wokół nie widać żywej duszy. Mam wrażenie, że nawet psy są zszokowane naszą obecnością, bo żaden z nich nie ma śmiałości podbiec do płotu, nie wspominając już o szczekaniu. Za jakieś 40 minut zacznie wschodzić słońce, a do tego czasu musimy być już spakowani i gotowi do startu.

Dwa, trzy ruchy ramieniem przesuwają kajak o kilka metrów do przodu. Silny nurt Liwca to obietnica przyjemnego wiosłowania, mimo późnej pory roku. Za nami na moście zostaje kierowca, z którym spotkamy się za trzy dni w Wyszkowie nad Bugiem. Razem z nim zostawiamy uspany w półmroku Wyszków nad Liwcem, którego mieszkańcy nawet nie domyślają się, co wydarzyło się w ten sobotni poranek na ich rzecznym moście. W oddali już tylko widać blednące światła odjeżdżającego samochodu i słychać głuchy pomruk silnika, zanikający w pobliskim zagajniku. Słońce powoli zaczyna strzelać mocniejszymi promieniami, przecinając unoszące się nad rzeką mgły. Oddalamy się od osady, wpływając do krainy bobra.

W królestwie bobrów

Już za pierwszym zakrętem nie mamy wątpliwości, do kogo należy terytorium, na które wpłynęliśmy. Nieważne, czy to lipa, jabłoń, osika, wierzba, czy topola. Wszystkie drzewa mają taką samą szansę, aby zmierzyć się z twardymi zębami bobrów. Część z nich ludzie jeszcze próbują ratować, montując prowizoryczne zabezpieczenia w postaci drucianej siatki albo kawałka blachy przytwierdzonego do pnia drzewa.

Niezliczone kanały, ścieżki i ślizgawki wskazują, iż bobry stworzyły sobie tutaj prawdziwe królestwo, z którego ciężko byłoby je przepędzić. Gdy patrzy się na nie z perspektywy rzeki, wyglądają jak imponujące budowle z licznymi połączeniami, zbudowane z inżynieryjną wręcz precyzją. Podczas całej wyprawy co chwila natykamy się na znaki bytności tego brązoworudego futrzaka z łuskowatym ogonem. Niekiedy były one tak zdumiewające, że aż ciężko było nam uwierzyć, że patrzymy na dzieło gryzonia. Może także i z tego względu jest to gatunek objęty ochroną na terenie całej Polski. Kto wie?

Magia Sowiej Góry

Po kilkunastu minutach wiosłowania naszym oczom ukazuje się Sowia Góra, zwana także Lisią. Prawdopodobnie jest to najwyższy szczyt w Dolinie Liwca. Mimo oczywistych walorów krajobrazowych, skrywa także liczne tajemnice. Legendy głoszą, że z jej wzgórz podczas wszelkich okolicznych bitew i potyczek miał być ostrzeliwany zamek w Liwie, a nawet Węgrów. Inna legenda głosi, że na szczycie góry ludy pogańskie oddawały kult swoim bogom. W wyniku badań archeologicznych u stóp wzniesienia odkryto pozostałości dawnego grodziska, którego historia sięga kilku tysięcy lat wstecz.

Dzisiaj Sowia Góra jest nie tylko popularnym miejscem spotkań, ale także doskonałym punktem sportowo-rekreacyjnym. Na dowód tego ogromny czerwony spadochron unosi się nagle na szczycie góry, aby już po chwili, w pełnej krasie zataczać kręgi nad meandrującym Liwcem. Niewątpliwie Sowia Góra to jeden z ważniejszych punktów w okolicy, którego nie sposób pominąć, zwłaszcza wiosną, kiedy to soczysta zieleń zdobi pobliskie łąki i pastwiska.

Na Zamku w Liwie

Mija już czwarta godzina naszego wiosłowania, gdy na horyzoncie pojawiąją się strzeliste wieże kościoła. Dopływamy do Liwu. Wieże, które widzimy, to najwyższe punkty neogotyckiego kościoła św. Leonarda, zbudowanego w latach 1905–1907. W Liwie mieści się także siedziba Muzeum Zamku-Zbrojowni, położonego na lewym brzegu rzeki. Obiekt posadowiony jest na sztucznej wyspie, wśród bagien i rozlewisk Liwca. Gdy podpływamy bliżej, ukazuje się nam potężna budowla z czerwonej cegły. Jest to wieża bramna, jedyna oprócz murów obronnych pozostałość gotyckiego zamku obronnego książąt mazowieckich, wzniesionego w okolicach roku 1429. Do wieży ,,przyklejony” został dwór kancelarii starostwa z 1792 r., który obecnie stanowi siedzibę muzeum. Jego zbiory to nie lada gratka dla miłośników białej broni. Zgromadzone tu eksponaty pochodzą nawet z XV w. Muzeum dysponuje także wieloma dziełami malarstwa batalistycznego oraz unikalną kolekcją portretów sarmackich.

W listopadzie to se co najwyżej w ciepłej wannie można popływać, a nie kajakiem – skwitował pan Mietek, który w swoim życiu widział wiele, ale pukał się jednoznacznie w czoło, gdy dwa kajaki lądowały na dachu samochodu.

Lustro Twardowskiego

Opuściliśmy historyczny Liw. Przed nami wiadukt na drodze 637, prowadzącej z Węgrowa do Warszawy. To niemal symboliczna brama wodna, wprowadzająca do jednego z ciekawszych miast wschodniego Mazowsza. Przepływamy wzdłuż zachodniej granicy miasta i docieramy do pierwszej na naszym szlaku zapory wodnej.

Ogromny plac w centrum miasta, zwany Rynkiem Mariackim, promienieje w słońcu. Jeszcze w ubiegłym roku jego połowę zajmował parking, a drugą połowę skwer. Dziś pięknie odrestaurowany, pokryty solidnymi płatami granitu, skrywa tajemniczy obiekt odkryty podczas prac ziemnych. Prawdopodobnie to mury dawnego ratusza miejskiego, który spłonął w XVIII w. Nikt nie jest jednak w stanie potwierdzić tej hipotezy. Początkowo mury miały być wkomponowane w płytę rynku, ostatecznie szczelnie przykryto je granitowymi płytami. W takim otoczeniu nawet bazylika Mniejsza, znajdująca się na końcu rynku, gubi swój barokowy blask i wygląda dość archaicznie.

Postać Mistrza Twardowskiego jest równie tajemnicza jak jego lustro. Był alchemikiem i czarnoksiężnikem, który zaprzedał duszę diabłu.

Bazylika datowana na początek XVI w., jest najstarszym zabytkiem w mieście. Z pewnością stanowi obowiązkowy punkt zwiedzania miasta nie tylko ze względu na datę jej powstania czy piękne barokowe kształty, ale też ze względu na legendę, z której znany jest Węgrów. Wszystko to za sprawą Mistrza Twardowskiego i jego magicznego lustra, z którego można przewidzieć przyszłość. Owo lustro nadal znajduje się w zakrystii wspomnianej bazyliki. Mimo iż niezbyt okazałe, posiada magiczną moc, czego dowodem jest inskrypcja łacińska umieszczona na ramie. Tłumaczy się ją tak: ,,Tym lustrem Twardowski czynił magiczne sztuki, ale obrócone to zostało na służbę Bogu”. Postać Mistrza Twardowskiego jest równie tajemnicza jak jego lustro. Alchemik i czarnoksiężnik, korzystający z pozaziemskich mocy, ponoć zaprzedał duszę diabłu, który w końcu się o niego upomniał. Uzdrawiał i przywracał do życia zmarłych, wzywał i rozmawiał z duchami. O jego pochodzenie upomina się kilka polskich miast.

Obok bazyliki znajduje się Dom Gdański. Budynek z połowy XVIII w. związany z działalnością kupców gdańskich, którzy utrzymywali w Węgrowie swoją placówkę handlową w czasach, gdy miasto było węzłem handlowym łączącym wszystkie krańce Rzeczypospolitej. Nieopodal rynku mieści się klasztor i kościół Świętych Piotra z Alkantary i Antoniego z Padwy, całość stanowi zespół poreformacki. Kościół w stylu barokowym, w którego ołtarzu głównym uwagę zwraca okazały krucyfiks Chrystusa Ukrzyżowanego, autorstwa niemieckiego rzeźbiarza i architekta Andreasa Schlütera Młodszego.

Opuszczamy Węgrów, który nie odkrył przed nami jeszcze wszystkich tajemnic. Gdy tu wrócimy, na pewno odwiedzimy: kościół ewangelicko-augsburski z jednymi z najcenniejszych organów w Polsce, cmentarz ewangelicki w dawnej dzielnicy protestanckiej, z zabytkowymi nagrobkami Szkotów sprowadzonych do Węgrowa na przełomie XVII i XVIII w. przez Bogusława Radziwiłła, a także drukarnię ariańską, usytuowaną na północno-zachodnim skraju rynku, w której drukowano księgi i manifesty teologiczne. Dzisiaj, niestety, musimy już wracać nad rzekę.

Namiot na brzegu rzeki

Jest już późne popołudnie i zaczyna się ściemniać. Nawet nie wiemy, gdzie jesteśmy, bo meandrująca rzeka płynie teraz wąwozami tworzącymi korytarz wysoki niemal na metr. Po chwili dopływamy do miejsca, które zdaje się być najlepszą miejscówką na nocleg. Dobijamy do brzegu i wyładowujemy zawartość kajaków. W powietrzu czuć delikatny chłód, co nie wróży zbyt dobrze na nadchodzącą noc.

Miejsce, które wybraliśmy, okazało się idealne z dwóch względów. Po pierwsze, miało płaską i odizolowaną trawą powierzchnię, na której mogliśmy rozbić namiot. Po drugie, na samym środku łąki znajdowały się dwa suche drzewa. To one miały nam podgrzać wodę, a w nocy dać przynajmniej trochę ciepła.

Po osuszeniu piersiówek rozpoczęliśmy dyskusję o istocie męskich wypadów. Dzień dobiegał końca. Już po kilkunastu minutach z namiotu rozlegało się chrapanie przeszywające chyba całą dolinę.

Po kwadransie na łące pojawił się czteroosobowy, niebiesko-żółty namiot. Po rozpakowaniu całości naszego wyposażenia i umoszczeniu sobie legowiska mogliśmy zasiąść do męskiej kolacji przy ognisku. W ruch poszły chińskie zupki i wszelkiej maści mielonki oraz pasztety w puszce. Zakupiona w ostatniej chwili kiełbasa już po chwili skwierczała na patyku i rumieniła się w buchających płomieniach ogniska. Po osuszeniu piersiówek rozpoczęliśmy dyskusję o istocie męskich wypadów. Dzień dobiegał końca. Już po kilkunastu minutach z namiotu dobywało się na przemian potężne chrapanie i świszczenie, przeszywające chyba całą dolinę.

Po nocy przychodzi dzień

Drugi dzień wyprawy rozpoczął się o brzasku dnia. Noc, niestety, nie należała do najcieplejszych i absolutnie nie pomogło okrywanie się dodatkowym kocem, kurtką czy wełnianym swetrem. Pięć po szóstej cała ekipa już krząta się wokół ogniska, starając się choć na chwilę ogrzać zmarznięte kości. Na kijach pojawia się niedojedzona wczorajszego wieczoru kiełbasa, a po chwili zaczął też gwizdać czajnik z wrzątkiem. Przeżuwając pierwsze kęsy, odkrywamy, że noc spędziliśmy w okolicy Starej Wsi. Dopiero teraz dostrzegamy wieżę kościoła św. Michała, najwyższy punkt w okolicy. Niebawem zobaczymy ją z bliska. Póki co musimy posprzątać obozowisko i przygotować kajaki do drogi. Chwilę przed ósmą jesteśmy gotowi. Jeszcze tylko mycie w piachu okopconych manerek oraz przypięcie karimat do kajaków i możemy ruszać w dalszą drogę.

Stara Wieś i dwór w Paplinie

Po niespełna 20 minutach podpływamy w okolice Starej Wsi. Drogą przez łąki docieramy do asfaltu i od zachodu wchodzimy do osady. Gdy dochodzimy do centralnego punktu miejscowości, naszym oczom ukazuje się fasada neogotyckiego pałacu. Otoczony pięknym i zadbanym parkiem robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza jego kolorystyka, w której dominuje biel z elementami różu. Wszystko to składa się na bajkową scenerię, dodatkowo usytuowaną w magicznym ogrodzie. Jedynym mankamentem obiektu jest jego niedostępność. Jeszcze kilka lat temu był on udostępniany zwiedzającym. Dziś stanowi własność Narodowego Banku Polskiego i pełni funkcje szkoleniowe. Zwykły śmiertelnik nie ma możliwości przekroczenia nawet bramy ogrodu, nie wspominając już o zwiedzaniu zamku.

Tuż obok pałacu, po drugiej stronie drogi ciągnącej się wzdłuż Liwca, znajduje się neogotycki kościół św. Michała Archanioła. To właśnie jego wieżę widzieliśmy z obozowiska. Po zrobieniu drobnych zakupów w miejscowym sklepie udajemy się z powrotem nad rzekę.

W Paplinie jesteśmy po godzinie wiosłowania. Wzdłuż wodnej alei rosną piękne lipy i dęby, które tworzą osobliwy szpaler. Zatrzymujemy się przy prawym brzegu niemal na wysokości dworu. Dwoma wielkimi susami pokonujemy siatkę otaczającą park i znajdujemy się na jego terenie. Przed nami otwiera się ogromny zabytkowy park ze sztucznym stawem i beztrosko hasającymi końmi w ogrodzie. W głębi, ukryty wśród starych drzew, wyłania się modrzewiowy dwór z murowanym czterokolumnowym portykiem.

W dolnej części Liwiec jest już zupełnie inną rzeką. Coraz częściej w miejscu żeremi i powalonych drzew spotykamy wysoki i piaszczysty brzeg.

Historia dworu – tak jak historia licznych obiektów w okolicy – jest niezwykle ciekawa i zawiła. Zbudowany w połowie XVIII w., po wojnie znacjonalizowany i przekształcony początkowo w szkołę, później przedszkole, a na końcu w bibliotekę. Jeszcze kilkanaście lat temu kompletnie zrujnowany trafił w ręce prywatne. Od tego momentu wraca do swojej świetności. Niestety, nie byliśmy umówieni na zwiedzanie, więc czym prędzej opuszczamy posiadłość, kierując się do kajaków przycumowanych do brzegu.

Most w Łochowie

W dolnej części Liwiec jest już zupełnie inną rzeką. Coraz częściej w miejscu żeremi i powalonych drzew spotykamy wysoki i piaszczysty brzeg. Pod koniec dnia dopływamy do Łochowa. Zaczyna już zmierzchać, a my nie mamy pomysłu na miejsce, w którym możemy się ulokować na noc. Dopływamy do mostu przed Łochowem, pod którym postanawiamy na chwilę przystanąć, aby zastanowić się, co robić dalej. Gdy jesteśmy już w pobliżu, nurt nagle się zmienia i zaczyna nas znosić na prawy brzeg. Nerwowo manewrując kajakami, dostrzegamy, że na lewym brzegu znajduje się dość przyjemna piaszczysta łata, na której spokojnie i bezpiecznie możemy przycumować. Niestety, nie jest to proste, bo nurt w pewnym momencie znosi nas za most. Teraz dodatkowo musimy wiosłować pod prąd. Po kilku minutach sytuacja wygląda na opanowaną, zważywszy, że powoli zbliżamy się do upatrzonego brzegu. Okazuje się jednak, że jest to początek końca naszej wyprawy. Pierwszy z płynących kajaków nagle otarł się o kamień. Następnie, gdy wiosła przestały pracować, nurt ściągnął go na kolejne kamienie, tym razem wraz z otarciem pojawiło się także pęknięcie w kadłubie. Drugi z kajaków, chcąc ominąć przeszkodę odkrytą przez poprzedników, trafił na podobną pułapkę na drugim brzegu i sytuacja się powtórzyła. Tym oto sposobem, dobijając ostatecznie do brzegu, mieliśmy dwa kajaki, które nie nadawały się do dalszej drogi. Gdy już jesteśmy na brzegu, a kajaki stoją bezpiecznie zacumowane na piaszczystej łacie, stwierdzamy, że płynięcie dalej nie ma sensu. Zapada decyzja, wracamy do domu.

Epilog

W zasadzie cała przygoda powinna zakończyć się już w tym miejscu, jednak nieoczekiwanie miała swój ciąg dalszy. W nocy zapakowaliśmy kajaki na dach samochodu i wróciliśmy do domu. Bladym świtem wskoczyliśmy do samochodu i dokończyliśmy wyprawę w nieco bardziej komfortowych warunkach.

Odwiedziliśmy Urle, miejscowość oddaloną o kilka kilometrów od Łochowa, która latem jest mekką turystów wypoczywających nad Liwcem. Następnie udaliśmy się do polskiego Loretto, ukrytego w sosnowym lesie duchowego centrum loretanek. Dalej pojechaliśmy do Kamieńczyka – dawnej flisackiej osady, o czym przypomina posadowiony w centralnym punkcie parku pomnik flisaka. Tuż obok znajduje się prywatne muzeum historyczno-etnograficzne. W zbiorach muzeum są: bogata kolekcja siodeł ułańskich, starych motocykli, narzędzi rolniczych i przede wszystkim wizualizacja osady flisackiej. Kamieńczyk to także symboliczna meta naszej wyprawy, gdyż to w tej okolicy wody Liwca łączą się z wodami Bugu.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy także Wyszków oraz jedyne w Polsce Muzeum Gwizdka w Gwizdałach. Znajduje się tam ponad dwa tysiące gwizdków nie tylko z Polski, ale i całego świata, a jego kolekcja systematycznie rośnie.

PS. Serdeczne podziękowania dla uczestników wyprawy: Tomka ,,Mixera” Wawryniuka, Wiesława

Domańskiego, Łukasza Ostapiuka oraz Bartka Kosińskigo.

Tekst: Daniel Parol, Zdjęcia: Bartek Kosiński

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *